środa, 15 czerwca 2016

Rozdział 20.

ALAHIS


Przepraszam mon prince.

Przez swoją głupotę straciłem cię.

Wierzę, że dasz sobie radę i może kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić...



Spojrzałem kolejny raz na list, który zostawił chłopak. Czułem nienawiść do samego siebie. To przez to jak się zachowałem ostatnio. Jestem idiotą.

-Przecież ja cię nie nienawidzę... - w moich oczach kolejny raz pojawiły się łzy i wtuliłem się w sierść wilczycy. -Kardie...On nie wróci tak prędko....

Zacząłem szlochać, choć doskonale słyszałem walenie do drzwi przez Mahiro. Odgoniłem myśli od irytującego dźwięku stukania w drewno i przymknąłem oczy kładąc się na łóżku z wilczycą.

*

Z symbolicznym berłem i złotym jabłkiem odwróciłem się do ludzi. Wszyscy wpatrywali się we mnie z radością i szacunkiem.

-Alahis Eraryk Fernese. Nowy władca Fiammy! -ogłosił stary biskup. Ludzie uklękli  geście poddania.

-Niech żyje król! Niech żyje król!

Westchnąłem. Minął tydzień od zniknięcia Siv'a, sprawę uciszyłem natychmiast nie chcąc słyszeć ciągłych komentarzy na jego temat. Maro znów chodził przygnębiony, chodź nie tak jak przy porwaniu chłopaka. Corin z ojcem też nie byli zbyt weseli z tego powodu.

-Alahisie... - usłyszałem wybudzający mnie z myśli głos mojego wuja.

Odłożyłem na odpowiednie miejsce przedmioty trzymane nadal w dłoniach. Miałem ochotę zaszyć się już w swojej komnacie i nie wychodzić z niej.  Jak Elsa!!! Spojrzałem błagającym wzrokiem na mężczyznę.

-Musisz przeżyć bal. Twoja matka napracowała się przy urządzeniu go - powiedział cicho. -Z resztą twoi przyjaciele i ty powinniście się wreszcie rozchmurzyć.

-Nie mam powodu do radości - powiedziałem smutno i wróciłem na swoje dawne miejsce.

Pora na przemowę. Wszyscy już powstali, a w ich oczach widziałem dziwną radość. Zmusiłem się do uśmiechu i zacząłem spokojnie mówić.

-...wiem, że teraz będzie całkiem inaczej. Każdy władca ma inne sposoby rządzenia, ale postaram się być tu dla was, słuchać was i żyć z wami. Koniec z niesłusznie oskarżonymi ludźmi. Koniec z skazywaniem na śmierć odmiennych.

Gdy skończyłem wybuchnęło poruszenie wśród ludzi. Nie było jednak one w żadnym procencie złe. Wszyscy zgadzali się z moimi słowami w co nie potrafiłem uwierzyć. Jednak nienawiść do odmiennych była jedynie u ludzi mojego ojca, a mieszkańcy Fiammy byli zastraszani...

-Piękna przemowa synu -dołączyła do mnie moja matka razem z wystrojoną, małą dziewczynką i Kiiarą. Pokiwałem głową. Wszyscy skierowaliśmy się do sali balowej.

*

Wpatrywałem się w tańczące pary, uśmiechnięte twarze zakochanych, biegające między dorosłymi dzieci. Wszyscy byli szczęśliwi, a ja miałem ochotę zamknąć się w pokoju i to wszystko zignorować. Chciałem by Sive wrócił.
Moje myśli przez cały tydzień jakoś wracały do jego osoby. Gdzie jest, co  robi... Jak się czuje? Czy dopuścił kogoś do siebie? Niby było to tylko siedem dni, ale tyle mogło się zmienić w ciągu tego czasu. Najgorsza myśl to była ta o chłopaku, który zapomni o mnie, o nas...

-Ty i Maro przyprawiacie mnie o depresje. -powiedział Mahiro siadając obok mnie.

-Nie miałeś nigdy osoby którą kochałeś, a ona uciekła bóg wie gdzie i możliwe, że nie zobaczysz jej przez długi czas? -spytałem biorąc kolejny kieliszek wina.

-Przykro mi, ale nie miałem. -odpowiedział przyglądając mi się z troską. Dalszą część przyjęcia siedzieliśmy w ciszy. Każdy pogrążony we własnych rozmyślaniach.

*

Siedziałem w swoim gabinecie uzupełniając dokumenty, gdy usłyszałem pukanie, a następnie do pomieszczenia wszedł uśmiechnięty blondyn. Podszedł do mnie i podał mi błękitną kopertę.

-Romeo najwyraźniej o tobie nie zapomniał.

-Sive? - spojrzałem zaskoczony na mężczyznę i otworzyłem szybko list.

Mon prince,
Teraz już chyba nie za bardzo "prince" hm?
Chciałbym ci pogratulować przejęcia korony. Będziesz wspaniałym władcą. Pamiętaj tylko by wszystko co będziesz robić było przemyślane i prosto z serca. Pokaż im, że nie trzeba trzymać ludzi żelazną ręką by byli posłuszni.
Postanowiłem ci wysłać ten list, właściwie nie wiem dlaczego... Chyba tęsknie.
W kopercie znajdziesz mały upominek. 

Na zawsze twój S.C


Z koperty wypadł na stół srebrny pierścień z pięknymi, czarnymi zdobieniami.


Założyłem go na serdeczny palec, a jego czarne zdobienia zabłysnęły szkarłatem.

-Wiemy przynajmniej, że nie jest na jakimś pustkowiu skoro prezenty ci wysyła. A propos gdzie coś dla mnie? 

-Módl się by nie zesłał chmurki burzowej - powiedziałem przypominając sobie najlepszy sposób na rozweselenie białowłosego. -Wiesz do czego służy ten pierścień? Czy ma za zadanie migać mi czerwienią?

Mahiro zaśmiał się i pokręcił głową.

-Nie mam pojęcia.

Z lekkim uśmiechem wróciłem do dokumentów. Ten krótki list poprawił mi lekko humor.
Po zakończeniu w jakimś stopniu papierkowej roboty i obiedzie z bliskimi, za namową Mahiro opuściłem zamek i udałem się z nim w miasto. Czując na sobie wzrok każdego chciałem jednak zrezygnować z przechadzki. W dodatku nakaz matki o nie zdejmowaniu korony i szaty...Wrr...

-Może pójdziemy do fryzjera? Królowi jednak nie wypada chodzić z różowymi włosami.

-Czy ja wiem? Przyzwyczaiłem się do nich - powiedziałem spoglądając na swoje odbicie w oknach. -Choć chyba masz racje.

Po wejściu do jednego z salonów fryzjerskich zostałem od razu posadzony na fotelu. Żeby było zabawniej nie ja wybrałem kolorystykę, a brunetka tu pracująca i mój drogi Mahiro. Koniec końców moje włosy miały prawie białą barwę, a niektóre kosmyki miały płomienne przebarwienia.



-Pięknie! - szczerzył się złotooki. -Roxi już cię lubię!

Dziewczyna zaśmiała się podając mi z powrotem czarno-srebrną koronę. Założyłem na ramiona moją cieplejszą pelerynę i zapłaciłem za wszystko.

-Dziękuję. Do widzenia - odpowiedziałem grzecznie.

-Do widzenia.

 Weszliśmy jeszcze do paru sklepów ze względu na blondyna, który bredził coś o artystycznej duszy i mojej szafie. Wreszcie udało mi się namówić go na przerwę i zaciągnąć do kawiarenki. Była to ta sama, którą wybrał Sive po moim wybuchu.

Złożyliśmy zamówienia i czekaliśmy na nie w ciszy. Spojrzałem przez okno. Zima zaczynała się kończyć co nie było wcale dziwne w Fiammie. Łagodne, krótkie zimy. Ciepłe, długie lata. Przez ulicę przebiegły jakieś dzieci na co skojarzyły mi się z Rou.

Powinienem więcej spędzać z nią czasu. Przez te wszystkie problemy zapomniałem o moim słoneczku.

Gdy kelner przyniósł nam po kawie i kawałku ciasta uśmiechnąłem się delikatnie. Czekoladowo-karmelowe, takie jakie lubił Sive.

-Nigdy nie jadłeś tyle czekolady.

-Ale to nie znaczy, że jej nie lubię. -szczególnie, że spędzając czas z Sive człowiek się od niej mógł uzależnić. Ten chłopak przecież ją uwielbiał.
Jedliśmy prowadząc luźną rozmowę. Złotooki wydawał się dzisiaj taki radosny, co po jakimś czasie zaczęło i mi się udzielać.
Gdy wróciliśmy do zamku postanowiłem porozmawiać troszkę granatowowłosą. Wchodząc do jej pokoju zauważyłem Kiiarę czeszącą moją małą królewnę.

-Witajcie moje księżniczki - uśmiechnąłem się.

Włoski Rou teraz opadały jej ładnie na ramiona, także wzrostem już poszła w górę. Moja siostra za to zmieniła całkiem kolor włosów na swój srebrzystobiały z ciemniejszymi końcówkami. Miała na sobie piękną błękitną suknie zdobioną srebrną nicią.

-Jak tam braciszku królowanie? - spytała.

-Zbyt dużo obowiązków, za mało czasu - powiedziałem. Dziewczyna zaśmiała się. Cieszyłem się, że Rou przekonała się do paru osób. Choć odzywała się wciąż tylko do mnie. Swoje milczenie przerwała tylko przy Sivie parę razy.
Usiadłem obok nich na łóżku.

