czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozdział 18

ALAHIS 

-Ottavio wysłał straże po Siva-  powiedziała moja matka. 

-Jak to?!- zerwałem się z łóżka i szybko zacząłem się ubierać. -Dawno?

-Właśnie wyruszyli.

-Zajmij się proszę Rou - powiedziałem wychodząc.

Pobiegłem do stajni po Req. Nigdzie jej nie było. Warknąłem biorąc innego konia i szybkim galopem opuszczając stajnię.
Dogoniłem grupę strażników, a na jej czele był nie kto inny jak generał Astel le'Mortef. 

-Witaj książę -przywitał się. Jego oczy świeciły dziwnym zadowoleniem. No tak. On jako jeden z popleczników mojego ojca był za zabiciem mordercy. 

-Generale, natychmiast zawróćcie - spojrzałem na niego z powagą. -Sive Crispo jest objęty azylem królewskim i nie macie prawa go prowadzić na egzekucję.

-Przykro mi książę, lecz muszę zaprzeczyć. Dostałem wyraźny rozkaz króla i nie mogę go podważyć. Azyl został ściągnięty.

-Nie miał prawa! - warknąłem zajeżdżając mu drogę. -To ja jestem prawowitym władcą Fiammy! To ja wydałem azyl!

-Nie krzycz książę. Nic nie poradzę na to niedomówienie -kpił ze mnie, a na mojej skórze zaczęły błądzić płomyczki.

-Zamilcz. Nakazuję wam zawrócić.

Mężczyzna jednak mnie zignorował. Nie mogąc nic zrobić towarzyszyłem im aż do domu na jeziorem. Strażnicy zostali na koniach gdy ja i generał Astel ruszyliśmy do drzwi, które otworzyła ubrana w za dużą koszulkę i krótkie spodenki Corin. Dziewczyna spojrzała na nas z niepokojem w burzowych oczach.

-Coś się stało książę? -zapytała patrząc na mnie. Mężczyzna obok mnie prychną i popychając ją wszedł do środka.

-W tym domu ukrywa się morderca.

Zacząłem panikować. Nie mogą wziąć Siva. Nie pozwolę na to. Wyprzedziłem mężczyznę i zablokowałem schody ścianą ognia. Długo nie wytrzyma, ale trochę go opóźni. Pobiegłem do pokoju chłopaka. Siedział jakby nic i przeglądał papier.

-Uciekaj - powiedziałem. -Są tu. Strażnicy i le'Mortef. Zatrzymam ich, ale musisz się pospieszyć. Proszę...

SIVE

Spojrzałem w jego wypełnione paniką oczy. Widziałem w nich płomyki, które świadczyły, że w dość poważny sposób korzysta z mocy.
Szybko zacząłem zbierać dokumenty. A następnie upchnąłem je pod łóżkiem. Podałem zaskoczonemu chłopakowi broń.

-Spytaj się Maro o mój osobisty schowek, a teraz przestań panikować i przejdź przez łazienkę do Marcello. Masz udawać, że to do niego biegłeś. -widziałem, że chce odmówić. -Zrób to. Ucieka osoba winna. Jeśli to zrobię to poprę tylko ich domysły. I nie zapominaj z kim masz do czynienia. Mam plan awaryjny na tą sytuację. I musimy przeciągać moje ścięcie do końca tygodnia.

-Ale...Sive. Oni nie mogą cię...ściąć. Ja nie chcę...

-Hisa. Przestań. Przeżyłem gorsze rzeczy -powiedziałem ze smutnym uśmiechem. Następnie pocałowałem chłopaka. -Kocham cię.

-Ja ciebie też - powiedział przytulając się do mnie. -Masz dziesięć sekund, aż dobiegną. Oby twój plan był dobry.

Wbiegł do łazienki przechodząc tak jak powiedziałem do Marcello.
Dobry to ten plan nie jest, ale jest jedynym, który nie kończył się moją śmiercią. Odsunąłem od siebie wątpliwości. Słyszałem podniesione głosy z dołu, więc otworzyłem drzwi pokoju i ruszyłem w kierunku krzyków.

-Pali się czy co? -zapytałem i rozwiałem płomienną ścianę. Musiałem teraz udowadniać, że jestem normalnym, szarym człowiekiem. O cechach ojca.

-Ty! Kim jesteś? -zapytał mężczyzna z krzaczastym wąsem. Spojrzałem na niego z teatralną wyższością.

-Sive Domenico Crispo -przedstawiłem się jak nakazywała etykieta. Usłyszałem za sobą kroki i odwróciłem się w stronę Hisy, który starał się ukryć złość na moją osobę i zaniepokojenie. -Książę? Ktoś mi wytłumaczy o co chodzi?

-Jesteś oskarżony o morderstwo -powiedział mężczyzna, któremu wyraźnie przeszkadzał mój wygląd. Nie podobało mi się jego spojrzenie, które co chwila wędrowało po moim ciele.

-Chodzi o te bażanty? Marce myślałem, że zniesiesz, że ktoś jest lepszy od ciebie -fuknąłem na chłopaka.

-Ja tam nic nie mówiłem - powiedział chłopak.

-Mógłby pan generał powiedzieć o co chodzi konkretniej? Nie chcę nikogo obrażać, ale ostatnimi czasy nikogo nie zabijałem, więc ten zarzut jest dość...oburzający -stwierdziłem. Na twarzy mężczyzny pojawiło się na chwilę zwątpienie, ale szybko zniknęło. Stary zboczeniec spojrzał na moją siostrę, która stała obok mnie w swoim domowym stroju. Miałem ochotę warknąć na ten wzrok wędrujący po jej ciele. Zacisnąłem szczęki.

-Generale la'Mortef! Jak miło pana widzieć! Co sprowadza pana do mojego domu? - nagle pojawił się mój ojciec. Ten to zawsze wie kiedy się pojawić.

-Chcą mnie aresztować ojcze...

-Pod jakim niby zarzutem?! -oburzył się mężczyzna jego groźny wzrok spoczął na nie wyglądającym już tak pewnie mężczyźnie.

-Zabójstwo.

-Kogo?

-Mnóstwa ludzi.

-Masz dowody? Nie. Więc jeśli to wszystko nie będę tolerował pana osoby generale w moim domu.

-Ale... - nad mężczyzną pojawiła się granatowa chmura, która zaczęła cicho grzmieć.

-Nie dosłyszałeś la'Mortef?

-Wychodzimy - powiedział do strażników. Gdy już stali na werandzie odwrócił się on i spojrzał na stojącego wciąż na schodach Alahisa. -Książę?

-W przeciwieństwie do mojego ojca, ja wiem, że w takiej sytuacji należy przeprosić -warknął choć w jego oczach błyszczała ulga. Generał la'Mortef skrzywił się i kiwnął głową następnie wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Odetchnęliśmy jednak dopiero, gdy usłyszeliśmy tętent oddalających się koni.  

-Skąd wiedziałeś, że ustąpi? -zapytał mój ojciec. Spojrzałem na niego z przekorą.

-Nie wiedziałem -spojrzałem na Hisę, który wpatrywał się we mnie ze złością.

-Jesteś idiotą. Gdyby nie moja matka, już dawno byliby tu nie patyczkując się - warknął zły, choć jego oczy wyrażały co innego.

-Miałem dwie opcje na te wydarzenia. Druga gorsza kończyła się tym, że wylądował bym w Lochach aż bliźniaki nie wykonają swojej części planu. Pierwszą było to, że jak już przyjdą muszę po prostu udawać młodego debila, który stara się wpasować w wyższe sfery. Zbiło to generała z tropu. Obecność księcia jednego z najbardziej konkurencyjnych królestw osłabiła jego pewność siebie. A mój ojciec po prostu go przeraził. I tak mam mało czasu zanim twój ojciec im zagrozi. Te cztery dni będą ciężkie. Ale za nim to to...-wyciągnąłem ramiona w jego stronę.

-Nie pozwolę na to... - jęknął wtulając się we mnie.

-Zrobię wam po kawie - powiedziała Corin przerywając ciszę, która nastała.

*

Siedzieliśmy w salonie. Ojciec wyszedł coś załatwiać więc zostaliśmy tylko my. Na kanapie leżał Hisa, który bawił się końcówkami moich włosów. Ja siedziałem na podłodze przed nim z papierami dokoła siebie. Corin zwinięta w fotelu czytała, a Marcello bawił się tworząc w powietrzu małe wiry powietrza. 

-Macie tu gitarę? - spytał czerwonooki.

-Powinna być na górze - odpowiedziała mu dziewczyna. -Umiesz grać?

-Yhym... - mruknął. -Przyniosłabyś?

Cor zniknęła, a gdy wróciła miała w rękach wspomniany instrument. Następne parę minut zajęło mu strojenie gitary ze słuchu. Ucierpiały na tym moje uszy, ale no cóż...

Nagle w pokoju rozległ się głos chłopaka i melodia grana na gitarze.

-Znalazłem schronienie na tej drodze..
Pod osłoną, ukryta daleko.
Czy słyszysz, kiedy mówię
Nigdy nie czułem się w taki sposób..

Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle
Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle

Czy mogę być, czy byłem tam
To sprawiało wrażenie czegoś tak przejrzystego w powietrzu..
Nadal chcę tonąć, ilekroć odejdziesz.
Proszę naucz mnie łagodnie, jak oddychać..

I będę przemierzać oceany, jak nigdy przedtem.
Więc możesz się poczuć w taki sposób w jaki czuję to ja
I odbiję wrażenia z powrotem na Ciebie.
Więc czy możesz zobaczyć sposób w jaki czuje to ja

Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle
Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle*

Melodia się skończyła, a chłopak wciąż nucił. Spojrzałem na niego przez ramie z lekkim uśmiechem.

-Jakie jeszcze talenty ukrywasz mon  prince?

-Wiele można się nauczyć podczas siedzenia w czterech ścianach -powiedział. Pokiwałem głową.

*

-Plan jest prosty. Hisa wprowadza zamieszanie każąc wyznaczyć nową datę koronacji. Poprzesz to dokumentami, które dostarczy ci Maro. Powiesz, że twój ojciec zaniedbał swoje obowiązki. Wprowadzi to potrzebny rozgardiasz, który wykorzystamy. -wytłumaczyłem popołudniu.

-Dobrze - powiedział chłopak. -Muszę wracać. Rou jest z matką i nie wiem co może planować Ottavio. Pozbył się mojego konia, nie wiadomo co mógł wymyślić.

Podszedł do mnie i pocałował mnie. Pierwszy raz czułem tak bardzo jego zmartwienie.

-Masz i tak uważać. Nie wychodź teraz sam -dopowiedział.

-Niech będzie  -zgodziłem się. Czerwonooki posłał mi lekki uśmiech i wyszedł. Spojrzałem na moją siostrę, a następnie na Marco. -Może piknik? Odpoczniemy trochę od tej napiętej sytuacji?

ALAHIS

Wchodząc do zamku czułem burzliwą energię ojca i paru ludzi. Służący chodzili szybko, tylko by zejść każdemu z drogi. Wszedłem do salonu z którego wyczułem energię króla.

-...czy to było takie trudne?! - mężczyzna dokończył krzycząc na la'Mortef'a i strażników.

-W czymś jest problem? - spytałem.

Czerwone oczy ojca zwrócił się ku mnie. Widziałem w nich wściekłość (emm jak zawsze?). Podszedł do mnie szybkim krokiem i uderzył mnie w twarz z całej siły. Nie spodziewając się tego uderzenia poleciałem na półkę, która boleśnie wbiła mi się w plecy.

-Ty parszywy gówniarzu! Nie masz prawa wychodzić z zamku! Złamałeś tą zasadę po raz kolejny! - złapał mnie za szyję i podniósł do wysokości swojej twarzy.

-Królu... - szarooki mężczyzna chciał coś powiedzieć, lecz mój ojciec mu przerwał.

-MILCZ! Nie widzisz, że muszę sprowadzić tego bachora na dobrą drogę?! - krzyknął.

Wyczułem od niego alkohol. Był piany. Złapałem go za ręce które mnie trzymały i oparzyłem go płomykami.

-Pierdol się - wychrypiałem nabierając powietrza.

-CO POWIEDZIAŁEŚ?!

-Pierdol się. Głuchy jesteś?

Bolesne uderzenie w brzuch sprawiło, że straciłem na chwilę oddech. Następne uderzenia były bardziej chaotyczne. Nie mniej jednak nie traciły na sile. Słyszałem krzyki. Lecz przez mgiełkę bólu nic więcej do mnie nie docierało.

*

Leżałem na łóżku odczuwając ból całego ciała. Tym razem ojciec już się nie hamował. Po prostu się wyżył. Pokazał swoją nienawiść względem mnie.

Z korytarza dobiegły podniesione głosy, a następnie kroki. Drzwi się otworzyły i do mojej sypialni weszli bliźniacy i Corin.

-Księciuniu nie wyglądasz najlepiej.

-Teraz już rozumiem wściekłość Sive. -wtrąciła Cor. Jej błękitne oczy z troską skanowały moje ciało. Następnie zniknęła w łazience i wróciła z mokrym ręcznikiem, który położyła mi na czoło. Przyniosło mi to jakąś ulgę.

-Nienawidzę go... - powiedziałem zaciskając zęby gdy dziewczyna zaczęła oczyszczać rany.

Syknąłem z bólu gdy dotarła do mojego brzucha.

-Hisiek? - spojrzała się na mnie wystraszona.

-Tak? - wysapałem.

-Chyba masz złamane żebro... - odpowiedział za nią jeden z bliźniaków.

-Trzeba iść po lekarzy -powiedział drugi.


Skrzywiłem się na niewygodę spowodowaną obandażowanym brzuchem. Mężczyzna w podeszłym wieku spojrzał na mnie z troską.

-Nie powinieneś się ruszać z łóżka przez jakiś czas. A jeśli już to unikaj wysiłku. Zero podnoszenia czegokolwiek schylania się, ponieważ będziesz odczuwał przy tym ból. Tak samo przy poruszaniu się, śmianiu...

Drzwi sypialni otworzyły się i stanął w nich pochmurnooki z Rou na rękach. Zdziwiłem się widząc, że pozwoliła się dotknąć. Chłopak od razu postawił ją na podłodze i spojrzał z groźbą w oczach przez ramię.

-Udało ci się? -zapytał Dorin i Chris. Sive pokiwał głową.

-Co się udało? - spytałem.

-Przyspieszenie twojej koronacji i przekonanie lordów o osądzenie Ottavio w sprawie zaniedbywania królestwa, przekupstwa oraz narażenia życia przyszłego władcy - powiedział.

Dziewczynka usiadła obok mnie i złapała mnie za dłoń.

-Zimny jesteś... - mruknęła. -Ten zły pan nie zrobi ci już więcej krzywdy?

-Ten pan już nigdy nikomu nie zrobi krzywdy słońce - wyszeptałem. -Sivuśś...Dziękuję.

-Nie dziękuj. Nie ochroniłem cię -odparł przytrzymując drzwi lekarzowi, a następnie je zamykając.

-Jak niby miałeś to zrobić? Sam się tego nie spodziewałem. Nie potrafiłem się obronić. Zaatakować - powiedziałem i skrzywiłem się przez ból.

-Mogłem pójść z tym generałem. -odparł.

Chłopak wyszedł. Chciałem za nim iść, ale nawet nie potrafiłem się podnieść. Ból był zbyt mocny. Spojrzałem prosząco na bliźniaków.

-Proszę idźcie za nim. Niech nie zrobi jakiś głupstw.

Gdy oni wyszli w pokoju zapadła cisza. Rou wpatrywała się we mnie zaniepokojona, a Corin chodziła niespokojnie po pomieszczeniu.

-Na kiedy chcą przełożyć koronację? -spytałem po chwili.

-Sive postarał się pewnie by jak najszybciej -skomentowała białowłosa posyłając mi lekki uśmiech. W jej oczach błyszczały czułe iskierki -Mu naprawdę na tobie zależy... 

-A mi na nim...-mruknąłem cicho. 

Do pokoju weszła moja matka razem z wilczycą. Kardie smutno zawyła i położyła swój łeb na łóżku. 

-Jak się czujesz synku?- spytała, choć odpowiedzi bardziej oczekiwała od białowłosej.

-Prawie złamane dwa żebra, rozległe siniaki, małe zranienia...-wymieniała dziewczyna, a moja matka spojrzała na mnie z troską. Jak dawniej przed zniknięciem Kiiary, nakazem ojca... Cieszyłem się, że on jej nie zniszczył, nie złamał. Moja matka była wspaniałą kobietą i jestem pewien, że nie potrzebuje ojca do szczęścia. 

-Elizabeth się także o ciebie martwi...

-Niech przyjdzie -mruknąłem. Nie miałem jakiejś większej ochoty na spotkania towarzyskie gdy jestem prawie uziemiony w łóżku, ale rozumiałem, że mój stan mógł niektórych zaniepokoić. Moja mama i szatynka weszły do pokoju, a za nimi jeden z bliźniaków z szerokim uśmiechem.

-Boże Hisa...-szepnęła Elizabeth przyglądając się mi. 

-Rozumiem, że nie grzeszę teraz pięknością, no ale bez przesady -westchnąłem. Na jaj policzkach pojawił się rumieniec, a za nią Corin i chyba Dorin zaczęli się śmiać.

-Za dużo czasu z Siv'em spędza -skomentował niebieskooki -A właśnie! Czy wyzywanie się nawzajem z twoim ojcem i strażą jest zaliczane do "głupstw"?

-A jakich argumentów użył?

-Przy dziecku nie wypada tego powtarzać, ale trzeba przyznać, że jest bardzo kreatywny. 

-Ważne by nie przeszli do rękoczynów -powiedziałem.

-Przecież od tego się zaczęło -odparł chłopak. Na moją minę zaczął tłumaczyć -Wpadł do komnat twojego ojca i go uderzył, a potem zamykając go w klatce z ognia, która nawiasem mówiąc wkurza twojego ojca, zaczął go wyzywać. Przyszli strażnicy, więc ich też zwyzywał... Właściwie jest to bardzo zabawne. 

-Dorin! To jest z kategorii "głupstwa"!

-No weź... Jak zaczął recytować złamane prawa to nawet strażnicy się uspokoili. Właściwie zaskoczyło mnie, że Siv tyle ich pamięta.

-Wczoraj uczył się ich na pamięć -powiedziała Cor. 

-To już nie jestem zaskoczony. 

Po kręciłem głową. Chciałem stąd iść. Powoli podparłem się na rękach i usiadłem.  Wziąłem większy wdech i wstałem. 

-A ty gdzie się niby wybierasz? - spytała dziewczyna. 

-Z dala od wszystkich -mruknąłem zakładając koszulę.

-Wyglądasz jak trup. Prawie jesteś trupem i myślisz, że my cię puścimy? Uderzyłeś się za mocno w główkę słońce -stwierdził niebieskooki.

-Wypraszam sobie. Wyglądam całkiem dobrze -spojrzałem w lusterko poprawiając włosy.

-Nie twierdzę, że nie ale aktualnie wyglądasz jak maltretowany zombiak.

-Sive przegadał twojego ojca -oznajmił ze śmiechem Chris wchodząc do pokoju.
-Co mu powiedział?- spytałem. 

-CZEMU NIE JESTEŚ W ŁÓŻKU?! WYGLĄDASZ JAK TRUP!-krzyknął Chris patrząc się na mnie.

-Kolejny... Co powiedział mojemu ojcu?

- "Żeby rządzić państwem nie wystarczy zastraszyć poddanych, przekupić generałów i pozbywać się osób, które ci się postawią. Potrzeba też mieć coś czego tobie najwyraźniej brakuje. Rozumu" i..."Twój infantylizm pokonał wszelkie normy. Możesz być dumny". To chyba te dwa najbardziej zadziałały.

-Reakcja ojca?

-Bezcenna. Otwierał i zamykał usta jak ryba, czerwony jak burak. I ta wściekłość pomieszana z oburzeniem i wstydem...

-Powinienem tam iść -mruknąłem. 

Wyszedłem z pokoju spokojnym krokiem. Dawałem radę choć nawet najmniejszy ruch sprawiał mi ból.  Gdy dotarłem do strażnika, który był po mojej stronie zwróciłem się do niego.

-Zbierz paru strażników i rozkazuję by Ottavio został w swoich komnatach dopóki nie zostanie osądzony przez Lordów. -powiedziałem kierując się z nim do salonu.

-Dobrze książę -kiwnął głową i ruszył w stronę głównego holu.

-Odwołaj każdą egzekucję, spotkania i wszystkie mało ważne rzeczy- zwróciłem się do prawej ręki ojca.

-Ale...-Mercolio zamilkł na moje spojrzenie -Jak Pan każe.

Mężczyzna ukłonił się i ruszył w kierunku biura ojca.

Wszedłem do salonu i usiadłem na skórzanej kanapie. Wziąłem ze stolika swoją książkę i zacząłem ją czytać. Chwila spokoju, tylko tyle potrzebowałem.

SIVE

Popatrzyłem na mężczyznę z pogardą.
Miał wszystko czego ktoś może chcieć. Rodzinę, władzę, pieniądze...Ale chciał więcej. Nie wystarczało mu to co miał. Jak obłąkany dążył do zdobycia czegoś co już miał. Stracił przez to wszystko. Rodzina o nienawidziła. Stracił szacunek innych, traci władzę, której tak pragnie. Przez swoje egoistyczne zachcianki stał się nikim. Tyranem, który myśli że siłą może wszystko osiągnąć.

-Jesteś żałosny... -powiedziałem. Czerwone tęczówki spojrzały na mnie z niezrozumieniem. Już nawet przestał reagować na moje słowa. -Jak to jest stracić wszystko?

-Ja nic nie stracę -warknął.

-Już straciłeś -odparłem i wyszedłem z jego pokoju. Gdybym został tam dużej mógłbym mu zrobić krzywdę.
Ruszyłem powoli korytarzami, nie wiedząc do końca gdzie mam iść. Zachciało mi się błądzić po zamku...

-Ej Chris!  Patrz, idzie księżniczka Hiski - przede mną stanęli dwaj bliźniacy. -Jak tam piękna sprawa z Ottaviem? 

-Zamknij się. Jeszcze spyta się o Hi...

-Gdzie on jest? 

-I po co nam to było? Eh. Hisek gdzieś polazł, a strażnicy zaczęli wykonywać jego rozkazy.

-Czy wy jesteście mądrzy?! On jest teraz podatny na atak, a przypominam, że nie nie brakuje osób chcących jego śmierci! -wrzeszczałem na wyższych ode mnie chłopaków. Jednak furia w moich oczach sprawiła, że ci wyglądali jak przerażone dzieci.

-Jak poszliśmy za nim pochlastał nas ogniem!- powiedział Dorin. 

-Ostatnio był w salonie! -dopowiedział Chris.

-Ostatnio -sarknąłem i odwróciłem się by pójść, gdy przypomniał mi się jeden szczegół -Gdzie jest ten pieprzony salon?!

-W drugim skrzydle od głównego holu. Teraz jesteśmy w skrzydle pokoi więc musisz iść na dół i na prawo - wytłumaczyli. Złorzecząc na rozmieszczenie pokoi w zamku ruszyłem w odpowiednią stronę.

*

Widząc śpiącą na kanapie postać trochę się uspokoiłem. Podszedłem bliżej i spojrzałem na bladego różowowłosego. Znad kołnierza koszuli widać było ślady palców  jego ojca. Westchnąłem i wziąłem książkę, którą chłopak miał w ręce. Odłożyłem ją na stół. Następnie usiadłem w fotelu i wziąłem pierwszą lepszą książkę z regału. Ku mojej rozpaczy było to coś o historii, etykiecie, prawach i tym podobnych sprawach. 

-Szukałam cię braciszku -usłyszałem Corin która właśnie weszła do pokoju. 

-Chciałaś coś Corin? 

-Sprawdzić czy żyjesz po rozmowie z królem.

-Jak widzisz mam się świetnie -mruknąłem pobieżnie czytając pierwsze strony tej jakże ciekawej lektury.

-Alahis naprawdę docenia to co dla niego robisz - oparła się o oparcie fotela na którym siedziałem. -To jest naprawdę słodkie...

-Słodkie są kotki, czekolada, Hisa, ale nie ja -powiedziałem i zamknąłem książkę -Nie dam rady zabierz to i spal. Polej wodą święconą i odpraw egzorcyzmy.

-Więc wyobraź sobie, że Hisek musiał to czytać w dzieciństwie -powiedziała krzywiąc się na książkę. -Prawie wszyscy ludzie myślą, że dzieciaki z królewskich rodzin mają łatwo...A te prawa, etykiety,zasady nie są potrzebne do życia. 

-Gdyby to ładnie opisać. Pod względem logicznym i gramatycznym poprawić...Nie, wciąż jestem za spaleniem. -skrzywiłem się i rzuciłem książką przez cały pokój. Gdy książka wyleciała na korytarz usłyszeliśmy głośne "AŁ!" -Cor to żyje!

-Za co?- wszedł smutny Asher. -Książką w biednego człowieka.

-To nie książka. To nieprzewidywalny morderca pragnący zguby ludu -odparłem i spojrzałem na wiercącą się postać na kanapie -Ash obudziłeś go.

-Bo niby wiedziałem, że Hisek tu śpi - mruknął i podszedł do różowowłosego który przetarł oczy. 

-Która godzina? - spytał przykrywają się po uczy kocem.

-Twoja ostatniaaa -zanuciłem przesuwając Corin tak by przeglądać książki.

-Jesteś okropny -oznajmiła dziewczyna zajmując drugi fotel.

-Ja tu szukam książki dla ciebie, ale nie ma żadnej w stylu "Kobietą być" -odparłem chwilę później jej szczupła osoba goniła mnie po pokoju. I dzięki pomocy Asher'a, który podstawił mi nogę złapała mnie. Uderzyłem boleśnie w podłogę i postanowiłem się nie ruszać.

-Żyjesz? -dobiegł mnie głos z kanapy. 

Spojrzałem kątem oka na chłopaka owiniętego kocem i patrzącego na mnie z troską. 

 -Nie. Masz niewygodną i cholernie twardą podłogę.

-A ty taki delikatny -zakpił Asher. Nad nim pojawiła się burzowa chmurka z piorunami. 

-Wykapany tatuś -mruknęła dziewczyna. Usiadłem obok Hisy i spojrzałem na nich obrażony.

-Delikatny, też coś -fuknąłem na niebieskowłosego.

-Chodziło mi o tą chmurę burzową -zaśmiała się dziewczyna. -Ty i delikatny. Proszę cię...

-Mam do niej sentyment -odparłem i spojrzałem na czerwonookiego. -Powinieneś odpoczywać, a nie iść połowę zamku by dotrzeć do salonu.

-Ale tu jest wygodniej. Mam cieplutki koc i kominek. No i dużo książek - powiedział.

-Mam przynajmniej dwie, które trzeba spalić dla dobra wszystkich -odparłem krzywiąc się. -Możemy zrobić ognisko po twojej koronacji.