-Co powiecie na mały piknik?

-I herbatkę? - spytała się Kiiara wskazując na mnóstwo lalek i misiów na półkach.

-Czemu nie. Herbatka piknikowa dla księżniczek i króla.

Wziąłem wesołą dziewczynkę na ręce, a moja siostra wzięła wskazane przez granatowowłosą pluszaki.

Usiedliśmy na dużym kocu w ogrodzie. Służąca przyniosła nam po jakimś czasie koszyk pełen smakołyków. Resztę dnia spędziłem właśnie z dziewczynami. Na nasz piknik przybył jeszcze Mahiro. Dopiero wieczorem, gdy zaczęło się ściemniać wróciliśmy do zamku.
Zaniosłem do pokoiku śpiącą mi na rękach Rou i położyłem ją spać. Przed wyjściem jeszcze dałem jej buziaka w czółko i wyszedłem.

W nocy obudziłem się głodny więc niczym się nie przejmując ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie kanapki i herbatę. Gdy brałem łyk ciepłego napoju stało się coś niezwykłego. Pierścień znowu zabłysł, a napój w kubku zamarzł. Machałem naczyniem starając się upewnić, że nie mam schizy. 

-Nie przypominam sobie bym potrafił zamrażać herbatkę - mruknąłem nadal przyglądając się napojowi. Skierowałem swoją energię na kubek, aż herbata wreszcie wróciła do płynnej formy. -Czyżby ten pierścień to spowodował?

*

Następne dni mijały mi na ogarnianiu obowiązków władcy, zajmowaniem się małą oraz szukaniu informacji o pierścieniu. Moje myśli już nie skupiały się tak często na Sive przez nawał obowiązków.
Moje dnie były na tyle męczące, że nie miałem na to czasu.
Gdyby nie odwiedziny członków Sempre, nie miałbym pojęcia co się u nich dzieje. Tęskniłem za czasem wolnym, gdy mogłem spokojnie uciekać do nich, wypełniać zlecenia. Teraz jedynie była praca, zajmowanie się Rou i chwila spokoju w bibliotece.

...W starych plemionach wierzono, że w czasie wręczania sobie przy ślubach miłości biżuterii, osoby te mogły wpleść w nie swój żywioł przez co ich ukochany mógł korzystać z ich mocy...

-No Sivek...Chyba nie myślisz o tym, że to pierścionek zaręczynowy?

Skoro mogły wpleść w ten pierścień swój żywioł, a Sive ma wszystkie żywioły...To znaczy, że mogę ich wszystkich używać?!
Resztę dnia spędziłem na próbie użycia innego żywiołu niż ogień i lód. Niestety oprócz wycięczenia przez nadmierne skupienie nic się nie stało. No może troszkę zamroziłem parę rzeczy, ale cóż...

-Asiiii! - usłyszałem wołanie mej kochanej siostrzyczki, która postanowiła się tu wprowadzić.

-Co chcesz? - spytałem leżąc na łóżku i czytając książkę o żywiołach.

-Jakiś tam chłopak czeka przy bramie zamku i mówi, że musi z tobą porozmawiać.

-Kto?

-A bo ja wiem miał blond włosy i bursztynowe oczy. Wyglądał dość młodo.

Ubrałem na głowę już z przyzwyczajenia koronę i zarzuciłem na siebie czarną pelerynę. Ruszyłem z siostrą u boku do wskazanego miejsca.
Zauważyłem tam stojącego Paul'a. Chłopaka poznanego w królestwie wody.

-Witaj, co cię tu sprowadza? -przywitałem go z uśmiechem.

-Przybyłem tu dotrzymując danego ci słowa - powiedział ukazując spod peleryny odznakę strażnika żywiołu.

Uśmiechnąłem się.

-Musiałeś się nieźle napracować, skoro zdobyłeś ją w tak młodym wieku - powiedziałem do niego. -Nadal chcesz zostać strażnikiem w moim królestwie?

-Tak. W końcu potrzebujesz dobrej ochrony, mój panie. -odpowiedział z uśmiechem.

Marzenia...Trzymał się przez te wszystkie miesiące tego jednego marzenia, aż tu przybył. Z odznaką i prośbą o przyjęcie. 
Zawołałem jednego ze strażników i kazałem mu przyprowadzić dowódcę straży. Gdy wyjaśniłem mu sytuację mężczyzna uśmiechnął się i powiedział, że zajmie się Paul'em.

-Dziękuję, panie - ukłonił się chłopak.

-Bez 'panie'. Wystarczy Alahis - rozkopałem mu blond włosy otulając się mocniej peleryną. -Wracajmy do zamku. Chłodno się robi.

*

-Maroooo masz z nim jakiś kontakt? -zapytałem zielonookiego, który przyglądał mi się chwilę w ciszy.

-Jesteśmy połączeni, to jasne że mam z nim kontakt. Ale w ten miesiąc nauczył się jak "zagłuszać" miejsce swojego pobytu. Dostaję tylko coś jakby informację, że żyje i nie trzeba interweniować. -odpowiedział wreszcie.

-Nie potrafisz się do niego przenieść czy coś?

-Jaki w tym będzie sens skoro on chce samotności? -odparł pytaniem na pytanie. Skrzywiłem się. -Nie wiem czemu, ale jestem prawie pewien, że on nie zatrzymał się w jednym miejscu. Czuję jego emocję. Zagubienie, czasami strach. Według mnie on potrzebuje tej samotności.

-Ale ja go potrzebuję. Nikt nie chce samotności. Samotność wyniszcza ludzi, daje różne głupie myśli, które wypalają nas, pokazują się wtedy najgorsze wspomnienia o których chcieliśmy zapomnieć. On powinien być tu. Gdzie jego dom, przyjaciele i rodzina.

-Spodziewaj się go za trzy tygodnie. -powiedział łagodnym tonem.

Ulżyło mi na krótszy termin niż się mogłem spodziewać. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Maro pomagał mi zrozumieć pierścień jako, że Mahiro nie dał sobie z tym rady. Razem z nim powoli jakoś szło mi odkrywanie możliwości prezentu. Korzystanie z niego było na dłuższą metę męczące.

-To co chcesz dziś mały trening z mocy? - spytał się na co kiwnąłem głową.

-Przyda mi się.

SIVE

Wpatrywałem się w kobietę ze znużeniem. Jej rady były przydatne lecz zawsze zaczynały się od długiej historii i dopiero na końcu była jakaś puenta. Odchyliłem się tak by wpatrywać się w nocne niebo. Księżyc w pełni i czyste, bezchmurne niebo pełne malutkich, świetlistych punktów.

-Czy ty mnie słuchasz bezczelny młodzieńcze? -zapytała kobieta. Wróciłem spojrzeniem do niej. Ta westchnęła i podała mi kubek z herbatą ziołową, która pomagała odpędzić koszmary. Dziecinne, ale działało.  Staruszka była mądrą kobietą, która mieszkała na granicy miasta wody i lasu, za którym było Vortice.  Jej wiedza była obszerna i nieograniczona zakazami władców.

-Przepraszam, ja o prostu... -nie dokończyłem nie wiedząc jak zakończyć to zdanie. Czułem się lekko rozdarty. Tęskniłem za bliskimi, czułem złość na siebie, że nawaliłem, zagubienie i niepewność. Nie raz po prostu się bałem. Ta obroża przypominała mi najgorszy okres jaki przeżyłem. Bez żywiołu czułem się pusty w środku, jakby czegoś mi brakowało.

-Rozumiem. Może jestem stara, ale nie ślepa. Potrzebujesz oczyszczenia duchowego mój młody towarzyszu. -spojrzałem na nią z niezrozumieniem -Coś ci ciąży na umyśle i duszy. Nie daje ci spokoju. Dręczy. Siedzenie tu ci nie pomoże. Wyciszysz się i opanujesz, ale to wciąż tam będzie.

-Mówisz jakbym miał w sobie potworka. -mruknąłem i ku mojemu zdziwieniu staruszka pokiwała głową.

-Wyślę cię w drogę. Na jej końcu powinieneś znaleźć ukojenie.

*

-Wprawdzie jest pani najmądrzejszą osobą jaką znam, ale żeby miotłą mnie wyganiać?!

Kobieta spojrzała się na mnie surowym wzrokiem.

-Skoro jesteś tak uparty, to jak mam ci przemówić do rozumu? Tu masz potrzebne rzeczy i rusz się wreszcie w drogę - popchnęła mnie delikatnie w stronę drzwi i wcisnęła mi w ręce torbę.
Przewróciłem oczami i założyłem torbę na ramię.

-Kiedyś jeszcze nawiedzę to miejsce. –powiedziałem z uśmiechem, na który kobieta odpowiedziała.

-W to nie wątpię młodzieńcze, a teraz SIO! - wyszedłem z domku. -Myślę, że następnym razem przyjedziesz ze swoim królewiczem! - pomachała mi i zniknęła.

Podszedłem do mojej klaczy, która zarżała radośnie podbiegając do mnie. Podrapałem ją za uszami, a potem wskoczyłem na jej grzbiet. Spojrzałem szybko na mapę daną mi przez kobietę i schowałem ją.

*

Drzewo. Wysoki krzak. Drzewo. Jakieś zwierze. O! Ludzie nie wierze kolejne drzewo. Westchnąłem na monotonie krajobrazu.Według wskazówek staruszki gdzieś w tej zieleni miało zamieszkiwać jakieś plemię, które odcięło się od władzy i żyło na własny rachunek. Ich zasady, obyczaje, kultura wszystko było takie samo od pokoleń.
Ciekawe jakie nastawienie mają do obcych.

Poczułem obecność Maro w swoim umyśle co całkowicie zignorowałem koncentrując się na urokliwym lesie. Niech sobie popodziwia widoki, pomyślałem z rozbawieniem.

Chwilę jeszcze jechałem gdy nagle w moją stronę pomknęła strzała. Dzięki szybkiemu schyleniu głowy, strzała wbiła się w drzewo za mną. Czyli dotarłem do tego plemienia? -pomyślałem i zeskoczyłem z klaczy.

-Ja tu przybyłem pokojowo! -krzyknąłem nie wiedząc gdzie mogą się znajdować moi oprawcy. Nie mniej jednak atak się nie powtórzył, a chwilę później między z drzewa kawałek dalej zeskoczyły dwie osoby.

-W takim razie po co tu jesteś? -zapytała kobieta mierząc do mnie z łuku. Przyjrzałem się im z zainteresowaniem. Ich ciała były w większej części odkryte przez co mogłem zobaczyć niezwykłe tatuaże mieniące się dość widocznie żywiołami. Ich stroje były wykonane tak by ułatwić im ruchy. Kobieta miała z pozoru sukienkę, ale po przyjrzeniu się zauważyłem rozcięcia po bokach ukazujące przylegające, krótkie spodenki.

-Przysłała mnie Irian'a Asver. -powiedziałem i zobaczyłem ich wymianę spojrzeń.

-Kolejny? Znów? Ta kobieta na zbyt dużo sobie pozwala - odpowiedział jej towarzysz.

Chłopak mógł być trochę starszy ode mnie. Miał niezwykłe, złote oczy z ciemną obwódką. Jego włosy miały odcień mlecznej czekolady, a końcówki bursztynu. Tak jak kobieta miał zawiłe wzory mieniące się żywiołami na rękach i kawałku szyi. Jedyne co go odróżniało od kobiety, że miał miecz oraz srebrną opaskę na czoło, która wyglądała jak jakaś starożytna korona. Wyglądem przypominała chudziutki wianek z drobnych, srebrnych kwiatuszków.

-W tym muszę się z wami zgodzić. -mruknąłem. Pogładziłem bok swojej klaczy. -Więc... mam dostać jakąś życiową radę? Miotłą po twarzy? Czy wykrwawić się w lesie i ruszyć dalej?

-To już się zobaczy. Jak się nazywasz? -ruchem ręki złotooki nakazał iść za sobą.

-Sive Crispo.

-Moja towarzyszka to Enalli. Ja jestem Mahado, syn przywódcy plemienia.

-Miło mi. 

*

Nie spodziewałem się tego, ale mieszkańcy plemienia mieszkali w odbudowanych, starych ruinach jakiegoś ogromnego zamku. Mahado zaprowadził mnie do sali gdzie znajdował się jego ojciec z jakimiś starszymi ludźmi. Wszyscy mieli te dziwne tatuaże i lekkie szaty.

-Ojcze to... -chłopakowi w zdaniu przerwał także złotooki mężczyzna.

-Ma język. Niech on mówi.

-Sive Crispo. -przedstawiłem się przyglądając mężczyźnie. Ci ludzie mnie ciekawili byli dość intrygujący i coraz bardziej chciałem poznać ich kulturę.
 Siwiejący mężczyzna przyjrzał mi się uważnie jakby oceniając i poznając. Jego przeszywający wzrok zdawał się mnie prześwietlać.

-Czego od nas pragniesz? Bo wątpię by Irian'a przysłała cię to z byle powodu.

-Oczyszczenie duszy? Chyba o to chodziło. Mam się pozbyć swoich demonów i uspokoić wewnętrznego potworka. -powiedziałem z prostotą.

-Masz w sobie duży potencjał, ale powinieneś pomyśleć nad tym czy chcesz tego. Mój syn mógłby cię wszystkie nauczyć o nas, o naszej kulturze, magii, ale czy poświęcisz te parę miesięcy? Widzę w twoim sercu tęsknotę do osoby ci bliskiej. Jeśli masz być skupiony na treningach albo go tu sprowadź, albo zapomnij.

-Po pierwsze moja magia jest zablokowana. Po drugie nie mogę go tu sprowadzić... nie teraz. Po trzecie nie sądzę bym mógł tu tyle czasu zostać. Przykro mi.

-Na naszej ziemi czas inaczej płynie niż u was - powiedział syn mężczyzny. -U was godzina u nas cały dzień.

Poczułem na sobie wzrok mężczyzny i uczucie delikatnego chłodu na skórze.

-Nawet jeśli Alahis jest królem, to może tu przybyć. Może nawet on się czegoś nauczy -powiedział, a mnie zdziwiło skąd wiedział o Hisie. -Pokazałeś mi to w myślach. Nie kontrolujesz swojej mocy, na co jesteś podatny na 'atak duszy'.

-Jesteś przerażający... -mruknąłem, a mężczyzna posłał mi rozbawione spojrzenie.

-Otella zaprowadzi cię do komnaty gościnnej. Dostaniesz także pergamin i atrament by napisać do niego. Nie opisuj drogi, jastrząb którym wyślesz list poprowadzi go tu. Jeśli się na to zdecydujesz, od jutra Mahado może cię uczyć.

 -Dziękuję? -lekko skonsternowany ruszyłem za niską kobietą.

Mój pokój znajdował się ku mojemu lekkiemu rozbawieniu w wieży. Jasne pastelowe barwy ścian, meble z ciemnego drewna. Z okna widziałem las i znajdujące się w oddali jezioro.
Aktualnie siedziałem na parapecie okna i rozmyślałem jaką decyzję podjąć.

Byłem ogromnie ciekawy ich, ale nie chciałem sprowadzać tu Hise. Martwiłem się o niego i nie chciałem by coś mu się stało. Droga była dość długa, a Alahis jako król mógłby zostać zaatakowany.
W tym wypadku zostało mi chyba tylko odsunięcie od siebie uczuć i tak jak powiedział mężczyzna... zapomnieć.

Przymknąłem oczy opierając się o framugę okna. Nie chciałem narażać chłopaka na niebezpieczeństwo i nie mogłem zapomnieć, że miał on teraz większe zobowiązania, jego poddani na niego liczyli. Nie mogłem od tak poprosić go by rzucił wszystko i przybył. Ale wiedziałem, że zapomnienie o nim nie będzie łatwe.

-Nie powinieneś zapominać o kimś kogo kochasz -obok mnie znikąd pojawił się Mahado. -Ja bym na twoim miejscu poczekał po prostu z tym treningiem. A jak bardzo ci zależy na nauce powiem ci jak uwolnić moc, pozbyć się tych twoich potworków, po prostu w skrócie i sam będziesz trenował, ale w kraju od Alahis'a.

-Przestaniecie mi wchodzić do głowy? -zapytałem spoglądając na niego. Westchnąłem. -Zapomnienie ma być tymczasowe tak?  Chodzi po prostu bym nie mieszał uczuć w trening. Do Hisy nie wrócę przez jeszcze dłuższy czas bo oprócz was mam jeszcze nawiedzić trzy inne miejsca.







Rozdział 19

SIVE

Żeby było szybciej wziąłem dziewczynkę na ręce i pobiegłem. 
Gdy znaleźliśmy się w ogrodzie zobaczyłem różowowłosego na kolana, a nad nim pochylał się jego wuj. 

-MIAŁEŚ ODPOCZYWAĆ DO CHOLERY! -warknąłem opuszczając dziewczynkę i klękając obok chłopaka. Był bledszy niż wcześniej jeśli to w ogóle możliwe. 

-Odpoczywałem...-jęknął.

-Chodząc przez połowę  zamczyska? Mamy chyba inne określenia na odpoczynek mon prince -oznajmiłem i przyjrzałem się mu badawczo -Coś cię boli? Bardziej niż przedtem?

-Brzuch? Płuca? -przekląłem.

-Wezwij Mahiro i niech weźmie Maro -powiedziałem biorąc go na ręce. Ruszyłem szybko do zamku, a za mną szedł jego wuj i Rou.

*

Położyłem go na łóżku i rozpiąłem jego koszulę, a następnie odwinąłem bandaż.

-Pod żadnym wypadkiem się teraz nie ruszaj, bo mogę coś zepsuć -mruknąłem przymykając oczy i kładąc dłoń na jego żebrach.

Z tej umiejętności korzystałem raz może dwa. Wyczerpywała mnie ona i była dość trudna. Dzięki swojej odmienności mogłem połączyć się z żywiołem Hisy i wraz z nim pomóc chłopakowi. Z tej umiejętności nauczyła mnie korzystać pewna staruszka o podobnym "darze" ostrzegała mnie jednak o konsekwencjach jego używania.

Poczułem chłodne kłucie w dłoniach.

ALAHIS


Chłodne ręce chłopaka delikatnie łaskotały mnie w brzuch. Gdy jego oczy zabłysnęły nie naturalnym blaskiem skrzywiłem się z ukłucia w płucach. Przez chwile widziałem moją ognistą aurę mieszającą się z jego niezwykłą.
Nagle kujący chłód zastąpiło ciepło, które nasilało się z każdą chwilą.
Wokół białowłosego zaczęły migać wszystkie żywioły. Nie miałem pojęcia co on robi, pierwszy raz spotykam się z czymś takim.