-Spalmy cały zamek najlepiej - powiedział.

-Nie kuś -powiedziałem. 

-Mówię serio. Nie musiałbym być królem.

-Fiamma musi mieć władce -stwierdziłem łagodnie -Dasz sobie radę. Będziesz świetnym władcą Alahis'ie.

-Większa połowa ludzi będzie się buntować po mojej koronacji. Nadal ślepo będą iść za ojcem.

-Dlatego trzeba ich podejść -odparłem z uśmiechem -I nie zapominaj, że to ty masz po swojej stronie Sempre, Toxic Mask oraz Rêver. Zawsze można kogoś...

-Sive -warknęła moja siostra. 

-Z kimś przedyskutować swoje poglądy -zmieniłem konstrukcje zdania widząc wzrok dziewczyny. Potrafiła być przerażająca. Takie jedno chłodne spojrzenie mogło zdziałać cuda.

-Dzięki - uśmiechnął się pudrowowłosy.

-Nie ma za co słońce -powiedziałem odpowiadając na uśmiech. -Kiedy chcesz mieć ponowną  koronację?


-Jak najszybciej. Może być nawet w tym tygodniu - powiedział. -Nie chcę by ojciec nadal miał jakąkolwiek władzę w Fiammie.

-Już jej nie ma -odpowiedziałem rozpierając się na sofie z szerokim uśmiechem -Mam na większość z nich takie sprawy, które nie powinny się  ujrzeć światła. Wystarczyło o tym wspomnieć i już widzą we mnie Boga.

-Księżniczka w boginie się zmieniła! - zaśmiał się niebieskowłosy. 

-Jeszcze słowo, a twoje ciało wyląduje dwa metry pod ziemią w moim ogródku -warknąłem.

-To ty masz gdzieś ogródek? Hisia trafiłeś na gospodynię! - zaczął się głośniej śmiać i schował się za księciem. Wstałem sprawiając przy okazji, że chłopaka zaczęły razić małe wyładowania elektryczne. Ruszyłem do wyjścia z salonu.

-Miłej zabawy -sarknąłem do podskakującego niebieskowłosego.

ALAHIS

-Jesteś powalony, że z nim zadzierasz - mruknąłem patrząc na podskakującego chłopaka.

Corin chichocząc wyszła za bratem. Zostałem ja i Asher w salonie. Zebrałem energię między chmurką i zamknąłem ją w kopule. 

-Dziękuję! - niebieskowłosy ze zmęczonym wyrazem twarzy usiadł na podłodze. 

Złapałem się za ranę. Zaczęła mnie cała piec. Zniszczyłem chmurkę i poczułem się jeszcze gorzej. Nie powinienem się tak przemęczać. Nawet jeśli chodzi o moją energię.

-Dobrze się czujesz Hisa? - spytał.

-Jest dobrze - mruknąłem wstając i idąc do drzwi. Powinienem sprawdzić czy rana się nie otworzyła.

-Słaby z ciebie kłamca aktualnie -stwierdził idąc za mną. 

Westchnąłem zrezygnowany.

-Nie chcę nikogo martwić - powiedziałem schodząc po schodach do holu. 

-I tak się będziemy martwić Hisa -odparł Asher patrząc na mnie z troską i niepokojem w oczach.

-Czemu? 

-Bo to robią osoby, którym na tobie zależy. Troszczą się, martwią, kochają... 

Nikogo już nie było w moim pokoju oprócz wilczycy. Wszedłem do łazienki i ściągnąłem koszulę. Skrzywiłem się widząc fioletowe ślady na mojej skórze i prawie cały zabandażowany brzuch. 

-Ashi?

-Tak? - wychylił się z pokoju.

-Możesz mi pomóc? Nie dam rady... 

-Ręce w górę -rozkazał podchodząc do mnie. Poczułem jego chłodne place rozplątujące bandaż. Następnie wziął świeży i owinął mi nim na nowo brzuch.

Wysłałem mu dziękujący uśmiech. Poszliśmy z powrotem do pokoju. Usiałem na łóżku, a chłopak na fotelu obok.

-Jak tam Antoni? - spytałem. 

-Szybko łapie. Wyznaczył sobie cele i do nich dąży -odparł z uśmiechem.

-Nie o to mi chodziło Ashi. Jak tam wasze relacje? - uśmiechnąłem się. Niebieskowłosy spojrzał na mnie z niezrozumieniem.

-Emm przyjazne?

Spojrzałem na niego jak na idiotę.

-Bo ja niby jestem ślepy i nie widzę jak się na niego gapisz. -na twarzy niebieskowłosego pojawił się lekki rumieniec. Spojrzał na mnie speszony.

-Między nami jest 6-7lat różnicy Hisa -odparł.

-I co z tego! Wyglądacie razem słodko.

-To nie ma znaczenia...-usłyszeliśmy wesoły krzyk, otwieranie drzwi, kobiecy pisk należący chyba do Elizabeth i szybki kroki, a następnie głośny śmiech. Wyszliśmy z pokoju razem z niebieskowłosy. 
Na końcu korytarza stał Sive zasłaniający oczy Antoniemu i sam wstrząsany powstrzymywanym śmiechem.

-PUKA SIĘ!!! - wrzasnęła Elizabeth i zatrzasnęła drzwi.

Spojrzałem się na dziwnowłosego.

-Mogę prosić o wyjaśnienia?

-No bo...Anti... - zaczął tłumaczyć, ale przez śmiech ledwo wydusił z siebie parę słów. -Wygłupialiśmy się...no i Anti wbiegł do...pokoju Ellie...

Spojrzałem na młodszego chłopaka. Stał nadal w tym samym miejscu co stał, otwierał i zamykał usta jak ryba na powierzchni.

-Ashi idź go pocieszyć. Biedak traumę przeżył - powiedziałem.

-SŁYSZAŁAM ALAHISIE!!! -tego Sivek nie wytrzymał. Wybuchnął głośnym śmiechem. Oparł się o wciąż lekko oszołomionego bruneta. Gdy się już jako tako uspokoił otarł łzy śmiechu i spojrzał na bruneta, następnie obejmując go i gładząc po głowie.

-Spokojnie mój drogi kiedyś musiałeś przeżyć ten horror -mruknął, a następnie szepnął mu coś jeszcze do ucha na co brązowooki zaczerwienił się i schował twarz w zagłębienie jego szyi.

-Zaraz poczuję się zazdrosny... - mruknąłem patrząc się na Siv'a, który przytula chłopaka. Dziwnowłosy spojrzał na mnie z seksownym uśmiechem i puścił oczko.

-Anti bądź mężczyzną i przynieś mi matczyną dumę robiąc to -usłyszałem. Wymieniłem pytające spojrzenie z Asher'em, ale najwyraźniej obaj nie wiedzieliśmy o co chodzi. Brunet odsunął się od niego z uśmiechem, a następnie pokiwał głową i odwrócił się w naszą stronę.

-Chce się z tobą przespać -oznajmił nastolatek ze słodkim uśmiechem. Pierw nie wiedziałem, do którego z nas mówi, ale widząc wzrok Siv'a utkwiony w oszołomionym Asher'ze zrozumiałem. On wiedział, pomyślałem.

-Mówiłem, że zaniemówi -szepnął do chłopaka i podszedł do mnie. Delikatnie mnie objął od tyłu.

-On zaraz padnie na zawał - zaśmiałem się, ale od razu skrzywiłem się.

Nie mogę się śmiać. Pomachałem Asherowi ręką przed oczami, a ten nawet nie mrugnął.

-Ashi? Mam wzywać lekarzy?

Niebieskowłosy nagle przycisnął do ściany zaskoczonego bruneta i wpił się w jego usta.

-Czuję się jak ojciec nastolatki -mruknął mi do ucha Siv, a następnie głośniej dodał -Asher opanuj hormony! I wynajmijcie sobie jakiś pokój. Chyba nie zniósłbym dobrze waszych jęków.

-Skoro nalegasz - mruknął niebieskowłosy i wepchnął bruneta do najbliższego pokoju.

-Fujka! To mój pokój!

-Zmieniłbym go na twoim miejscu -powiedział dziwnowłosy i zaczął mnie prowadzić z dala od mojej sypialni. Wprowadził mnie do jakiegoś pokoju, który pierwszy raz na oczy widziałem. Był to pewnie jakiś pokój gościnny. -Kładź się i odpocznij trochę. Nawet nie próbuj negocjować widziałem jak się krzywiłeś idąc.

-To zapewnij mi jakąś rozrywkę...Dobra źle to brzmi. Po prostu przynieś mi jakąś książkę czy coś - mruknąłem kładąc się.

SIVE

Zachichotałem na jego dobór słów.

-Oj zapewniłbym ci ją, gdybym nie sprawiło ci to bólu mon cher -mruknąłem rozglądając się po pomieszczeniu.

-Przełóżmy to na potem - uśmiechnął się. -A co do tego ogniska to serio dobry pomysł.

-Bo mój -odparłem i ściągnąłem biały materiał z czegoś co kształtem przypominało regał. Tona kurzu otoczyła mnie na co zacząłem kichać. Gdy już opadł spojrzałem na roześmianą twarz czerwonookiego -Odkurzanie też trzeba zrobić chyba, że to jakiś misterny plan zabicia innych.

-Nie zajmowałem się tym dotychczas - powiedział i przytulił się do poduszki. A ja wpadłem na genialny pomysł. Ruszyłem do łazienki i widząc wielką wannę uśmiechnąłem się.

-Rozbieraj się -oznajmiłem chłopakowi włączając wodę i napełniając nią wannę po brzegi. -Gorąca kąpiel przynosi ulgę takim obrażeniom.

-Bene la mia principessa** - słyszałem jego cichy śmiech. Zmrużyłem na niego oczy. Chłopak powoli z moją pomocą pozbył się ubrań i zanurzył się w wodzie. -Zdecydowanie polubiłem wodę...tą cieplusią rzecz jasna.

-Tylko się nie utop z tego szczęścia -powiedziałem patrząc jak chłopak zanurza się tak, że tylko czubek głowy był widoczny i oczy znad powierzchni.

-Nie jestem samobójcą skarbie - szepnął przyciągając moją osobę do swojego ciała. Szybko go powstrzymałem.

-Ale masochistą chyba jednak jesteś. -powiedziałem ściągając ubrania. Machnąłem by się przesunął i usiadłem za nim. Objąłem go i lekko gładziłem jego poznaczoną siniakami skórę.

-Kocham cię - mruknął niczym kot i oparł głowę o moją klatkę piersiową.

-Nie dziwie ci się mon cher. Jestem wspaniały...-odpowiedziałem.

-I skromny -dodał ze śmiechem.

-Tak. Jestem ideałem. I ląduje w ludzkich fantazjach już po pierwszym spotkaniu.

-Muszę powiedzieć ci coś smutnego... - zaczął całkiem poważnie przez co się wystraszyłem. -Nie byłeś w moich fantazjach po pierwszym spotkaniu.

-Bo ty jesteś wyjątkiem od reguły, za to w tej chwili twoje myśli są w pełni skupione na moich działaniach -mruknąłem mu do ucha dłonią gładząc jego udo.

Chłopaka przeszedł delikatny dreszcz i zaczął mruczeć jak kotek. Moje ręce błądziły po jego ciele w delikatnej pieszczocie. Hisa długo nie wytrzymał siedząc na miejscu i odwrócił się twarzą do mnie by wpić się w moje usta. Jedną ręką oparł się o wannę, a drugą wplątał w moje włosy.
Ocieraliśmy się o siebie spragnieni swojej bliskości, gdy nagle uslyszelismy pukanie do drzwi.

-Kurwa...- mruknal rozowowlosy. -Slucham?!

-Ksiaze. Lord Lorens de Odella przybyl i prosi o jak najszybsze spotkanie - uslyszelismy zza drzwi glos poslanca.

-Jesteś strasznie rozchwytywany -szepnąłem mu do ucha. Chłopak posłał mi spojrzenie mówiące bym lepiej się zamknął.

-Zaraz przyjdę! -krzyknął do posłańca. Wyszliśmy z ciepłej wody i wysuszyliśmy się, a następnie już ubrani wyszliśmy. Jeśli myśleliśmy, że będziemy sami to się pomyliliśmy. W pokoju stał mężczyzna o jasno brązowych włosach i ciemnych oczach. Za to przy drzwiach stał strażnik.

-Alahisie - mężczyzna skłonił się delikatnie.

-Wuju... Dobrze,  że zawitałeś  do Fiammy. Miałem do ciebie jechać, ale skoro przyjechałeś tu możemy porozmawiać.

-Właśnie po to tu jestem. -spojrzał się na mnie. -Sive Crispo. Urosłeś od tego czasu gdy cię widziałem.

-Nie chciałbym być nie miły, ale chyba się pan pomylił. Nie znamy się -zaprzeczyłem przyglądając się mu.

-Znałem twoich rodziców gdy byli jeszcze młodzi. 

Mężczyzna miał na oko czterdzieści lat. Na twarzy miał cały czas miły uśmiech. Nikt by nie podejrzewał, że tak promieniująca radością osoba mogłabby być spokrewniona z tyranem rządzącym Fiammą.

-Najwyraźniej każdy ich znał oprócz mnie -odparłem z lekkim skrzywieniem. Ciemnooki chciał chyba coś powiedzieć ale nie pozwoliłem mu dojść do słowa -Nie będę wam przeszkadzał.

-Zbieraj już książki na ognisko - odparł z uśmiechem chłopak i przyciągnął mnie do siebie by dać mi buziaka. -Sprawdź czy ojciec siedzi grzecznie w pokoju - szepnął mi do ucha.