Gdy gorąco sprawiło, że miałem ochotę się odsunąć wszystko ustało. Ból zniknął i nie czułem go przy każdym oddechu. Miałem wrażenie jakbym odczuwał wszystkie obrażenia zza puchatej chmurki. Spojrzałem na Sive, który zachwiał się i poleciał w tył. Już miałem krzyknąć gdy podchwyciły go czyjeś ramiona. Patrzyłem jak Maro go podnosi, a ten wtula się w niego z westchnieniem.

-Co on zrobił? - spytałem patrząc się na półprzytomnego chłopaka. 

Rana nadal była, ale nie czułem tak mocno bólu, w prawdzie w ogóle go nie czułem.

-Sam go potem o to zapytaj -odparł mężczyzna. Położył go obok mnie i narzucił na niego kołdrę. Chłopak opatulił się nią szczelnie, a następnie przysunął się tak by się we mnie wtulić.

Objąłem go w pasie i także się przykryłem. 

-Odpocznijcie - powiedział srebrnowłosy i wyszedł z pokoju. Za nim wyszli mój wuj z Rou.

*

Obudziłem się pod wieczór, za to Sive wciąż spał w najlepsze. Jego spokojny oddech wypełniał cisze, która panowała w pokoju. Chłopak zaczął się wiercić, gdy zacząłem się wyplątywać z kołdry i ruszyłem do łazienki.

Wziąłem szybką kąpiel i wróciłem do pokoju. Na łóżku siedział już rozbudzony, ziewający chłopak. Wciąż był jednak w kokonie z kołdry.

-Głodny jestem -oznajmił z miną męczennika. 

Jak na wezwanie usłyszeliśmy pukanie. 

-Proszę - powiedziałem zapinając do końca koszule. 

Do pokoju weszła Anna z tacą pełną jedzenia i dzbankiem herbaty.
Uśmiechnęła się do mnie miło i postawiła wszystko na stoliku.

-Skoro nie przyszliście na kolację postanowiłam wam ja przynieść. Alahisie dałbyś w końcu swojej wilczycy coś do jedzenia,  ciągle podkrada mięso z kuchni. 

-Mądry wilczek. Wie gdzie jest kuchnia - uśmiechnąłem się do szarej wilczycy zwiniętej w nogach łóżka. -Dziękuję An. 

Kobieta wyszła z pokoju, a ja biorąc tace usiadłem na łóżko. 

-Kolacja do łóżka - uśmiechnąłem się do dziwnowłosego. Ten posłał mi lekki uśmiech w odpowiedzi po czym zaczął jeść.

Koniec końców siedzieliśmy obok siebie pijąc ciepłą herbatę. Gdy białowłosy skończył odłożył filiżankę i oparł głowę o ścianę z zamkniętymi oczami.

-Maro nie odpowiedział mi ostatnio. Co zrobiłeś używając żywiołów na mnie? A drugie pytanie. Źle się czujesz? 

Nigdy się tak jeszcze o kogoś nie martwiłem jak o niego.

-Zmęczony jestem tylko. Korzystanie z tego talentu mocno osłabia -powiedział ziewając. -I nie wiem jak ci  opisać to co zrobiłem. Żywioły mają różne właściwości, zdarza się, że ktoś potrafiący umiejętnie nimi władać może je wykorzystać w inny sposób niż do obrony czy walki. Poznałem kiedyś rodzinę, która od pokoleń uczyła się właśnie takich rzeczy.

-Nigdy nie słyszałem o tym, żeby istniały takie rodziny. Ojciec nie rozmawiał o nich,  pewnie ze względów na; dla niego; mieszanej krwi.  Nigdy nie tolerował takich osób...I raczej to się nie zmieni,  skoro własnej córki się pozbył. 

-Yhymm -mruknął chłopak. Otworzył oczy i spojrzał na mnie -Jak się czujesz?

-Jakbym był owinięty chmurką która przytrzymuje ból na odległość. Jest, ale nie tak bolesny.

-Czyli się udało -powiedział z lekkim uśmiechem. W jego oczach świeciły radosne ogniki. Usiadłem na jego udach i lekko go pocałowałem. Pochmurnooki wplatal dlonie w moje wlosy i odwzajemnil pocalunek. Zjechałem pocałunkami na jego szczękę a następnie szyję przy okazji ściągając z niego koszulę. Zacząłem błądzić dłońmi po jego ciele. Białowłosy za to zmienił nasze pozycje tak że teraz to on pochylał się nade mną. Na jego ustach błądził psotny uśmiech, gdy przytrzymał moje ręce nad głową i otarł się o mnie lekko biodrami. Przygryzlem wargę co w cale nie pomoglo tylko spowodowalo wieksza radosc u chlopaka. Sive przytrzymujac mi nadal rece zaczął całować moja szyje. To było jedno z takich miejsc ktore mialem najbardziej wrazliwe. Gdy chłopak zassal skore na moim karku przeszedl mnie dresz i jeknalem.
Po jego zmęczeniu nie było już śladu. Moje ubrania chwilę później poszły w kąt. A moje ręce wciąż pozostawały nad moją głową pzytrzymywane przez chłopaka.

-Siv... Proszę... - wysapalem. 

Próbowałem uwolnić jakos dłonie z jego uscisku, choć to nic nie dało.
Spojrzał się na mnie szatańsko.

-O co prosisz skarbie? 

-Pusc... Mi ręce - moje mysli były bardzo chaotyczne przez wędrujące usta chlopaka.

-Nadal będziesz mnie nazywał księżniczka? - spytał. 

-Tak. Słodki jesteś... - chłopak zaczął tworzyć z lodu na moim ciele wzory.

Wygialem się w luk. Próbowałem jakos roztopic lod co w cale nie było latwe. Było to okropne a zarazem podniecajace uczucie. Moja rozgarzana skora stykajaca się z chlodem lodu i ciała pochmuronookiego. 
Chłopak kontynuował swoją zabawę wpędzając mnie w obłęd. Same jego usta wystarczyły bym był w 100% podniecony. Jęknąłem gdy przesunął się tak by zejść ustami niżej. Jednak omijał on mojego członka drażniąc mój brzuch, uda.

-Sivee -jęknąłem z potrzebą w głosie. Chłopak spojrzał na mnie z tym swoim uśmieszkiem na twarzy.

-Tak skarbie?

-Skończ...to...

Chłopak zmienił uścisk tak, że jedną dłonią błądził teraz po moim ciele. Przejechał palcem po moim napiętym brzuchu.

-Nie wiem o co ci chodzi.

-Dobrze wiesz - mruknąłem.

Skupiłem swoją energię na chłopaku i nagle nie mam pojęcia jak znalazłem się nad nim. Dziwnowłosy był również zaskoczony co ja.

-Czy ja właśnie się przeniosłem magicznie? - spytałem sarkastycznie nie wiedząc jak to wyjaśnić. Chłopak nie odpowiedział tylko zaczął się śmiać. Jego oczy błyszczały radośnie, gdy w kuszący sposób odchylił głowę.

-Koniec końców uwolniłeś się psując mi zabawę -oznajmił wciąż trzęsąc się od śmiechu.

-Mi to nie wyglądało na zabawę skarbie - powiedziałem i zacząłem całować go delikatnie po karku.

-Jak nie? -udał zaskoczenie przygryzając wargę, gdy moje dłonie zaczęły błądzić po jego ciele. -Ja się świetnie bawiłem.

-To ja się teraz pobawię... - szepnąłem mu do ucha i odwróciłem chłopaka w swoją stronę.

-Twoja jęcząca wersja była jakaś milsza i bardziej znośna Hisiek -mruknął z powagą na twarzy i rozbawieniem w oczach.

Zaśmiałem się cicho i rękami zjechałem na jego brzuch, a następnie na pasek od spodni. Ustami nadal całując chłopaka zjechałem na jego pierś.
Białowłosy został w samych bokserkach, gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Jęknąłem zirytowany opadając na próbującego utrzymać powagę chłopaka.

-Panie?

-Tak?

-Król chce cię widzieć z młodym Crispo, który ponoć z tobą przebywa.

Chłopak wstał i ubrał się w swoje spodnie i moją koszulę, a następnie bez słowa wyjaśnienia wyszedł.

SIVE

Lekko zirytowany patrzałem na mężczyznę.

-Powiesz mi wreszcie o co chodzi? - spytałem opierając się o ścianę.

-Chodzi o mojego syna. Dopilnujesz by wybił sobie z głowy koronację.

-Czemu miał bym to zrobić? Będzie lepszym władcą od ciebie.

-Zapewnię im ochronę gdy będę królem. Teraz Alahis przejął całą  władzę. -już miałem coś odpowiedzieć, gdy dotarło do mnie że mężczyzna ma rację. Jeśli ujawnię dokumenty na niego to czeka go śmierć bądź wygnanie. Wtedy nie będzie w stanie dopełnić warunków umowy.

-Niech będzie. Nie pokaże nikomu twoich akt. Przekonanie innych, że postępowałem pod wpływem emocji będzie łatwe. Ty zapewniasz bezpieczeństwo, ja odwiodę Hise od pomysłu koronacji i będę wykonywał twoje zlecenia. Oczywiście nie wszystkie.

-Tak w skrócie może być, później to dokladniej ustalimy. -powiedział czerwonooki. Pokiwałem głową.

-Jeśli złamiesz słowo, to cię zabiję -oznajmiłem przed opuszczeniem jego pokoju.

*DWA DNI PÓŹNIEJ*

-...może byś na razie zostawił to tak jak jest? Sam mówiłeś, że nie chcesz być władcą -powiedziałem w stronę chłopaka.

-Sam zacząłeś mi załatwiać szybciej koronację, a teraz nagle chcesz ją odwołać? O co ci Sive chodzi?

-Poniosło mnie. Nie przemyślałem wszystkiego co by się z tym wiązało -odpowiedziałem nawet na niego nie patrząc.

-Nie odwołam koronacji. Już z Mahiro ustawiliśmy jej termin - czułem na sobie wzrok chłopaka. -Ottavio nie zasługuje na tron i nie pozwolę by z powrotem na nim zasiadł.

-A skąd wiesz, że ty się nadajesz? Jak głosi przysłowie "Niedaleko pada jabłko, od jabłoni" -odparłem chłodnym tonem. Czemu on nie mógł zrozumieć, że staram się by był bezpieczny?

-Nagle twierdzisz, że jestem gorszy od niego?! Może mi jeszcze wypomnisz, że zabiłem ojca Antoniego lub, że jestem potworem bo zabijam ludzi?! - czerwonooki nie miał jakoś bardzo złego tonu głosu, bardziej był on załamujący się i zraniony, co w cale mi nie pomagało. -Wyjdź.

-Hisa...

-WYJDŹ! -swoje słowa podkreślił posyłając w moim kierunku kulę ognia.

Po opuszczeniu pomieszczenia zostałem przyciśnięty do ściany. Spojrzałem w wypełnione niedowierzaniem zielone oczy.

-Nie myślisz chyba poważnie zawierając z nim tą umowę. On zrobi z ciebie jeszcze gorszeogo człowieka niż by się komuś marzyło. Twoje zasady znikną Ruka -warknął Maro. Ponad jego ramieniem ujrzałem zmartwionego Mahiro.

-Zapewniam wam bezpieczeństwo -odparłem starając się nie okazywać emocji. -Jeśli wy będziecie bezpieczni to cena, którą za to poniosę jest tego warta.

-Jakbyś nie wiedział twoje bezpieczeństwo też jest ważne. I do cholery pomyśl naprawdę! Po co nam jego bezpieczeństwo? Jakoś wcześniej też dawaliśmy sobie radę.

-Ale... -zielonooki nie dał mi dokończyć, uderzył mnie w twarz ze swoją miną "Myślenie nie boli, ale w twoim wypadku trzeba zrobić wyjątek". Zamilkłem analizując wszystko. Wyciszając wszystkie emocje. Po chwili miałem ochotę uderzyć głową w ścianę. Ottavio wykorzystał moją obawę o bliskich. Dupek.

-Idź teraz przeprosić Hisę. Zrobiłeś coś co mogło go zaboleć bardziej niż nawet zerwanie. Porównałeś go do jego ojca. On przez całe życie chciał mu pokazać jaki jest świetny, idealny, nigdy nie chciał mu sprawić zawodu, a gdy dowiedział się że jego własny "ten idealny" tata chcę go zabić to go cholernie zabolało. Teraz go porównałeś do tego potwora.

-Po zabiciu króla kto decyduje o mordercy? -zapytałem.

-Ten co obejmie po nim władzę. -uśmiechnąłem się i odepchnąłem od ściany. Podszedłem do zamkniętych przed chwilą drzwi i je otworzyłem.

-Przepraszam. Przepraszam byłem idiotą i dupkiem, który myślał że robi dobrze. Wytłumaczę ci to później, a teraz wybacz muszę załatwić coś naglącego -ominąłem chcących mnie złapać Maro i Mahiro. Prawie biegiem ruszyłem korytarzami. Ominąłem zdziwionych strażników i otworzyłem gwałtownie drzwi, a następnie zamknąłem je i stworzyłem lodową ścianę, która miała przetrzymać trochę wszystkich.

-Co się dzieje? -zapytał król Fiammy.

-Robię za rękę sprawiedliwości i za wszystkie twoje przewinienia skazuję cie na śmierć -oznajmiłem z satysfakcją -Mną się nie manipuluje dupku.

-Nic nie zrobiłem - powiedział na co prychnąłem zły. Wyciągnąłem pistolet zza paska i wycelowałem w mężczyznę, który stał blady z przerażeniem na twarzy. Dotarło do niego najwyraźniej, że ja nie żartuję.

-Miłego zwiedzania Piekła -oznajmiłem i nacisnąłem spust.

Spojrzałem na martwe ciało mężczyzny z kpiną.  Do pokoju wreszcie wpadli strażnicy z Mahiro i Maro. Upuściłem broń na podłogę i uniosłem puste dłonie w górę.
Widziałem oszołomienie na twarzy wszystkich. Strażnicy chwilę później podeszli do mnie i założyli mi tą przeklętą obrożę, a następnie zaczęli mnie prowadzić w stronę lochów.

-Dno szafy Maro -powiedziałem zanim zniknąłem im z oczu.

*

Siedziałem na polowym łóżku które znajdowało się w celi. Na szyi miałem tą głupią obrożę co mnie irytowało. Usłyszałem skrzypienie otwieranych drzwi i w celi stanął strażnik, a za nim z poważną miną Alahis.

-Zostaw mnie z nim samego - powiedział.

-Ale...

-Żadnego "ale". Nie jestem głupi i poradzę sobie - jego głos był poważny tak jak jego mina i gdy go słyszałem ciarki mnie przechodziły.

Gdy strażnik zniknął poczułem się lekko zagrożony. Nie, ja się czułem cholernie zagrożony. Panie strażniku niech pan wracaaaa! Ja chcę pożyć do własnej egzekucji!
Wpatrywałem się w chłopaka w całkowitym milczeniu.

-Powaliło cię do reszty by go zabijać?! Twoja sprawa ucichła! Miałeś być odwołany od jakiejkolwiek kary, a teraz do cholery wszyscy w zamku, jak i nie już w mieście wiedzą, że: Sive Crispo zabił króla Fiammy!

-Poniosło mnie?

-TAK!!! MOJA KORONACJA JEST ODWOŁANA Z POWODU TWOJEJ EGZEKUCJI!

Na jego wściekłą minę miałem ochotę stąd wyjść.

-Tatuś się ucieszy -mruknąłem, a widząc groźny błysk w oczach Hisy podniosłem skute dłonie w górę wstałem -Popełniłem błąd. I zapłacę za niego. Koniec końców tak miało się to skończyć... Żartuję przestań celować we mnie tym ogniem! Wracając, Maro dostarczy ci pewne ciekawe dokumenty, które trochę mnie ułaskawią. Więc myśl na wyrokiem, w którym nie stracę głowy.

Chłopak przez dłuższą chwilę milczał wpatrując się we mnie wściekle w końcu po paru minutach jego spojrzenie zelżało i odezwał się.

-Będzie to bardzo trudne, ale spróbuję jakikolwiek dać ci wyrok nie zaliczający się do twojej śmierci. Oby te dokumenty były przekonujące.

-Muszę ci wynagrodzić i przeprosić jeszcze parę razy za moje zachowanie.

-Powiedziałeś co myślałeś. Liczy się szczerość. -spojrzałem na niego jak na idiotę.

-Ty wciąż nie wiesz? Jak głupi dałem się omotać twojemu ojcu... Te słowa, one miały sprawić, że nie dojdzie do twojej koronacji, a miały też sprawić byś nie zwracał uwagi na moje częstsze zniknięcia.

-Nadal to nie tłumaczy tego co powiedziałeś.

-Nienawiść Hisa -powiedziałem patrząc przez małe okienko. -Gdy powiedziałem to wiedziałem, że to cię zaboli. Jestem dobrym obserwatorem wiedziałem co powiedzieć by wzbudzić to uczucie.

-Więc ci się udało - powiedział odwracając się i chcąc wyjść z celi.

Złapałem go za dłoń i przyciągnąłem do siebie. Złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku, który był niepewnie odwzajemniony przez pudrowo-różowowłosego.

-Przepraszam -szepnąłem odsuwając się. Nie wiem za co już przepraszałem. Chyba za samo swoje istnienie, które sprowadzało na wszystkich kłopoty. Puściłem ciepłą dłoń chłopaka i wróciłem na miejsce, na którym siedziałem parę minut temu.

-Przygotuj się do ciężkiej egzekucji.

ALAHIS

Siedziałem już od dwóch godzin w sali przy wielkim stole i kłóciłem się z generałami.

-On zasługuje na karę śmierci!

-Przypominam panie Milanos, że Ottavio również nie jest bez  winy.

Drzwi otworzyły się przerywając początek nowej kłótni. W drzwiach stała Corin z moją siostrą oraz Mahiro i Maro. Cała czwórka trzymała parę teczek. Jeśli to było to co myślałem to musiałem przyznać, że nie spodziewałem się aż takiej ilości.

-Wszystko jest posortowane i opisane. W tej masz tak jakby spis wszystkiego w skróconej wersji. -Wyjaśnił Maro podając mi jedną z chudszych teczek.

-Dziękuję - odpowiedziałem przeglądając teczkę. Uśmiechnąłem się delikatnie na ilość dowodów jakie były w całej ilości tych papierów. Z takimi dowodami i raportami Sive dostanie nagrodę za zabicie go.