-Po pierwsze...władasz ogniem. Po prostu to ciulni kulką ognia. Po drugie nie przemęczaj się, a po trzecie...nie mam pojęcia. Bayo! -powiedziałem i ruszyłem do drzwi. Spojrzałem na młodego strażnika. I zatrzymałem się. -BU!

Na dziwną minę chłopaka zachichotałem.

ALAHIS


-Twój chłopak? -spytał wujek z uśmiechem i przytulil mnie.

-Tak ale nie mow matce a szczegolnie ojcu. 

-Oczywiscie potworku. To moze przejdziemy do salonu i porozmawiamy?

-Zapraszam - ramie w ramie ruszylismy w kierunku salonu.

*

-Przekonasz rade by zlikwidowalaa Ottaviana z miejsca wladzcy. Mam na niego coraz wiecej papierow z czynami nie godnymi krola. Dochodzi do tego zamach na mnie juz drugi raz. Tylko teraz sam sie tym zajal.

-Ali najlepiej zwolaj cala rade i przedstaw im argumenty. Wtedy nie maja wyboru co do osadzenia.

-I tak zrobie, lecz jak narazie musze podbudowac sobie zdrowie wujku. Ledwo chodze, a co dopiero mam sie klucic z tymi wszystkimi lordami.

-Masz po swojej stronie mnostwo wpywajacych ludzi. Pamietaj ze masz mnie, Domenico Crispo i jego dzieci, Marcella. Wiele ludzi jeszcze ku sobie przekonasz.

-Oby. Bo jeśli on zostanie przy władzy to mogę już się pakować -powiedziałem mając na myśli swojego ojca. 

-przesadzasz Ali. Nie zrobił by tego.

-Chciał mnie zabić, a ty nie wierzysz że wykopał by mnie z królestwa? 

-Nie o to chodzi. On nie może cię wyrzucić z zamku gdyż masz prawo w nim przebywać jak całą rodzina królewska. Myślisz dlaczego twoja narzeczona jest w zamku. Będzie należeć do rodziny. Nawet jeśli byś z nią nie był lub zerwał zaręczyny to ma okna jakiś procent królestwa. 

Westchnąłem. Chyba naprawdę spalę te książki o prawach królewskich. Pogrążyliśmy się w przyjemnej ciszy. Została okna przerwana przez otwarcie drzwi prezes służącą. Miała okna tracę z dwiema filiżankami herbaty. Grzecznie nam je podała i wyszła.  Zaczęliśmy spokojną rozmowę o różnych sprawach. Najważniejszą była koronacja.

SIVE 

Machnąłem ręką odsyłając kulę ognia w stronę króla. Była to nasza osobista zabawa od dobrej godziny. Ja siedziałem pod ścianą czytając jedną z ksiąg wypełnionych po brzegi prawami. Ottavio za to siedział na łóżku i mordował mnie wzrokiem. Strażników odprawiłem by się nie musieli z nim męczyć.

-W tych książkach brakuje wspomnienia tylko o tym, że władca ma władze absolutną -skomentowałem sarkastycznie i znudzony monotonią stworzyłem ognistą panterę. Po chwili starła się ona w ataku z dużym wilkiem.

-Byłbyś lepszym władcą niż mój syn -oznajmił mężczyzna, gdy walka toczyła się w najlepsze. Posłałem mu niedowierzające spojrzenie, a ten wykrzywił wargi w niechętnym, krzywym uśmiechu.

-Bredzisz -odparłem po dłuższej chwili ciszy.

*

-...dam ci co będziesz chciał. Będziesz mógł robić co chcesz, bez podlegania pod prawo.

-Naprawdę myślisz, że zdołasz mnie przekupić? Że cię poprę po tym jak usilnie starałeś się o moją śmierć? -zapytałem mężczyznę. 

-Nie ja tylko Revess i generałowie. Dochodzą do tego ludzie którzy wiedzą o twoich żywiołach lub mają złe doświadczenie z Sempre - wytlumaczyl.

Jego wilk zlapal za szyje moja pantere.

-Moge dac bezpieczenstwo twojej rodzinie, bliskim, Alahisowi.

-Czemu niby Alahisowi?

-Slepy to ja jeszcze nie jestem. Wystarczy polaczyc fakty.

-I mam uwierzyć, że dotrzymasz słowa?

-Sa takie rzeczy jak umowy drogi Crispo. -moja pantera się rozpłynęła. Spojrzałem z namysłem na mężczyznę.

-Zostanie twoim sprzymierzeńcem nie było by trudne -oceniłem. Jego słowa były kuszące. Sprzedać swoje usługi za wolność i bezpieczeństwo bliskich -Muszę się zastanowić. Odpowiedź dostaniesz jutro...

-Nich będzie. Postaram się do tego czasu nie sprawiać problemów -powiedział wyraźnie zadowolony z przebiegu rozmowy. Pokiwałem głową i ruszyłem do drzwi. Przywołałem strażników, a następnie ruszyłem korytarzami. Pogrążając się w myślach.

-Sivveekk!- zza rogu wybiegla przestraszona Rou,

-Co sie stalo?

-Hisia! Cos sie stalo! Kaszlal krwia! - dziewczynka zaczela mnie ciagnac za reke w strone wyjscia z zamku.

-A wiesz czemu?

-Siedzial ze mna w ogrodku...



----------------
*tekst piosenki Birdy - Shelter (zmieniona osoba w tekście na potrzebę opowiadania)
**<wł.> dobrze, moja księżniczko

środa, 20 kwietnia 2016

Rozdział 6

SIVE

Odwróciłem się do niego. Jego skonfundowana mina wywołała jeszcze większe rozbawienie z mojej strony. 

-Nie było dwuosobowych pokoi, a wolę być pewien, że w nocy nic i nikt cię nie zabije, więc zostaje nam to. Nie martw się. Tym razem będę się trzymał z dala -powiedziałem kierując się do drzwi łazienki. 


-A kiedy niby nie trzymałeś się? - spytał cicho, jednak zamykając drzwi jeszcze to usłyszałem. Westchnąłem. Ściągnąłem ciuchy i wszedłem pod prysznic. Przymknąłem oczy pozwalając ciepłej wodzie oczyścić mnie z napięcia powstałego w ciągu dnia. Zmyć niepotrzebne emocje...
 Po wyjściu z pod prysznica i wytarciu się dotarło do mnie, że nie wziąłem nic do przebrania, więc owinięty ręcznikiem wróciłem do pokoju. Alahis leżał na łóżku z książką w ręce. Uchwyciłem jego zaskoczone spojrzenie zanim pochyliłem się by wyjąć z torby ciuchy.

Ubrany w luźne spodnie i bezrękawnik wróciłem do pokoju. Wilgotne włosy zaczesałem do tyłu. 

-Za półgodziny jest kolacja dla wszystkich, jeśli byłbyś głodny -oznajmiłem siadając na małej sofie przed łóżkiem.

-Yhym... - mruknął dalej czytając. -Zaraz wypalisz dziurę w tej książce - spojrzał się na mnie z uśmiechem.

-Tak się nie da -odparłem lekko speszony. Co mnie uratowało od jego przeszywającego wzroku? Pukanie! Wstałem podchodząc do drzwi i je otwierając. Stała tam ta sama miła kobieta, która powitała nas tu. W rękach miała tacę z kanapkami, dzbankiem herbaty i dwiema filiżankami. Spojrzała na mnie z miłym uśmiechem.

-Pomyślałam, że będziecie zbyt zmęczeni by zejść na kolację, więc wam przyniosłam co nieco. -wytłumaczyła z lekkim akcentem. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem.

-Merci beaucoup*  -odpowiedziałem po francusku. Już na początku przy powitaniu rozmawiałem z kobietą w jej ojczystym języku.

-Pas du tout, mon cher.** -odparła z matczynym uśmiechem. Po czym życząc nam smacznego i dobrej nocy odeszła. Patrzyłem za nią przez chwilę po czym wróciłem do pokoju.

 -Dîner mon prince*** -powiedziałem automatycznie do chłopaka. Dopiero po chwili dotarło do mnie co powiedziałem. Cieszyłem się z możliwości, że Hisa mógł mnie nie zrozumieć.
 
-Vôtre? Il sonne bien dans votre bouche ...Ne soyez pas surpris. Je peux parler dans de nombreuses langues**** - odparł płynnie na co prawie dostałem zawału. Pierwszy raz od dość dawna zarumieniłem się nie wiedząc co powiedzieć. Postawiłem więc kolację na stole i nalałem herbaty do filiżanek, jedną podając chłopakowi.

-Wyruszamy jutro po śniadaniu, co ty na to? -zapytałem błądząc wzrokiem po całym pomieszczeniu, skrupulatnie omijając białowłosego.

-Blush doux***** - zaśmiał się. -Jasne.

-Nieprawda -odparłem w herbatę.

-Prawda. -spojrzałem na niego z mordem w oczach. Po czym uśmiechnąłem się diabelsko. Chwilę później na głowie chłopaka wylądowała góra śniegu. Zacząłem się śmiać jak głupi z jego miny. Już po chwili śniegu nie było, a wyłącznie delikatna para wodna.

-Zdecydowanie pożałujesz tego. Patrz jak teraz moje włosy wyglądają! -rzucił we mnie kulką ognia. Pozbyłem się jej ruchem ręki ocierając łzy śmiechu. Zaraz jednak kolejna zbliżała się w moim kierunku.

-No ej! -mając dość robienia tarcz i uników wskoczyłem na łóżko i zacząłem okładać chłopaka poduszką.

-Bonehead! Idiot! Laissez-moi! Allez!****** -próbował uciec co skończyło się spadnięciem z łóżka. Spojrzałem na niego znad krawędzi.

-Karma cię dopadła -powiedziałem próbując powstrzymać chichot.

Nagle poczułem chłodną dłoń chłopaka, która pociągnęła mnie w jego stronę. Upadłem na niego podtrzymując się jedynie na rękach między jego głową.

-Ughh...-stęknąłem i spojrzałem na niego z wyrzutem. -I jaki miałeś w tym cel?

-Uno molto importante******* - mruknął i delikatnie pocałował mnie. Mógłbym porównać to do muśnięcia skrzydłem motyla.

-Noi non dovrebbe******** -wyszeptałem lecz nie odsunąłem się. Czerwone oczy wpatrywały się we mnie z nieznanym mi błyskiem. Białowłosy położył chłodną dłoń na moim karku przyciągając mnie bliżej i przyciskając swoje wargi do moich. 
Było to co innego niż pocałunek z Lukasem. Czułem to, ale nie chciałem tego przyznać. Głębsze uczucia nie są dobre, powtarzałem w myślach. One ranią...

Odsunąłem się od Alahis'a mając mętlik w głowie. Z jednej strony chciałem tego, a z drugiej wiedziałem, że to mnie zrani. Byłem o tym święcie przekonany. 
Oparłem się plecami o łóżko.

-Głębsze emocje nie ranią Sive. Nie możesz ich ciągle wypierać - powiedział podnosząc się i patrząc na mnie.

-Zawsze ranią. -zaprzeczyłem mając w głowie postać blond przyjaciela -Zaczyna ci na kimś zależeć, a potem go tracisz. -spojrzałem na niego -Nie chcę znowu tego czuć. To za bardzo boli Al...

-Znowu? -pokiwałem głową. Objąłem ramionami kolana i wpatrując się przed siebie wytłumaczyłem:

-Kiedyś wraz z Victorem mieszkałem w jednym mieście. Byliśmy przyjaciółmi. Był wtedy jeszcze Andrew... Był najlepszy z naszej trójki. Pięć lata temu zrobiliśmy głupstwo. Drew...on został złapany. Choć mu grożono, torturowano nie wydał nas. Był dla mnie jak brat, dla Victora zresztą też. -w moich oczach pojawiły się łzy, gdy z każdym wypowiedzianym słowem w mojej głowie pojawiały się bolesne wspomnienia -Został skazany na śmierć. Chciałem mu pomóc...ale on nie chciał tej pomocy. Nie chciał byśmy ryzykowali. Widziałem jak ginie. Jak opuszcza mnie...

ALAHIS

-Nie wiedziałem... - szepnąłem. -Wiem, że może być nadal to dla ciebie ciężkie, ale nie każdy cię opuści. Wiesz czym ludzie się różnią od bogów? Tym, że można ich łatwo złamać, zranić. Bogowie nie potrafili tego osiągnąć, przez co porzucali swoją nieśmiertelność i stawali się ludźmi. Kiepskie pocieszenie, ale taka jest prawda. Po to mamy emocje. Carpe diem Sive - powiedziałem i wziąłem nasze filiżanki z herbatą. Podałem jedną dziwnowłosemu, a drugą sam zacząłem pić.

Gdy wstaliśmy po jakimś czasie z podłogi, stało się coś co mnie zdziwiło. Niebieskooki podszedł do mnie i przytulił.

-Dziękuję -mruknął, gdy mnie puścił. Spojrzał na mnie z pewną ulgą na twarzy -Może masz racje.

Wysłałem mu pocieszający uśmiech i dałem buziaka w policzek.

-Idź już spać i przemyśl sobie wszystko na spokojnie - powiedziałem  biorąc spodnie dresowe i koszulkę. -Idę się wykąpać.

SIVE

 Na granicy snu poczułem obejmujące mnie ramiona. Mruknąłem zadowolony i przysunąłem się do źródła ciepła.

- Branoc Siv...