Reszta spotkania skupiła się na udowadnianiu win byłego władcy i okrzykach niedowierzania. Nie powiem nawet mnie niektóre zbrodnie wstrząsnęły. Mój ojciec jednak był potworem.

-Powinniście teraz się ze mną zgodzić. Ottavian Farnese zasłużył na karę śmierci, a Sivest Crispo powinien zostać ułaskawiony. 

-Zbrodnie jakie popełnił król są nie do pomyślenia. Lecz Crispo zabił członka rodziny królewskiej. Nie skarzemy go na karę śmierci, choć na łagodny wyrok kary zasłużył.

 Parę osób pokiwało zgodnie głowami, reszta wydawała się niepewna. Ojciec chłopaka siedział zamyślony na swoim miejscu. Nie odzywał się często. Od czasu do czasu wtrącał jakąś uwagę, ale tak to nie brał jakiegoś czynnego udziału w tym spotkaniu.

-Co sugerujecie w takim razie? -zapytałem i spojrzałem na nich.

-Założenie obroży na co najmniej dwa miesiące - odezwał się jeden z najstarszych generałów.

Zacząłem myśleć. Nie dadzą mu lżejszego wyroku i o tym wiedziałem. Ja będę musiał mu założyć obroże, więc zmienię ją tak, że tylko do obrony będzie mógł używać mocy. Nie mogę pozwolić by został jedynie z bronią.

Spojrzałem na Domenico, który delikatnie kiwnął głową na zgodę.

-Wyrok przyjęty. Założenie przeze mnie obroży na dwa miesiące, Sivestowi Crispo.

*

Białowłosy nie odezwał się odkąd opuścił celę i usłyszał wyrok. Mogłem zobaczyć lekką panikę, która szybko została ukryta. Nie wiedziałem o co może chodzić. Przy zakładaniu obroży nie patrzył mi w oczy i szybko opuścił sale.

SIVE

Zacisnąłem oczy starając się odgonić złe wspomnienia. To cholerstwo na szyi wszystko pogarszało. Czułem się tak jak wtedy. Bez mocy, bezbronny. Wbiegłem do swojego pokoju w domu ojca i zamknąłem za sobą drzwi. Oparłem się o nie czując pierwsze łzy spływające po moich policzkach.

Musiałem się stąd wynieść. Wyjechać.
Przecież już nic mnie tu nie trzyma. Hisa mnie nienawidzi. Sprawa zaginionych została rozwiązana.  Grupa sobie beze mnie poradzi.

Starając się uspokoić i odsunąć strach na bok usiadłem przy biurku. Wyciągnąłem jakąś kartkę stwierdzając, że muszę przynajmniej dać znak, że to nie kolejne porwanie.

...Nie mogłem zostać, więc wyjeżdżam...
Wrócę to mogę obiecać. Dacie sobie beze mnie radę. Wiem to. ...


...Tato przepraszam ideałem syna to ja nie jestem. zawiodłem nie tylko ciebie, ale i wszystkich...

...Przepraszam mon prince. Przez swoją głupotę straciłem cię. Wierzę, że dasz sobie radę i może kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić...

Nie przejmujcie się mną, Sive.

Przeczytałem ostateczną wersję listu i schowałem go do koperty. Następnie wziąłem się za pakowanie. 

piątek, 27 maja 2016

Rozdział 7

ALAHIS

-Pobudka! - usłyszałem krzyk chłopaka.

Otwarłem jedno oko by spojrzeć na osobę budzącą mnie.

-Mahiro? Co tu robisz?

-Budzę cię -odparł z uśmiechem -A teraz chodź idziemy na spacer.

Patrzę na niego jak na wariata i biorę ciuchy na przebranie. Wchodząc do łazienki czułem na sobie złote oczy "demona". Po długim, ciepłym prysznicu przebrałem się w białą koszulę i czarne, dopasowane spodnie. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Moje włosy już spokojnie mogłem dać za ucho. Muszę iść do fryzjera. Zdecydowanie.

Gdy wyszedłem z łazienki Mahiro leżał rozwalony na łóżku drzemiąc. Stworzyłem ognistego kotka, który wskoczył mu na plecy i zaczął się łasić.

-Weź tego sierściucha! - wykrzyknął zrywając się z łóżka.

-Nie ulubisz kotków? - spytałem niewinnie.

-Nie.

Wysłałem mu duży uśmiech.

-Przed twoim upragnionym spacerem, pójdziemy do fryzjera. Muszę podciąć wreszcie włosy - powiedziałem łapiąc jeden z przeszkadzających mi kosmyków włosów.

-Mogę ci je podciąć! I nawet zmienić kolor! - jego gestykulacja rękami prawie trafiła mnie w nos.

-Jaką mam pewność, że nie będę wyglądał jak idiota? - spytałem.

-Stu procentową - wyszczerzył się i posadził mnie na krześle. -Zaraz wracammmm!

*


Po około dwóch godzinach podcinania moich włosów i farbowania, efekt był świetny. Włosy długość swoją zachowały, jednak o wiele ciemniejsze końcówki lepiej się komponowały.

-I jak? - spytał się złotooki.

-Wiesz...Fajnie ci to wyszło - uśmiechnąłem się przeglądając się w lustrzę.

-Zawszę do usług mój książę - zaśmiał się i schował swój sprzęt.

Mój książę... Do teraz nazywał mnie tak tylko Sive. Lepiej to brzmi w ustach dziwnowłosego.

-Szybciej ty jesteś mój, niż ja twój - odparłem i wyszedłem z pokoju, a za mną ruszył Mahiro. -Będziesz teraz tak za mną łaził?

-Twój ojciec spiskuje przeciwko tobie, a strażnicy nie powstrzymują się od zabicia cię, więc...Tak, będę.

-Eh. - westchnąłem i skierowałem się ku jadalni.

Patrząc na zegar w korytarzu, powinien być teraz obiad.

-Patrzcie kto zaszczycił nas swoją obecnością -zakpił mój ojciec gdy tylko przekroczyłem próg pomieszczenia. -Kolejny morderca pod moim dachem? -zapytał patrząc na blondyna.

Już miałem odpowiedzieć, ale przypomniały mi się słowa Siv'a. Ukryłem obrzydzenie i odpowiedziałem.

-Nie, ojcze. To mój strażnik i przyjaciel. Mahiro. - odparłem siadając.

-Przyjaciel? Nie istnieje ktoś taki i nie łudź się, że kogoś takiego spotkasz - odpowiedział wywiercając oczami mi dziurę w głowie.

Dasz radę Hisa. Wdech i wydech. Zajmij się jedzeniem - usłyszałem w głowie głos złotookiego.

Na talerz nałożyłem sobie trochę obiadu i zacząłem go jeść. Popiłem wszystko kubkiem kawy.

-Gdzie byłeś? - spytał się król.

-Z Sive'm w Cadere -mężczyzna prychnął i wziął łyk ze swojego kielicha.

-Co zrobiłeś, że cię nie zabił? Przekupiłeś go może? -zakpił z jawną wrogością w oczach.

-Ruka raczej nie poleciałby na ładne oczy królu -odpowiedział spokojnie Mahiro widząc jak zaciskam pięści. Po jego słowach mina mojego ojca zmieniła się. Spojrzał on z wyższością na złotookiego, który wyraźnie nie przejmował się jego postawą.

-Gdzie jest matka? - spytałem, próbując jakoś zmienić temat.

Sive z nią rozmawia.

-Co?! - wykrzyknąłem patrząc się na Mahiro.

Służba i ojciec spojrzeli się na mnie jak nie z pełna rozumu człowieka.

-Gdzie on jest? - spytałem już spokojnie złotookiego.

-Nie wiem. Jest z nią i raczej tu -odparł.

-O czym rozmawiają? - spytałem podejrzliwie. Chłopak wzruszył ramionami.

-Nie moje sprawy.

-Kłamca. - mruknąłem. -O czym rozmawiają? - powtórzyłem.

-Nie mogę powiedzieć. Jak chcesz to ich o to pytaj -odpowiedział z wahaniem. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę. 

-Dobra - warknąłem pod nosem i wstałem od stołu.

SIVE

-...nie wiem -odpowiedziałem opierając czoło o szybę. Siedziałem na szerokim parapecie przyglądając się królowej tego państwa, która poprawiała rozmazany makijaż.

Kobieta opowiadała o swojej przyjaźni z moją matką i wciąż zachęcała do szczerej rozmowy z ojcem. Wciąż nie byłem do tego jakoś entuzjastycznie nastawiony.

-Nie oczekuję...-zaczęła, gdy drzwi się gwałtownie otworzyły i stanął w nich Alahis. Miałem ochotę walnąć głową w ścianę. Jeszcze tylko jego osoby mi tu brakowało teraz. Mahiro miał go trzymać z dala ode mnie na czas rozmowy z jego matką!
Spojrzałem na ogrody będące za oknem. Zawsze uwielbiałem naturę. Siedzenie między drzewami, w ciszy. Z dala od wszystkich.

-O czym rozmawiacie? Podzielcie się sekrecikami, które ukrywacie przede mną...

-Nie wszystko musisz wiedzieć Hisa -odparłem zeskakując ze swojego siedziska. Spojrzałem na białowłosą kobietę i westchnąłem -Dotrzymam obietnicy, ale nie oczekuj niczego więcej.

-Oczywiście - odpowiedziała już spokojnym i łagodnym tonem. -Alahisie są rzeczy, których nie musisz wiedzieć lub dowiesz się ich później.

Czerwone oczy chłopaka spoczęły na kobiecie, a następnie na mnie. Gdy nie zauważył niczego szczególnego w nas po prostu odszedł z prychnięciem.

-Przejdzie mu -mruknąłem i ruszyłem również do wyjścia.

*TYDZIEŃ PÓŹNIEJ*

Szybko otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po korytarzu zanim je zamknąłem. Rozejrzałem się po pokoju, gdy napotkałem szkarłatne tęczówki.

-Tęskniłeś? -zapytałem lekko histerycznym tonem opierając się o drzwi.

-A ty? - spytał leżąc na fotelu i podrzucając piłeczkę. Pokiwałem głową i wyjrzałem podejrzliwie za okno.

-Tęskniłem jak za słońcem w pochmurne dni.

-Miło. Co cię tu sprowadza z zachowaniem jakby cię ścigał twój ojciec? - spytał rzucając we mnie piłką.

-Mahiro czy matka ci to powiedzieli? -zapytałem łapiąc ją i odrzucając.

-Zgadywałem. Nigdy się tak nie zachowywałeś, więc połączyłem fakty - odparł przeciągając się. -Co tam słychać u ciebie? Prócz tego, że masz jakiś cholerny sekret z moją matką.

-Nasłała na mnie ojca. Przybył jak ten król i siedzi w mym salonie! Jak mnie znalazł, się pytam?! -chodziłem niespokojnie po pokoju białowłosego. -Ktoś mnie zdradził i mu to pewnie powiedział.

-A co jeśli powiem, że to ja? - uśmiechnął się. -Był tu ostatnio. Miły człowiek, wiesz?

Zatrzymałem się w pół kroku. Spojrzałem na niego.

-I ty Brutusie przeciwko mnie?! -zrobiłem nieszczęśliwą minkę i padłem dramatycznie na jego łóżko.

-To za karę, że mi nie powiedziałeś o rozmowie z moją mamą. I nie dramatyzuj już. Przecież, cię nie zje. - powiedział. -Ne vous inquiétez pas mon chéri*.

-Ja nie dramatyzuje! Prawie zszedłem do niego, ale potem stwierdziłem, że muszę cie odwiedzić.

-Tak właśnie tłumacz to sobie - odparł ze śmiechem i położył się obok mnie. -Czego ty się tak bardzo obawiasz?

-Niczego się nie obawiam -burknąłem w poduszkę.

-Yhymm...Widzę - mruknął.

Chłopak wstał i już po chwili poczułem na sobie ciepły kocyk.

-Idę ci po czekoladę. Zaszyj się tu tak długo jak chcesz, ale wiecznie od tego nie uciekniesz.

-Ale próbować mogę -mruknąłem robiąc sobie cieplusi kokon. Gdy białowłosy wrócił było widać tylko czubek mojej głowy i oczy. Hisa parsknął na to śmiechem. -Mashall coś od ciebie chce. -powiedziałem. Gdy on położył się koło mnie.

-Przecież oddałem mu papiery - wytłumaczył. -Ja nic nie zrobiłem!

Zaśmiałem się i po przełknięciu czekolady powiedziałem.

-Chce cię w coś wkręcić -wziąłem następny kawałek słodkości.

-Jej! Wreszcie się nie będę nudził! - jego entuzjazm aż raził. -Mówił coś więcej?

-Nie. -odpowiedziałem, po czym  z uśmiechem dodałem -Ale poszperałem trochę i chyba będziesz informatorem Avie.

-To i tak lepsze od siedzenia w zamku i nauki.

-Wiedza to światłości klucz -wyrecytowałem z miną filozofa, ale czekolada psuła całą powagę.

Białowłosy roześmiał się. Jakoś cieplej zrobiło mi się na jego szczery uśmiech. Pierwszy raz się tak czułem. To było dziwne, a zarazem miłe. Ciągnęło mnie do tego. Nagle przed sobą ujrzałem te piękne czerwone tęczówki.

-Masz...czekoladę - usiadł mi na kolanach i kciukiem przejechał mi po kąciku ust. Następnie oblizał swój palec. -Słodka...

Uśmiechnąłem się lekko. Białowłosy chwilę się we mnie wpatrywał po czym schylił się i delikatnie złączył nasze usta. Języki splotły się w leniwym tańcu. Ciała pragnęły bliskości drugiego. Pogłębiliśmy pocałunek, który z sekundy, na sekundę stawał się coraz to bardziej namiętny. Ręce białowłosego zaczęły błądzić po moim ciele. Gdy przerwaliśmy na chwilę pocałunek chłopak ściągnął moją koszulę i zjechał ustami na moją szyję. Wydałem z siebie cichy jęk, gdy lekko przejechał językiem po moim sutku.

Jednak, gdy on przesuwał się dół mnie dopadały pewne wątpliwości i obawy. Bądź, co bądź nigdy nie sypiałem z osobą tej samej płci. Nie mogłem zaprzeczyć podobało mi się to lecz nie byłem chyba gotowy na coś więcej, więc gdy ręce chłopaka znalazły się przy moim rozporku zatrzymałem go.

-Nie mogę -wymamrotałem czując ciepło na policzkach.

Spojrzał się na mnie iskrzącymi oczami i delikatnie się uśmiechnął. Ręką pogładził lekko mój policzek i złączył nasze usta z powrotem w pięknym, długim i namiętnym pocałunku jak z bajki.

*

Wtuliłem się w białowłosego chowając twarz przed promieniami wpadającego do pokoju słońca. Leżałem jeszcze chwilę aż wreszcie stwierdziłem, że trzeba by było wracać. Upewniłem się, że kryształ wciąż wisi na mojej szyi, wyplątałem się z objęć jeszcze śpiącego chłopaka. Cmoknąłem go lekko w czoło, po czym zacząłem się ubierać.

ALAHIS


Obudziłem się z dotykiem metalu na moim karku. Otworzyłem oczy i zauważyłem jakiegoś człowieka. Chciałem go odrzucić mocą, ale gdy tylko lekko się poruszyłem sztylet mocniej przylgnął do mojej szyi.

Mahiro! Kurwa on chce mnie zabić! wrzeszczałem w myślach. Nagle poczułem ulgę gdy złotooki pojawił się w pokoju i obezwładnił mężczyznę. Skrzywiłem się gdy na mojej dłoni, którą dotknąłem szyi została krew.

-Nic ci nie jest? - spytał złotooki wiążąc obcego.

-Żyję - odpowiedziałem wstając i idąc do łazienki. -Wyciągnij od niego, kto chce mojej śmierci.

Zamknąłem się w łazience i spojrzałem na swoje odbicie. Na szyi widniała cienka szkarłatna linia, z której stróżką spływała krew. Wziąłem jakiś ręcznik i po zmoczeniu przycisnąłem go do rany. Na szczęście nie było głębokie i nie dosięgło tętnicy szyjnej.
Gdy wyszedłem z pomieszczenia po mężczyźnie nie było śladu, a Mahiro stał przy oknie z nietępą miną.

-I co? -zapytałem zmieniając koszulę. Blondyn skrzywił się.

-Prawie nic. Ktoś daje za twoją śmierć niezłą sumkę, więc i wielu chce cię zabić. Powiadomiłem Maro, a on miał to przekazać Sive, który wpadł rano na ojca i mają jakąś długą rozmowę -powiedział na jednym wydechu i odwrócił się w moją stronę.

Nie uciekł... pomyślałem i lekko się uśmiechnąłem.

-Muszę iść dziś do Marshall'a. Po drodze możemy iść do jakiejś kawiarni coś zjeść, bo tu mnie jeszcze otrują i tyle będzie.

-Niech będzie -odparł z uśmiechem kręcąc głową.

*

Po zjedzeniu ciasta, od czasu poznania Sive i jego zwyczajów żywieniowych sam jadłem więcej słodkich rzeczy, ruszyliśmy w stronę kamienicy. W drzwiach powitał nas Maro. W budynku było nienaturalnie cicho.
Rozejrzałem się zdziwiony, ponieważ zazwyczaj zawsze ktoś się tu krzątał czy coś.

-Sive okrzyknął nas wszystkich zdrajcami, którzy dążą do jego nieszczęścia i nie odzywa się do nikogo od rozmowy z ojcem. -wyjaśnił zielonooki.

-Ja coś na to poradzę...SIVUŚŚŚŚ!!! - wrzasnąłem kierując się do jego pokoju.

SIVE

Zostaw to i wróć ze mną...ona by tego chciała. A i ty powinieneś być z rodziną.

Prychnąłem tworząc kolejny lodowy wzór w powietrzu obok pozostałych. Siedziałem za łóżkiem nie widoczny od strony drzwi bawiąc się żywiołami i nie mając zamiaru się sąd ruszyć. Chyba, że ojciec stąd zniknie.

-Nie potrzebuję rodziny, która mnie zostawiła -wymamrotałem. Mały wilczek z wyładowań elektrycznych i lodu zaczął skakać po pokoju. Wydawał się być prawdziwy choć wcale taki nie był. Miał za to wszystkie cechy normalnego, żywego wilka, no i dodatki związane z tym, że był stworzony z mocy.
Usłyszałem swoje imię lecz zignorowałem to. Gdy drzwi się otworzyły, a wilk wskoczył na łóżko warcząc straciłem na chwile koncentracje i wszystkie wzory, które do tej pory unosiły się w powietrzu, rozprysły się na podłodze. Zakląłem.