*

Ziewnąłem i otworzyłem powoli oczy. Wydałem z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.
Leżałem przyciśnięty do Hisy, który obejmował mnie ramieniem. Jedną nogę miałem przerzuconą przez nogi chłopaka.
Przyjrzałem się spokojnej twarzy śpiącego chłopaka. Białe włosy rozrzucone na poduszce, niektóre kosmyki opadły mu na czoło, lekko uchylone usta przyciągnęły moją uwagę na dłużej. Hisa był dość pociągający. Nigdy właściwie nie zwracałem uwagi na wygląd innych chłopaków. Tylko ten jeden działał na mnie w jakiś dziwny sposób.
Delikatnie, próbując nie obudzić białowłosego odsunąłem z jego twarzy białe kosmyki. Coraz większą ochotę miałem na dotknięcie ponowne tych miękkich ust, choć nie powinienem. Dotknąłem ich opuszkiem palca. Były tak samo ciepłe jak przy pocałunku, tak samo delikatne. Próbowałem odpędzić się od tych myśli, ale nie potrafiłem.
Hisa coś mruknął pod nosem niezrozumiałego i lekko uśmiechnął się przez sen.

-Słodziak -mruknąłem sam się delikatnie uśmiechając. Zacząłem próbę wyplątania się z objęć białowłosego.

Gdy tylko szczęśliwy odsunąłem się, Al pochwycił mnie znów i tym razem przytulił jak misia.

-Nie uciekaj... - wyszeptał mi do ucha. Westchnąłem. I moje trudy poszły na marne.

-Nie potrzebujesz mnie do snu, mon cher -stwierdziłem obracając się by spojrzeć mu w twarz.

-Potrzebuję - powiedział głosem zaspanego dziecka. -Pierwszy raz nie śnił mi się ten głupi sen...

-Skąd pewność, że to moja sprawka? -przyglądałem mu się z uśmiechem w kącikach ust. 

-Twa osoba jest magiczna. A teraz spaććć... - jęknął chowając się pod kołdrę.

-To kryształ nie ja -odparłem ze śmiechem. Przeciągnąłem się z głośnym ziewnięciem. -Ale miło, że masz o mnie tak wysokie mniemanie.

-Więc wycofuję to - mruknął stłumionym głosem. Prychnąłem na jego słowa wstając wreszcie z łóżka.

-Ciesz się ostatnimi godzinami snu -powiedziałem znikając w łazience.

*

Zamknąłem książkę i spojrzałem na zegarek, a następnie śpiącą na łóżku postać.

-Czas na śniadanie -oznajmiłem wytwarzając nad białowłosym chmurkę, z której padał leciutki deszczyk. Jego reakcja była prawie natychmiastowa.

-No weź! Deszcz?! Serio?! Może jeszcze mi tu grad spadnie, co?! - usiadł na łóżku po turecku i owinął się kocem.-Nie lubieeeee wodddyyyy....Sivvvv...

-Skoro wolisz grad...-powiedziałem z coraz to szerszym uśmiechem i machnąłem ręką.

-Ej! Bonehead! Idiot!

-Przecież chciałeś -odparłem z niewinnością w głosie. Podszedłem do niego odganiając chmurkę, która się rozpłynęła. Skupiłem się i wysłałem w jego kierunku falę ciepła. -Lepiej? -zapytałem schylając się by spojrzeć mu w oczy.

-Pf. - wyminął mnie i usiadł na sofie zdejmując mokrą koszulkę i wycierając włosy zabranym po drodze ręcznikiem.

-Oj nie złość się, przecież nie zostawiłem ci tej chmurki na cały dzień. Maro miał gorzej, gdy sprawiłem mu taką chmurkę -powiedziałem podając mu suche ubrania.

-Nie.lubię.wody. - powiedział nadal obrażony.

Przełknąłem ślinę, gdy białowłosy wstał przebierając się. Delikatne zarysy mięśni wywołały u mnie lekki dreszcz.
 
 -Czyżby ganiła twój...ogień? -zapytałem siadając w nogach łóżka. I zajmując swoją uwagę poduszką, którą zacząłem tulić do piersi jak dziecko.

-Po prostu nie lubię - mruknął.

W pełni ubrany odsłonił okno. 

-O której jedziemy?

-Po śniadaniu, które właśnie trwa -odpowiedziałem z lekkim uśmiechem. Wstałem przeciągając się. -Chodź trzeba coś zjeść przed podróżą.

*

Usiedliśmy przy pustym stoliku. Jadłem ciasto popijając je kawą, przy okazji błądząc wzrokiem po ludziach i obserwując. Czasami można było wiele wyłapać z bycia cichym obserwatorem. Postawy ciała, mimika twarzy czy też gestykulacja potrafiła wiele pokazać.

-Nie mówiłeś mi co robi ten magiczny kryształek -wskazał na łańcuszek, na którym znajdował się kryształ.

W krysztale był mały płomyczek.

-Tego nikt do końca nie wie -mruknąłem wracając spojrzeniem do białowłosego -Dawno temu wykorzystywano je do odpędzania złych dusz. Wierzono, że osoba posiadająca cristallo eternità jest chroniona przez istotę wyższą. W zależności od duszy posiadacza moc kryształu ma inne możliwości, których nie zna zazwyczaj nikt oprócz niego. Jego historia jest niezwykła. Niektórzy twierdzą, że jeden kryształ ma przypasowane bóstwo, które komunikuje się z osobą mającą go. Stąd też zniszczenie ich oraz nazywanie mocą diabła...

-Ciekawe...- zamyślił się Hisa patrząc w kryształek. Schowałem uśmiech za kubkiem. Samoistnie dotknąłem znajdującego się pod koszulką własnego kryształu.

-W rzeczy samej...-mruknąłem -Więc jak zaczniesz słyszeć głosy to nie panikuj.

-Yhym... To może być jeszcze ciekawsze  - uśmiechnął się.

-Nawet nie wiesz jak -odparłem powstrzymując śmiech.

*

-Przed nami granica Fiammy - powiedziałem zauważając dwóch strażników.

-Jakoś nie umiem sobie wyobrazić reakcji ojca na mój powrót.

-Zrób to co ja, unikaj spotkania! -odpowiedziałem -A tak na  poważnie to...uważaj na niego. Lepiej udaj posłusznego królewicza niż pokazuj mu, że jesteś zagrożeniem.

-Może jednak zostańmy przy unikaniu?

Jako, że wpatrywałem się ciągle w strażników zauważyłem od razu, gdy jeden z nich uwolnił cząstkę mocy, która miała nas pozbawić świadomości.
Wyminąłem Alahis'a wznosząc szkarłatno-niebieską  zasłonę, która wchłonęła atak, a następnie sama ruszyła w kierunku mężczyzn. Widząc ich przerażone twarze zaśmiałem się i zmieniłem zabójczą tarczę w mżawkę.
Następnie zeskoczyłem z mojej czarnej klaczy i podszedłem do nich.

-Atakowanie przyszłego władcy nie jest jakoś karane półgłówki? -zapytałem z kpiną.

-On nie jest, ani nie będzie naszym władcą - odezwał się jeden z nich.

-Zobaczymy za parę miesięcy - warknął białowłosy stając obok mnie. Ja za to postanowiłem się zabawić. Można by powiedzieć, że moja sadystyczna część duszy zapragnęła się pokazać.

-Twoja wrogość w stosunku do swojego księcia nie jest dobrą cechą. Kiedyś karano to śmiercią bądź torturami. -powiedziałem z satysfakcją widząc pojawiające się przerażenie w oczach strażników. Podmuch wiatru sprawił, że zlecieli z siodeł i uderzyli z hukiem o ziemie. -Zobaczymy jak zniesiesz niektóre ze starych sposobów brutalnego zdobywania informacji.

-Co ty...AAA! -jego krzyk odbił się echem między drzewami. Zaśmiałem się patrząc jak na rękawie jego szaty pojawia się szron, a mężczyzna rzuca się po ziemi.

-Sam siebie nie umiesz obronić, a dali cię na strażnika najważniejszej części granicznej kraju. Głupota. - białowłosy oparł się o drzewo i zaczął przyglądać się mojemu "przedstawieniu". Gdy pierwszy z mężczyzn zemdlał drapiąc swoje przedramię zrobiłem smutną minkę.

-No cóż...-mruknąłem odwracając się do  drugiego. -Też jesteś takim idiotą, który robi sobie wroga z niewłaściwych osób?

Mężczyzna nie odpowiedział tylko posłał w stronę Hisy ognistą strzałę. Chłopak mało przejmując się tym zatrzymał płomień i "zgasił go".

-Serio? Myślisz, że jesteś silniejszy w żywiole ode mnie? - spytał i rzucił w niego około tuzina małych ostrzy z ognia.

-Sądzisz, że powinienem go powstrzymać? -zapytałem jęczącego z bólu mężczyznę. -Chociaż...jest młody. Musi czasami dać ujść emocją.

Wzruszając ramionami odszedłem w bok dając Hisie wolną rękę.

-Nie zatrać się. Potraktuj to jako ćwiczenie -powiedziałem z uśmiechem. Przez chwile wydawało mi się, że widziałem za nim zakapturzoną postać. Była to chwila. Gdy mrugnąłem wszystko wydawało się być w normie.

Oczy Alahisa przybrały z każdym ciosem bardziej szkarłatny kolor. Jak na razie nie przesadzał. Walka dobrze się toczyła do czasu, gdy pierwszy raz oberwał. Wtedy już przestał nad nią panować. Zbliżał się do wybuchu.

-Hisa dość -powiedziałem podchodząc. Chłopak jednak wydawał się mnie nawet nie słyszeć.  -Al...

 Położyłem dłoń na jego ramieniu i poczułem uderzającą we mnie siłę. Następnie odrzuciło mnie w tył. Przymknąłem oczy wołając w myślach pewnego idiotę o pomoc. Uderzenie poczułem w całym ciele. Upadłem na ziemie z bliżej nieokreślonym dźwiękiem.
Ogarnęła mnie ciemność, w której zobaczyłem jeszcze przeszywające zielone oczy.

ALAHIS


Dusiłem się. Wszędzie dookoła widziałem swój własny ogień. Nie potrafiłem nad nim zapanować. Przeklinałem w myślach, że dałem się tak ponieść. Nagle poczułem chłodną dłoń. Do moich płuc doszło świeże powietrze. Otworzyłem szybko oczy i zobaczyłem nieznajomego.

-Nie pozwól własnym płomieniom tobą rządzić Alahis'ie - miał miły i ciepły głos, jeśli taki w ogóle istnieje. 

Miał oczy koloru płynnego złota i włosy trochę ciemniejszego odcieniu miodu. Na sobie miał czarna pelerynę, która zasłaniała mu całe ciało.

-Kim ty jesteś?- wydusiłem z siebie, choć głos miałem okropnie zachrypnięty.

Nie dostałem odpowiedzi, jedynie tajemniczy uśmiech. Potem ogarnęła mnie ciemność. Wciąż jednak czułem obecność złotookiego. Na skraju osobowości usłyszałem jeszcze cichy, jakby odległy szept...

Jestem Mahiro. Zawsze przy tobie będę.

*

Płomienie. Otaczały mnie. Dusiły. I wtedy ten chłopak.
Wziąłem głęboki oddech.

Nagle wszystko ustało. Nie było już Mahiro ani ognia. Rozejrzałem się i zobaczyłem swój pokój. Obok mnie siedziała Anna i moja matka. Moje zdziwienie było jeszcze większe, gdy ujrzałem w rogu pokoju dziwnowłosego. Chłopak był bledszy niż zazwyczaj i wydawał się zmęczony. Jednakże uśmiech, który posłał w moim kierunku był szczery i rozjaśnił jego twarz.

-Radujmy się. Ktoś wreszcie raczył wrócić do żywych -powiedział i na karcące spojrzenie mojej matki zrobił niewinną minkę.

-Długo byłem nieprzytomny? - spytałem siadając na swoim łóżku.

-Całą drogę do zamku, gdy cię do niego wniosłem i potem...Jakiś cały dzień -wytłumaczył chłopak ruszając do drzwi. -Miło było piękne panie poznać, niestety czas mnie goni.

-Pour voir********* - mruknąłem mało zadowolony z tego, że chłopak wychodzi.

Jakoś przyzwyczaiłem się do tego skrytego, dziwnowłosego chłopaka. Szczególnie w zajeździe.

-Mon prince -odparł ze śmiechem kłaniając się, a następie wyszedł.

-To był syn Sophie, prawda? -odezwała się moja mama.

-Jeśli nie mylę się to tak - powiedziałem i wyplątałem się z kołdry.

SIVE

Gdy tylko opuściłem teren zamku po mojej prawej pojawił się zielonooki.

-Naprawdę ci na nim zależy -powiedział łagodnym tonem. Spojrzałem na niego kątem oka.

-Chyba tak.

-Dałeś mu kryształ.

-Chciałem by był bezpieczny -odparłem obronnym tonem i usłyszałem śmiech mężczyzny.

-Jak żyję nie widziałem bardziej skomplikowanej osoby od ciebie Sive.

-Nie wiem czy wziąć to a komplement, czy obelgę. I nigdy mi właściwie nie powiedziałeś ile masz lat Maro -powiedziałem kierując się krótszą drogą do domu.

-Jestem twoim strażnikiem odkąd byłeś małym dzieckiem, które znalazło ruiny świątyni...

-Zawsze mówisz to samo przyjacielu. Jedyny wniosek jaki wyciągam to to, że jesteś stary, ale nie widać tego po tobie.

-Sam tłumacząc Alahis'owi kawałek historii wspominałeś o "istotach wyższych". My się nie starzejemy.

*

Leżałem na łóżku spuszczając głowę w stronę podłogi. Maro wyszedł parę chwil temu mówiąc, że musi coś załatwić. Westchnąłem.

Stałem w zakurzonym pomieszczeniu z lekkim strachem wpatrując się w ciemność. W dłoni ściskałem znalezione wisiorki. Nagle poczułem uspokajającą dłoń na ramieniu. Odwróciłem się by zobaczyć wysokiego mężczyznę w czarnej szacie. Jego duże zielone oczy wydawały się mnie oceniać. Długie srebrzyste włosy odcinały się w niezwykły sposób na czarnym materiale. 

-Nie bój się. Jestem przy tobie -odezwał się ciepłym głosem klękając przede mną. Spojrzałem na niego wielkimi oczami.

-Jesteś moim aniołem stróżem? -zapytałem z dziecięcą ciekawością. Mężczyzna zaśmiał się.

-Nie jestem aniołem. Ale jestem twoim opiekunem. Zawsze będę u twojego boku mały odkrywco...


-SIVE! -usłyszałem wrzask i aż się skrzywiłem. -MASZ GOŚCIA!

-Pf. Nie ma mnie -mruknąłem zamykając oczy. Usłyszałem kroki po czym drzwi mojej świątyni otworzyły się zakłócając mój spokój. -Masz 3 sekundy na opuszczenie tego pokoju bez szkód na ciele i umyśle.

Spojrzałem na osobę, która zakłóciła mój spokój. Był to chłopak. Miał ładne miodowe oczy i ciemniejsze włosy. Miał na sobie czarną pelerynę z złotą klamrą i kapturem.

-A ty to kto? - spytałem odwracając się na brzuch.

-Mahiro Fuwa. Ten z kryształku od białowłosego księciunia -uśmiechnął się. Skupiłem się by wyczuć otaczającą go moc. Poczułem to samo co od Maro. Ogromną moc, która olśniewała swoją niezwykłością.

-To nie powinieneś być z nim? -zapytałem.

-Śpi sobie i śni o siostrze - ziewnął siadając na moim fotelu w rogu pokoju. -Co cię z nim łączy?

-Masz wgląd do jego wspomnień, sam się dowiedz -odparłem.

-Nie mam zamiaru naruszać jego prywatności jeśli to nie zagraża jego życiu - powiedział. Przyglądaliśmy się sobie przez chwile w całkowitym milczeniu.

-A ja nie zamierzam ci się zwierzać. Jeśli to wszystko co chciałeś to uważam rozmowę za zakończoną.

-No ejjj...Nie bądź głupek. Powiedzz...Maro chętny jest do powiedzenia, no ale chciałem od ciebie usłyszeć.

-Maro zawsze ma coś do powiedzenia. Każdy z was to taka papla czy tylko wasza dwójka? I jeszcze to dojrzałe zachowanie. Może ty mi odpowiesz ile macie lattt?

-Em...Dużo?

-Ughh. To nie jest odpowiedź! -oburzyłem się rzucając w niego poduszką.

-Sam już nie pamiętam ile mam lat. Dużżooo... No, a teraz ty mów! Co czujesz do Hiski?

-Lubię go -odpowiedziałem z uśmiechem.

-Iiii?

-I tyle ci wystarczy za twoją słabą odpowiedź. A teraz mogę wrócić do odpoczywania bez twojej osoby? Idź do swoich starych znajomych -mruknąłem wracając do pozycji, w której byłem przed jego wejściem.

-Pf. Wiesz, że jesteś wredny? -pokiwałem głową.

-Teraz to ja jestem prawie miły Mahiro.

-PRAWIE! To jest różnica. - chłopak skierował się ku drzwiom. -Maro ma 2519 lat! Bayo!

-Nie wiem co do niego czuję -odpowiedziałem, gdy drzwi się zamykały. Przymknąłem oczy i przygryzłem wargę.

*

Pojawiłem się w jakimś lesie. Obok mnie przebiegła wesoła, mała dziewczynka o długich, srebrzysto białych włosach.
-Ali pospiesz się! 

-Spokojnie .... Idę - odpowiedział jej chłopczyk o takich samych włoskach i dużych ciemno czerwonych oczach.  Spojrzałem na niego. Był to w 100% mały Alahis.

Nagle z lasu dobiegł krzyk owej dziewczynki. Czerwonooki wystraszony szybko zaczął biec w stronę srebrnowłosej.  Z ciekawości udałem się za chłopcem. Widziałem strach w jego oczach. Sam go odczuwałem. 

- ... gdzie jesteś?! - krzyczał.  

Przerażony chłopczyk szukał jej długo. Jedyne co znalazł to jej wstążkę, którą miała związane włoski. Zaczął biec przez las i już po chwili można było zobaczyć ogromny ogród, a w nim altankę.  Idąc tam rozpoznałem matkę Alahisa i Sophie.

W altance siedziały dwie kobiety i rozmawiały o czymś zawzięcie. Czerwonooki chłopiec podbiegł do nich zapłakany i wtulił się w królową Fiammy. Jej chłodne dłonie delikatnie uniosły jego twarz i wytarły łzy. Posadziła chłopca na jednej z poduszek.

-Mamuś ona...zniknęła...nie ma jej - zaczął jeszcze mocnej płakać.

Obudziłem się, a na łóżku siedział nie kto inny jak Mahiro.

-Ten sen za każdym razem pojawia się w głowie Hisy. Jest ucięty. Zamazane jest także imię dziewczynki. Przypuszczam, że to jego siostra. Mógłbyś to sprawdzić?

-Kochajmy takt innych -wymruczałem do siebie. -Nie miałeś zniknąć?

-Sprawdzisz? -dopytywał, na co westchnąłem. Nie dość, że naruszył MOJĄ prywatność to jeszcze czegoś oczekiwał. Czułem się zirytowany.

-Zrobię to. Ale wisisz mi przysługę. -sturlałem się z łóżka i wstałem. Po ubraniu się spojrzałem na Mahiro. -Będę w pałacu. Postaraj się trzymać Hisę z dala ode mnie.

-Ale...

-Zrób to. Nie pytaj. Jestem prawie zastępcą Marshall'a w Sempre, ale niektórych dokumentów nie ma tu. A o rodzinie królewskiej tym bardziej.

-Dobra.

*

Spojrzałem na białowłosą kobietę.

-Miała pani córkę -odezwałem się ujawniając swoją obecność. Kobieta drgnęła i odwróciła się w moim kierunku. Jej twarz mówiła wszystko. Była jak otwarta księga.

-Skąd ty...?

-Nie ważne -powiedziałem kręcąc głową -Co się stało tamtego dnia? Czemu nikt nie wie o waszym drugim dziecku? I chyba najważniejsze, czemu wspomnienia Alahis'a nie są pełne?

-Zupełnie jak ojciec -mruknęła patrząc na mnie wielkimi, granatowymi oczami. -Ale w twoich rysach widać też Sophie...Zmienienie imienia i miejsca zamieszkania nie zmieniło twojego pochodzenia. Oni cieszyli się z twoich narodzin.

-DOŚĆ. -krzyknąłem zaciskając powieki. -Nie obchodzi mnie co niby czuli. To stara bajka. Nic nie warta.

-Chcesz wiedzieć o mojej córce. Zgadzam się, ale wymagam byś spotkał się z ojcem i go wysłuchał.

-Czemu ci tak na tym zależy?!

-Bo Sophie mnie o to prosiła - powiedziała na skraju łez. -Prosiła mnie bym uświadomiła tobie prawdę. Byś wreszcie wysłuchał Domenic'a.

-Dajcie mi wszyscy święty spokój z uświadamianiem mi kim są moi rodzice! Cieszcie się poznałem prawdę. Nie ma co skaczę z radości. A teraz powiedz coś o twojej córce. -byłem na skraju wybuchu. Czułem, że długo nie wytrzymam.

-Kiiara. -odparła po chwili z nostalgicznym spojrzeniem. -Była taka jak ty, czego nie tolerował mój mąż... Alahis miał wtedy 6, a ona 4 latka. Nie wiem co się stało. Bawili się, a potem on przybiegł zapłakany i wystraszony. -łzy zaczęły spływać po jej twarzy. -Chciałam wysłać ludzi na poszukiwania lecz później się okazało, że Ottavio ich odwołał jak jej nie znaleźli po dwóch dniach...Skazał moją małą księżniczkę na życie bez prawdziwej rodziny...A-ale ja wiem że ona żyje. Czuję to...

----------------------------------------------------
*fran. Dziękuję bardzo.
**fran. Nie ma za co, mój drogi.
***fran. Kolacja mój książę.
****fran. Twój? Dobrze brzmi to w twoich ustach...Nie bądź zdziwiony. Potrafię mówić w wielu językach.
*****fran. Słodko się rumienisz.
****** fran. Głupek! Idiota! Zostaw mnie! No już!
******* wł. Jeden bardzo ważny.
******** wł. Nie powinniśmy
*********fran. Do zobaczenia

wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział 11

SIVE


Wreszcie coś normalnego, pomyślałem celując w oddalający się kształt. Strzeliłem i uśmiechnąłem się zadowolony na widok spadającego stworzenia.

-Kolejny raz trafił. Niezwykłe -skomentował jeden ze starszych lordów. Mój ojciec uśmiechnął się leciutko, a w jego oczach błyszczało rozbawienie. Sam miałem ochotę się zaśmiać. Gdyby tylko wiedzieli jak zyskałem jakie umiejętności...
Ignorując wypełnione złością bądź zazdrością spojrzenia chłopaków w moim wieku, rozejrzałem się po całym terenie. Zobaczyłem co najwyżej 13-letniego blondyna, który starał się wycelować lecz było widać, że nie ma o tym pojęcia. Podszedłem do niego.

-Źle się za to zabierasz -szepnąłem kucając przy nim. Szare oczy spojrzały na mnie z widocznym w nich wstydem. Poczochrałem mu włosy, posyłając mu pocieszający uśmiech. -Głowa do góry. Wystarczy, że poprawisz swoją postawę...O tak. I nie zamkniesz oczu. Teraz wyceluj w tego bażanta tam...

Chłopiec posłuchał, a ja odsunąłem się by mu nie zawadzać. Teraz jego niewysoka postać wydawała się pewniejsza siebie i zdeterminowana by to wykonać. Uśmiechnąłem się szerzej i obejrzałem się przez ramię by zobaczyć przyglądających się naszej dwójce mężczyzn. Jeden, który wydawał mi się być ojcem chłopaka wpatrywał się w niego z jawną kpiną. Zmrużyłem na niego oczy.

-Teraz rozluźnij się lekko. Weź głęboki wdech i strzel...

Blondyn pokiwał głową i skupił się na tym co mówiłem. Po chwili rozległ się strzał. A następnie skrzek zwierzęcia. Chłopiec spojrzał zaskoczony na mnie. Posłałem mu zadowolony uśmiech. Trafił.

-Domenico masz niezwykłego syna -usłyszałem zza pleców. Zachichotałem i przerzuciłem strzelbę przez ramię. Puściłem szarookiemu oczko.

Hisa postrzelał by sobie. Znając życie trafiłby nawet do tych najdalszych zwierząt

Z uśmiechem na twarzy ruszyłem do ojca.

-Wracajmy już może -zaproponował jeden z mężczyzn patrząc na zegarek. -Będziemy mieć akurat tyle czasu by wyszykować się na uroczystą kolację i późniejszy bal.

Skrzywiłem się wewnętrznie i ruszyłem wraz z resztą w kierunku rezydencji.

*

-Paniczu nie powinien pan ściągać góry stroju -strofowała mnie już od jakiegoś czasu tęga kobieta o ciepłych piwnych oczach. Spojrzałem na nią jak na mojego osobistego kata.

-Il razy mam powtarzać by mnie nie nazywać "paniczem"? -jęknąłem zaprzestając ściągania niewygodnego ubrania.Dramatycznie powiewając peleryną prawie biegiem opuściłem pokój na widok miny kobiety.

Los chciał bym potknął się o białą pelerynę i prawie upadł gdyby nie czyjeś ramiona. Zakląłem i po chwili podsunąłem się od trzymającej mnie postaci. Gdy podniosłem głowę ujrzałem przystojnego młodzieńca o niezwykłych fioletowych oczach. Na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech.

-Gdzie ci tak śpieszno? -zapytał przerywając ciszę między nami. Zmierzyłem go wzrokiem. Biały strój, granatowo-złota szarfa i jakieś mało mnie obchodzące przypinki oraz szkarłatna peleryna.

-Z dala od tej farsy -odparłem chłodno i usłyszałem śmiech chłopaka.

-Wystarczy do szklanego ogrodu na dachu. Nikt tam nie chodzi, nawet służba.

-Paniczu... -spojrzałem w stronę drzwi i ruszyłem biegiem w kierunku schodów.

-Dzięki! -krzyknąłem do chłopaka zanim zniknąłem za zakrętem.

*

Plan był dobry. Był wspaniały.
Ale niestety moja siostra zna mnie dość dobrze pomimo, że znamy się tak krótko. Gdy tylko nie pojawiłem się na początku balu, ten diabeł wyszedł by mnie znaleźć i w ten o to sposób znalazłem się na sali pełnej wystrojonych ludzi, którzy mają więcej do ukrycia niż ktokolwiek inny. Gdy już przestałem robić za atrakcję wieczoru zaszyłem się na tarasie i siedząc na murku popijałem wino.

Niebo było piękne. Usiane milionami, maleńkich światełek i do tego jeszcze jasny księżyc w pełni królujący na czystym niebie.
Rozmyślałem sobie spokojnie patrząc w ciemność, której nie oświetlały już lampy rezydencji. Zastanawiałem się po co ojcu tak duży dom. Kim był ten chłopak o fioletowych oczach i skąd wiedział tyle o tym domu...

Westchnąłem.
Upiłem większy łyk cierpkiego napoju.

-Skończyły ci się olśniewające teksty przybłędo? -usłyszałem kpiący głos. Spojrzałem na czarnowłosego chłopaka.

-Brandon nie ośmieszaj się i zostaw mnie w spokoju -mruknąłem nie poświęcając mu większej uwagi.

-Myślisz, że jesteś lepszy? -warknął. Miałem ochotę strzelić mu w łeb. I tak go nie używał. Jak można przeżyć z taką głupotą jak on, nie wiem.

-Nie przypominam sobie bym powiedział, że jestem lepszy. A teraz przestań się wydurniać i odejdź w siną dal.

-Myślisz, że wystarczy nazwisko i możesz każdemu mówić co ma robić? Jesteś zwykłą przybłędą. Nikim ważnym. Mógłbyś zniknąć, a nikt...

-Jego ojciec by zauważył. A i ja bym odczuł brak takiego małego uciekiniera. -za szatynem pojawił się fioletowooki. Na jego widok Brandon zbladł i ukląkł na jedno kolano.

-Panie...

-Wstawaj i nie rób zamieszania. I najlepiej trzymaj się z dala od młodego Crispo.

-Jak sobie książę życzy -mruknął i zniknął w trybie natychmiastowym. Wpatrywałem się z oszołomieniem w młodzieńca, który patrzył na mnie z lekkim uśmiechem.

-Książę? Wpadłem na cholernego księcia? Ugh -opróżniłem kielich i zeskoczyłem z murka. Wykonałem lekki ukłon, który bardziej wyglądał jakbym chciał, a nie mógł. Fioletowowłosy parsknął na to śmiechem.

-Bez ukłonów proszę - powiedział i podszedł. -Marcello Tegalliano - wciągnął dłoń.

-Sive Crispo -uścisnąłem jego dłoń. 

-Słyszałem o twoich dobrych wynikach w polowaniu. Nie spodziewałem się, że ktoś pobije mój rekord - powiedział.

-Oni to liczyli?! -nie wiedziałem czy zacząć się śmiać, czy załamywać. Oto zajęcia ludzi wyższych sfer. Liczenie ile ustrzelisz ptactwa na polowaniu. -Mam po prostu naturalny talent.

-Albo jesteś jakimś super zabójcą na zlecenia - zakpił śmiejąc się. To też, pomyślałem posyłając mu szeroki uśmiech.

-Jakbyś trafił -powiedziałem ze śmiechem.

-Może przejdziemy się? - zaproponował po chwili uspokojenia się.

*

Resztę wieczoru spędziłem z chłopakiem, który wydawał się być dobrą osobą na przyszłego władcę. Był zabawny i szło zauważyć, że jest dobrym słuchaczem. Miał w sobie tą królewską elegancję i chłód lecz nie było to aż tak widoczne jak u innych osób jego pokroju.

Opowiedział mi o życiu na dworze. Wspomniał o swoich rodzicach i młodszej siostrze. Nie oczekiwał mojego udziału w rozmowie, mogłem od czasu do czasu coś wtrącić lecz nie musiałem odpowiadać na masę niewygodnych pytań.
Opowiedział mi nawet o swojej narzeczonej i ich pierwszym spotkaniu. Z tego co mówił na początku nie byli za ślubem, ale teraz są razem szczęśliwi.

Marcello był dość gadatliwą osobą, ale w dobrym sensie. Potrafił się otworzyć przed słuchaczem, a jego głos nie sprawił, że miało się ochotę skoczyć z mostu.

ALAHIS


Wkurzony na ojca nie wróciłem do zamku. Siedziałem cały czas w budynku Sempre.

-Hisek? Co masz taki zły humor? - podszedł do mnie Mahiro.

Usiadł i spojrzał się  na mnie tymi jego złotymi oczami.

-Ojciec przesadza - mruknąłem opierając się o niego. -Uderzył mnie po powiedziałem na głos, że nie jestem na "ty" z ojcem mojej narzeczonej.

-Czy ty przypadkiem nie jesteś gejem?

-Jestem. Ojca to nie obchodzi. W dodatku pogroziłem mu, a on z jakąś dziwną pewnością powiedział, że koronacja będzie datą mojej śmierci, a nie jego.

-Muszę mieć go na oku. Pamiętaj ktoś z Sempre lub Toxic Mask na pewno będzie na koronacji, no w dodatku ma być Sive.

Podciągnąłem kolana do siebie i położyłem na nich głowę. Miodowowłosy przykrył mnie kocem.

-Dasz radę Hisa.

-To mnie po prostu przerasta powoli. Ta nienawiść...nie rozumiem czemu tak mnie nienawidzi. Przecież zawsze starałem się by był dumny ze mnie. Robiłem co chciał.

-Jesteś mu po prostu nie potrzebny - usłyszałem Asher'a opartego o futrynę drzwi. -Taka prawda. Próbuje się ciebie pozbyć by nie doszło do koronacji. Bo gdy ciebie nie będzie, to on przejmie do śmierci królestwo.

Zacisnąłem oczy. Nie umiem sobie z tym poradzić. To mnie przerasta. Nie jesteś mu potrzebny. Zabije cię. Data koronacji będzie twoją datą śmierci. Mimowolnie z oczu poleciały mi łzy.

-Brawo Asher -syknął Mahiro obejmując mnie ramieniem -Mistrz taktu po prostu.

-Taka jest prawda... - zaczął się bronić, ale Mahiro uderzył go poduszką.

-Zamknij się już Asher.

Niebieskowłosy  zrobił co mu kazano. Ja za to dałem upust emocją i płakałem jak małe dziecko. Chciałem by był tu Sive. Nie było go już tydzień i zaczynałem tęsknić za jego czasami irytującą osobą. Nie mniej jednak jego uśmiech podnosił mnie na duchu.

-Czy mi się tylko zdaje, czy on płacze coraz głośniej? -usłyszałem szept. I warknięcie Mahiro.

Nagle przestałem. Miałem dość już tej bezsilności. Mam być przyszłym władcą ogromnego państwa, a nie beksą. Wytarłem oczy i odwinąłem się z koca. Złote oczy spojrzały na mnie z troską, a ja jedynie uśmiechnąłem się i wstałem.
Pora wziąć się w garść.
Ruszyłem na górę domu by się przebrać i ruszyć wykonać wreszcie zlecenie z listy.


SIVE

-Paniczu książę Marcello przybył by się z paniczem zobaczyć -usłyszałem męski głos. Zamknąłem czytaną książkę i rzuciłem nią w kamerdynera ojca.

-S I V E. Nie tak trudno wymówić moje imię -warknąłem wstając.

-Ale to by złamało etykietę mały uciekinierze -spojrzałem na wchodzącego do pokoju chłopaka. Jak zawsze nienaganny strój i postawa godna następcy tronu. Spojrzałem na niego z jedną brwią w górze. On za to uśmiechnął się odsyłając sztywno ubranego kamerdynera. Gdy ten zniknął z pokoju zostałem pociągnięty do swojej sypialni.

-Ty myślisz, że co robisz? -zapytałem, gdy fioletowowłosy  zaczął przeglądać moją szafę.

-Wybieram ci strój na konną przejażdżkę, a następnie wizytę na dworze mego ojca -oznajmił rzucając mi czarne, przylegające do ciała spodnie. Do tego wybrał jeszcze luźniejszą, białą koszulę i czarną kamizelkę ze srebrzystymi obszyciami.
Westchnąłem ściągając to co miałem na sobie i zakładając wybrane przez księcia rzeczy.

*

Konno jeździliśmy połowę popołudnia, gdy znaleźliśmy się na dworze byłem padnięty za to Marc tryskał energią i entuzjazmem.

-Człowieku czy ty kiedykolwiek przestajesz być taki...pełen życia? -zapytałem idąc za nim.

-Nigdy - uśmiechnął się i wskazał palcem kryształ, który jakimś cudem wypadł mi spod koszuli. -Co to?

-Pamiątka -mruknąłem chowając wisiorek.

-Od dziewczyny? -zapytał wciąż z uśmiechem.

-Alex raczej oczekiwała prezentów niż je dawała -odpowiedziałem wspominając swoją jedną jedyną dziewczynę.

-Więc chłopak? - poruszył znacząco brwiami. Parsknąłem śmiechem i z uśmiechem pokiwałem głową.

-Nie jesteśmy oficjalnie razem i raczej trudno by nam było gdyby ktoś się dowiedział -mruknąłem.

Chłopak stanął i spojrzał się na mnie.

-Zakazana miłość?! Jeszcze słodziejjj! - zaczął się cieszyć jak wariat.

Leczy gdy tylko zauważył przechodzącą obok nas strasz poprawił się. Został jedynie uśmiech.

-Mów. Ktooo...?

-Nie uwierzył byś -odparłem.

-No powiedzzzz -zachowywał się jak napalona nastolatka. Przewracając oczami rozejrzałem się po korytarzu.

-Alahis Fernese -mruknąłem. Chłopak wytrzeszczył na mnie oczy.

-Książe Fiammy?! -pokiwałem niepewnie głową.

-No to się porobiło - powiedział. -Parę razy w życiu z nim rozmawiałem, choć jego ojciec w dzieciństwie przerywał prawie każdą rozmowę. Nie przepadam za Ottavianem. Odstąpiłby wreszcie tronu Alahis'owi, a nie knuł z gubernatorem o jego śmierci.

-Revessem? -zapytałem chcą potwierdzenia.

-Taaak. Owinął on sobie innych władców wokół palca, gładkimi słówkami i obietnicami, których nie może spełnić. Mojego ojca też prawie namówił, ale twój w porę się pojawił i przemówił mu do rozsądku.

Muszę to sprawdzić. Jeśli się okaże, że to prawda, Hisie może na prawdę grozić niebezpieczeństwo.

-Martwisz się o niego... - powiedział i uśmiechnął się. -To dobrze. Matka mi mówi, że jak ktoś się martwi o kogoś to znaczy, że go bardzo kocha.

-Twoja matka to mądra kobieta -mruknąłem i wraz z chłopakiem wszedłem do przyjemnie urządzonego salonu. Na kanapie przy kominku siedziała piękna kobieta o ciemno brązowych włosach i przytulała się do postawnego mężczyzny, który obejmował ją ramieniem. Obydwoje wpatrywali się w małą dziewczynkę, która w różowej sukieneczce robiła piruety z głośnymi piskami. Na obliczach władców Vortice gościły wesołe uśmiechy.

-Matko, ojcze...Ellie - Marcello przywitał się grzecznie z rodziną. -To jest Sive Crispo.

Król Vortice natychmiast wstał i podszedł do mnie.

-Miło cię poznać chłopcze - wysłał mi ciepły uśmiech. Był zupełnym przeciwieństwem ojca Hisy. Tamten chłodny, nieokazujący emocji. Pragnący władzy. A ten przyjazny i uśmiechnięty. Pragnący szczęścia swoich bliskich.

-To dla mnie zaszczyt -stwierdziłem, co było prawdą. Z taką osobą człowiek chce się spotykać i rozmawiać. Powierzać swoje życie.

-Usiądź, chcesz się czegoś napić? Pewnie Marcello cię wykończył.

-Ojcze...

-Taka prawda synu. Masz za dużo energii. -zaśmiałem się na lekko zawstydzoną minę chłopaka. Jego siostra za to podbiegła do mnie w wesołych podskokach.

-Witaj księżniczko -przywitałem się z nią kucając. Dziewczyna o ciemnych włoskach zachichotała.

-Ellie -przestawiła się wykonując słodkie, dziecięce dygnięcie.

-Siv.

-Podbiłeś właśnie serce mojej siostrzyczki -mruknął Marcello siadając przy matce, która od razu zaczęła poprawiać jego strój.

-Pokażę ci mojego pieskaaa... - złapała mnie za palec u ręki i zaczęła ciągnąć ku drzwią.

-Ellie, daj odpocząć chłopakowi.

-No, ale to tylko na chwilkę - odparła trzepotając rzęskami i zaczęła mnie dalej ciągnąć.

-Pójdę z nimi - odparł Marcel i szybkim krokiem dogonił nas.

Poszliśmy do jakiegoś pokoju. Widząc wszystko w jasnych barwach różu, błękitu i fioletu, zrozumiałem że to pokój dziewczynki.

-Patrz! To mój piesek!

Spod okna wstał duży czarny wilczur ze złotą obrożą. Warknął na mnie na co się wzdrygnąłem. Dziewczyna uderzyła go swoją białą rękawiczką w pyszczek na co ten od razu zaskomlał i usiadł grzecznie.

-To jest Black Prince! Blackuś poznaj Sivka! -patrzyłem to na małą dziewczynkę to na wielkiego wilczura. I zacząłem się śmiać.

-No już Sivek. Każdy ma taką samą minę jak ty w tej sytuacji -powiedział Marcello.

-Ładny prawdaaa? -zapytała dziewczynka. Spojrzałem na nią z szerokim uśmiechem.

-Jest piękny El -odparłem na co dziewczynka pisnęła i objęła mnie rączkami w udach.

*

W pałacu spędziłem resztę dnia. Z królem Lorenz'em i królową Alexandrise zjedliśmy kolację i trochę porozmawialiśmy potem księciunio zaprowadził mnie do swojej komnaty, gdzie spędziliśmy resztę czasu.
Widząc ciemne niebo pożegnałem się z Marcello i konno wróciłem do rezydencji.

ALAHIS


-W lewo! - krzyknął jakiś tam człowiek, który uważał się, że może wszystkim rządzić. -Książę. Przesuń się w prawo.

Z cichym prychnięciem zrobiłem to. Zaczęły się próby na koronację.  Ojca nie było dziś na szczęście.
-Alahisie, mógłbyś krok do przodu się przesunąć? - spytał wnerwiający głos, który słyszę już od dwóch godzin.

-Nie, nie mogę. Mam dość już. Nic przez te dwie godziny nie zrobiliśmy, prócz przesuwania się w różne strony - warknąłem na niego.

-Książę...

-Idę się przejść.

-Nie. - usłyszałem głos, którego teraz najmniej się spodziewałem. -Dokończysz próbę z Flerucio i pójdziesz wreszcie na lekcje.

-Ojcze - powiedziałem twardo. -Jestem zmęczony.

-Noc jest od spania, a nie uciekania z zamku. Gdybyś zachowywał się tak jak przystoi, dorównałbyś może wreszcie stanowisku księcia. Zachowujesz się jak wieśniak. Straciłeś przez te ciągłe wychodzenie, nawet postawę.

-Nie moja wina, że przez całe życie trzymałeś mnie w zamku.

-Masz dokończyć próbę i iść na lekcję. Później straże odprowadzą cię do pokoju Alahisie - widziałem w jego oczach tą samą wściekłość co w posiadłości de Clare.

Tym razem nie mógł mnie uderzyć. Zbyt dużo było świadków. Zacząłem klnąc pod nosem i wykonałem to co kazał.

*

Koronacja się zbliżała, a po Sivie nie było śladu. Jednak pod nawałem zadań, które kazał mi wykonywać ojciec nie miałem czasu się nad tym dłużej zastanawiać.

Do Sempre też wpadałem raz na tydzień, dwa. Bo zazwyczaj byłem zbyt padnięty by w nocy się wymknąć. Gdyby nie towarzystwo Mahiro chyba bym zwariował.
Ciągłe próby, lekcje z których i tak nic nie wynosiłem, bo więcej niż nauczyłem się sam czy z pomocą Sive i tak mnie nie nauczą. Niedawno do pałacu przyjechała jeszcze Elizabeth z rodzicami. Więc do tego wszystkiego musiałem jeszcze dodać spacery, podwieczorki, "romantyczne" kolacje i inne bzdety.

Wielkimi krokami zbliżał się ten dzień. Koronacja.

Gdzie jesteś Sive?



Rozdziałn 12

SIVE

Paniczu... Ten głupi tytuł doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Nie potrzebowałem od innych takiej oznaki niezasłużonego szacunku. Nie byłem jak te zapatrzone w siebie dzieciaki, wyższych sfer. Wolałem zasłużyć na szacunek innych, a nie zyskać go przez nazwisko. 

"Formułka grzecznościowa". Raczej wyrażająca, że ktoś stoi wyżej w hierarchii państwa od ciebie. 

Westchnąłem i skręciłem w nieznaną mi część miasta. Biedniejsze budynki. Brudne uliczki. Ah...Slamsy miasta. 
Gdzieś w oddali mignęły mi sylwetki dzieci, które gonione porą wracały do domu. 
Powoli zapadająca ciemność nadawała wszystkiemu osobliwych cieni. Widok równie niezwykły, co przerażający. 

-...jesteśmy na to gotowi gubernatorze. -usłyszałem przechodząc jedną z ciemniejszych uliczek. Zatrzymałem się w pół kroku, zastanawiając się czy aby się nie przesłyszałem. 
Cicho nie chcąc ujawnić swojej osoby podszedłem do końca uliczki.

-Mam nadzieje. Ottavio płaci nam niezłą sumkę tym razem.

-Niech on się zajmnie swoim szczeniakiem lepiej...

-Zamknij się. Gdyby nie on już dawno wąchałbyś kwiatki od spodu -warknął w odpowiedzi jego towarzysz. Wyjrzawszy zza rogu ujrzałem trzech mężczyzn. Dwóch niewyróżniających się niczym szczególnym w zwykłych bojówkach i ciemnych okryciach typowo zimowych. Za o ten ostatni rzucał się w oczy swoim drogim strojem w tak nędznej dzielnicy. Bogato zdobiona peleryna ze złotym haftem, a pod nią elegancka koszula i skórzane spodnie ze złotym pasem, przy którym wisiała szabla. Jego postawa zdradzała, że w przeciwieństwie do swoich towarzyszy jest to dla niego obce środowisko. 
Byłem prawie pewien, że ten ciemnowłosy, postawny mężczyzna jest wysokim urzędnikiem państwowym. Tak jak go nazwali, gubernatorem. 

-Wasza praca nie jest trudna, a wynagrodzenie nawet bardziej niż zadowalające. Znajdujecie mieszańca, porywacie, dajecie opaskę i resztę zostawiacie innym. Żadnej wielkiej filozofii...

Mieszańce? Ale...

Kroki. Spojrzałem na mężczyzn, ale ci się nie ruszali. Już obracałem się za siebie, gdy kroki się zatrzymały. Uderzenie. Poczułem jakbym oberwał cegłą w głowę. Pulsujący ból i ześlizgnięcie się po ścianie. Spojrzałem jeszcze w brązowe oczy swojego oprawcy nim mój umysł osłoniła mgiełka i straciłem przytomność. 

*

Uderzenie w twarz przywołało mnie do rzeczywistości. Z jękiem spowodowanym rwącym bólem czaszki otworzyłem oczy. 

Znajdowałem się w obskurnym pomieszczeniu. Kamienne ściany i podłoga, na której gdzieniegdzie widać było bordowe smugi. Nade mną wisiały zardzewiałe, ledwo się trzymające łańcuchy. Czułem chłód bijący od kamieni oraz uścisk na nadgarstkach. Gdy na nie spojrzałem ujrzałem bransolety ciasno oplatające moje przeguby. 

-Co do... -moje pytanie przerwał wręcz psychopatyczny śmiech. Uniosłem głowę i ujrzałem stojącego naprzeciwko mężczyznę. Jego brązowe oczy od razu powiedziały mi, że jest to osoba, która pozbawiła mnie przytomności. 

Gdy podszedł on bliżej chciałem go zaatakować, którymś żywiołem, ale nic się nie stało. Kompletnie nic. Spróbowałem wykrzesać z siebie cokolwiek. Choćby małą iskrę, ale nie udało się. Dopiero teraz dotarła do mnie odczuwana przeze mnie pustka. Jakbym coś stracił. 

-Oh słodki jest ten niepokój w twoich oczach. -wstałem i podszedłem do brązowookiego. Ten wyglądał na zainteresowanego tym co robię i co zamierzam. 
Nie patyczkując się uderzyłem go. 
Chwilę później byłem przyparty do ściany z boleśnie wygiętą ręką.

-Ustalmy parę ważnych zasad. -syknął mi do ucha. -Ty nie masz żadnych praw, a każdy twój wybryk będzie dość nieprzyjemnie karany. Rozumiemy się?

-Pieprz się -warknąłem z policzkiem przyciśniętym do ściany. Obezwładniający ból zaatakował moje ciało chwilę później, wydobywając z mojego gardła wrzask.

ALAHIS

 -Alahis? - do mojego pokoju weszła szatynka w ładnej, jasno różowej sukni.

-Elizabeth? Chciałaś coś? - spytałem nie odrywając wzroku od książki.

Dziewczyna usiadła obok mnie i zaczęła gładzić moje włosy.

-Ostatnio w ogóle nie chcesz ze mną spędzać czasu. Nie kochasz mnie?

Zacisnąłem usta w wąską linię. Nie kochasz mnie? Jak bym mógł? Kocham tylko jedną osobę i na pewno nie jesteś nią ty...

-Ellie. Czy wiesz na czym polegać będzie nasz "związek"? - spytałem patrząc się w szare oczy dziewczyny.

-Jak to na czym? - zdziwiona przerwała gładzenie moich włosów.

-Najwidoczniej nie wiesz. Polega on jedynie na części politycznej. Nie ma w tym nigdzie miłości, słowa "kocham", czy jakiś takich bzdet. Robię to tylko przez ojca - powiedziałem poważnie na co dziewczynie zaczęły świecić oczy od łez. -Nie chcę cię ranić Elizabeth, ale wiedz, że kocham kogoś innego. 

Dziewczyna spuściła swój wzrok.

-Kim ona jest?

-Kto? 

-Osoba którą kochasz. Kim ona jest? Jest ładniejsza ode mnie, a może bardziej inteligentna? Mogę się zmienić Al.

Czy ona była, aż tak zdesperowana by to dla mnie zrobić? Pokręciłem głową.

-Ellie. Proszę cię - usiadłem wreszcie i złapałem twarz dziewczyny. -Nie zmieniaj się. Jesteś naprawdę piękna i mądra, ale nie obdarzę cię większym uczuciem niż przyjaciółkę. Możesz tu mieszkać. Możesz być królową Fiammy. Zapewnię ci wszystko co potrzebujesz, jak nakazuje mi prawo, lecz nie dam ci miłości. Przepraszam.

Dziewczyna nic nie mówiąc pocałowała mnie delikatnie w usta. Nic nie czułem. Uczucie jakie towarzyszyło mi przy pocałunkach z Sive'm nie da się opisać. Dziewczyna zakończyła pocałunek i spojrzała na mnie.

-Ja...Rozumiem - wyszeptała i wstała.

-Przepraszam, nie chcę cię ranić - powiedziałem. -Chodź, pójdziemy na kolację.

*

Jak co każde moje spotkanie z ojcem piorunowaliśmy się wzrokiem. Ellie siedziała obok mnie  i z niepewnością jadła kolację przypatrując się mi. Matka robiła to samo, lecz ojcu. Chciałem odejść już od stołu gdy do jadalni wszedł gubernator; Revesse. Przełknąłem ostatni łyk wina i zacząłem oceniać wzrokiem mężczyznę. Piesek ojca, którego ostatnio bardzo często widywałem przy kolacjach.

-Panie - ukłonił się. -Pani. - ucałował dłoń mojej matki.

Nie była ona zbyt szczęśliwa z obecności mężczyzny, z resztą ja też.

-Książę - kiwnął mi z szacunku głową.

Choć nie chciałem, maniery nakazały mi przywitać się z gubernatorem.

-Gubernatorze. Jak przebiega sprawa o której rozmawialiśmy ostatnio.

-Nie współpracuje.

-Daję ci wolną rękę - powiedział mój ojciec, na co Revesse delikatnie się uśmiechnął.

Skłonił się i odszedł. Spojrzałem na mężczyznę kończącego jeść.

-O co chodziło? - spytałem.

-Nie powinno cię to interesować Alahis'ie. Jest już późno. Odprowadź panienkę Elizabeth do jej komnaty i ty także się udaj do swojej - w tak normalnym zdaniu wyczułem nutkę nakazu.

Ta sprawa była podejrzana. Próbując jednak teraz o niej nie myśleć, podałem dłoń szatynce i ruszyliśmy do komnat. Szliśmy w ciszy. Ja nie byłem skory do rozmowy, a Elizabeth chyba nie wiedziała o czym może ze mną rozmawiać. Nie przejmując się tym zaprowadziłem ją pod jej pokój i życząc dobrej nocy odszedłem.
Miałem zamiar dzisiaj iść do Sempre z nadzieją, że Siv już wrócił. Miał tu być. Za niecały tydzień koronacja, a go wciąż nie było.
Dałby mi znak, gdyby wrócił. Byłem tego pewien.

Ubrany na czarno wymknąłem się z pałacu. Było to trudniejsze niż kiedyś przez wzmożoną liczbę straży. Jednak przy odrobinie sprytu szło się wydostać. Wsiadając na Ruqie ruszyłem lasem do miasteczka w którym był budynek Sempre. Wszedłem do domu. Zapanowała dziwna cisza wśród osób gdy mnie zobaczyli.

-Wrócił Sive? -poczułem przytulające się do mnie drobne ciało. Gdy spojrzałem w dół zobaczyłem Corin. Dziewczyna miała zapłakane oczy.

-Myślałam, że tu będzie...Że po prostu miał dość i wrócił, ale go nie ma...

-Szukaliście go? - spytałem przytulając dziewczynę. -Sprawdzaliście inne budynki Sempre?

-Wiadomość się już rozprzestrzenia. Nikt go nie widział od tygodnia. Nigdzie. -powiedział Victor z troską i zaniepokojeniem w oczach. Wszyscy wydawali się jacyś zgaszeni. Spojrzałem na Lukas'a, a on widząc moje spojrzenie szybko spojrzał gdzie indziej.

Tajemnicza rozmowa Revessa z moim ojcem, teraz dziwne zachowanie Lukas'a. O co chodzi?

-Sprawdzaliście ludzi, którzy łapią odmieńców?

-Zawsze planowali wcześniej te porwania. W ich papierach nie ma NIC o nim -wyjaśnił Marshall wchodząc do pokoju z Maro, który wydawał się kupką nieszczęścia.

-Coś się stało, ale go nie czuję. Całkowita pustka. Jakby zniknął. -wyszeptał mężczyzna łamiącym się tonem.

-Musimy go znaleźć - mruknąłem.

-Hisa. Zajmij się koronacją. Damy radę - powiedział Victor.

-Co mnie obchodzi koronacja jeśli życie Siv'a jest zagrożone?!

-On by tego chciał. Dopóki nie wiemy co się stało nie możemy wróżyć najgorszego -wtrącił spokojnie Marshall. Czasami spokój tego mężczyzny potrafił doprowadzić do szewskiej pasji.

-Jakbyś nie zauważył jego tu nie ma, bo zniknął. - warknąłem.







Obserwatorzy