-Którego zdrajce niesie? -zapytałem nawet nie wstając tylko uprzątając bałagan powstały.

-Votre prince. Je pense aussi un traître?**

-Mogę się nad tym zastanowić -burknąłem wstając i siadając obok wilczka, który położył łeb na moim kolanie. -Kazali ci ze mną wynegocjować pokój? 

-Nie. Dopiero przyszedłem - odparł spokojnie i oparł się o ścianę.

Spojrzałem się na niego. Nie wskazywało nic na kłamstwo. Mój wzrok zatrzymał się na szyi białowłosego.

-Co ci się stało?

-Maro ci jeszcze nie przekazał? Najwidoczniej ojciec daje dużą sumkę za moją śmierć, bo już dziś mnie ktoś chciał zabić...

-Nierozsądny krok -mruknąłem, a na jego wzrok pokręciłem głową wyciągając ręce przed siebie. Chłopak się zbliżył, a ja objąłem go, wtulając twarz w jego brzuch -Masz po swojej stronie silniejszych sojuszników. Próbując wpłynąć na nasze tereny wystawia się na zagrożenie. Spróbuję coś zrobić, ale do tego czasu trzymaj zdrajce M przy sobie.

Białowłosy parsknął na to określenie.

-Gdyby nie to, że go umiem wołać w myślach, to już bym martwy był. Plus ten rzep się nie odczepi już teraz... - mruknął. -Wszystko dobrze?

-Wszyscy chcą mojego dobra. I każdy myśli, że wie czego ja chcę. Bo po co mnie pytać o to... -westchnąłem puszczając go i przytulając się do wilka, który zawył radośnie przez to -Jestem po prostu zmęczony tym wszystkim. 

-Może weź sobie jakieś zlecenia...? Oderwiesz się trochę od tego wszystkiego. Z resztą, ja dziś nie za bardzo dotrzymam ci towarzystwa bo muszę sprawy załatwić dla Marshall'a.

-Ja mam zlecenia, ale nie chce mi się ich wykonywać -odpowiedziałem, nagle wpadłem na pewien pomysł -Wyjadę na dwa, trzy dni. Odwiedzę pewne miejsce.

-Nie zabij się i wróć, bo będę czekał - powiedział kładąc mi głowę na ramię.

-Gdzieżbym śmiał się tobie sprzeciwiać -powiedziałem ze śmiechem. -Przywieźć pamiątki może? -zapytałem z rozbawieniem obejmując chłopaka jednym ramieniem.

-Może jakiś nożyk, którym mogę ukatrupić tatusia?

-Za odpowiednią zachętą sam to zrobię -mruknąłem przejeżdżając dłonią po plecach białowłosego. -Uważaj na siebie.

ALAHIS

Uśmiechnąłem się i pocałowałem dziwnowłosego. Tylko przy nim czułem się tak dobrze. Chłodne usta chłopaka idealnie pasowały do moich ciepłych. Każdy pocałunek był jak ten ostatni. Gorący, zatrzymujący dech w piersi, namiętny. Zdecydowanie coś czułem do Siv'a. Gdy odsunęliśmy się od siebie, spojrzeliśmy sobie w oczy i delikatnie uśmiechneliśmy się.

-Ty także - odpowiedziałem dając mu buziaka w policzek i wstając. -Do zobaczenia.

Schodząc po schodach zauważyłem rozmawiających Maro i Mahiro. Gdy stanąłem obok nich spojrzeli na mnie.

-Wygnał cię? -zapytał srebrzysto włosy. 

-Nie -odpowiedziałem z uśmiechem. -Gdzie jest Marshall?

-U siebie albo gdzieś na mieście. 

-Yhymm.

*

Siedziałem naprzeciwko miodowookiego w jego biurze. Zawalone papierami biurko przyciągało wzrok i to właśnie w nim opiekun Sive grzebał w poszukiwaniu czegoś. Wreszcie najwyraźniej znalazł bo spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. 

-Pewnie zastanawiasz się po co po prosiłem byś do mnie przyszedł. Chodzi o pewnego wysoko postawionego mężczyznę. Musimy zdobyć o nim informacje, a większość ludzi jest zajęta bądź jak Sive odmówiła wzięcia kolejnej sprawy. A ty mógłbyś pomóc Avie w dostaniu się w jego kręgi i sam może byś zdobył jakieś informacje.

-Z przyjemnością zrobię to. Na zamku nudzi mi się, a wkurzanie Mahiro, też jest nudne.

Mashall uśmiechnął się. Wyciągnął w moją stronę plik dokumentów.


-Tu masz informacje, które mamy. Życzę ci powodzenia.


*

-Głupia muszka... - wkurzałem się na za mocno zawiązaną muszkę przy garniturze. 

Dziś była idealna okazja na wykonanie zadania. Bankiet w posiadłości pana Revessa był odpowiednim momentem, szczególnie gdy dostałem zaproszenie.

-Dobry wieczór książę - powitał mnie miło właściciel. -Coś do picia?

-Nie dziękuję panie Revess. -odparłem z grzecznością w głosie. -Piękna posiadłość...

-Należy do mojej rodziny do pokoleń. Kiedyś może moje dzieci ją odziedziczą po mnie -powiedział z uśmiechem.W którymś momencie przeprosił i odszedł powitać innych gości.
Bankiet trwał, a mi się coraz bardziej nudziło. Nie mogłem wyjść, bo miała mnie tu znaleźć Avie.
Wziąłem lampkę wina z tacy, którą nosili kelnerzy i rozejrzałem się po tłumie.

-Przepraszam za spóźnienie. -usłyszałem głos dziewczyny, więc odwróciłem się. Jej czarne włosy były zebrane w koka, na na sobie miała bordową suknie z czarnymi zdobieniami.

-Nic się nie stało. -powiedziałem z lekkim uśmiechem -Pięknie wyglądasz.

-Dziękuję -odpowiedziała z lekkim rumieńcem na policzkach.

-Masz jakiś plan?

-Ja go zagaduje, a ty przeszukujesz jego biuro. Musisz wejść na drugie piętro i tam czwarte drzwi na prawo. -tłumaczyła szeptem. Pokiwałem głową.

Dziewczyna ruszyła w stronę gospodarza, a ja w stronę schodów. Były zablokowane przez dwóch strażników. Nie miałem ochoty się z nimi przegadywać, więc wybrałem inną drogę. wyszedłem na dwór. Po rozejrzeniu się czy nie ma nikogo, wskoczyłem na drzewo i z niego wskoczyłem na balkon gabinetu Revessa. 

-Czuję, że to jest zbyt łatwe - założyłem kaptur z peleryny w razie czegoś niespodziewanego i uchyliłem drzwi balkonu.

Muszę się pospieszyć, wiecznie Avis go nie zatrzyma. Cicho przymknąłem drzwi i rozejrzałem się. Wysłałem w stronę pokoju cząstkę mocy. Może uda mi się te dokumenty szybciej znaleźć. Dwa miejsca delikatnie zabłysły; biurko i obraz na ścianie. Za pierwszy cel wziąłem biurko. Starałem się nie zmieniać położenia rozwalonych kartek papieru i teczek. Nagle coś znalazłem. Były to jakieś akta. Otworzyłem je i mnie zamurowało. Były tam zdjęcia dziewczynki. Mojej dziewczynki ze snu. Szybko przeszukałem całe akta, ale jedyne co znalazłem to pieczątkę "ZASTRZEŻONE" i jej imię. 

-Kiiara Farnese... - ręce zadrżały mi. -Kim jesteś Kiiaro? 

Próbując nie tracić czasu wziąłem ze sobą akta i z powrotem zacząłem szukać dokumentów. Po paru minutach znalazłem grubą teczkę. To było to. Były to listy ludzi wywiezionych na wyspę; wyspę "dziwnych". 

Chowając w torbie na ramię dwoje teczek wróciłem na bankiet. 

-Mam wszystkie dokumenty Avis - podszedłem do dziewczyny i szepnąłem jej na ucho. Dziewczyna zachichotała opierając głowę o moje ramię.

-Idziemy do wyjścia -wyszeptała wciąż udając zakochaną pannice. Objąłem ją w pasie i ruszyłem do drzwi. Usłyszałem poruszenie w tłumie, więc przyśpieszyliśmy. Będąc na zewnątrz szybko ruszyliśmy  do naszych konni.

Dopiero widząc las dzielący nas od centralnego miasta odetchnąłem z ulgą i Avie też wydawała się bardziej rozluźniona. 

-Sive wrócił. Dlatego się spóźniłam -odezwała się, w którymś momencie. 

-Nadal wrzeszczał o zdrajcach? - zachichotałem. Szatynka zaśmiała się.

-Nie tym razem zignorował wszystkich i z zawiniątkiem w ręce poszedł do kuchni. Przywiózł pamiątki jak to potem powiedział -odpowiedziała z szerokim uśmiechem.

-Jakie? - spytałem.

-Dwa, małe wilczki, których matka została zabita przez myśliwych.

-Muszę je zobaczyć! Pewnie są słodziaśne! 

-Wasza dwójka jest tak samo walnięta -stwierdziła dziewczyna -Te bestyjki warczą na każdego kto nie jest Ruką.

-Jeszcze bardziej słodko! - zaśmiałem się i wesoło rozmawiając dojechaliśmy do domu Marshalla.

SIVE

Małe robiąc sobie ze mnie posłanie zasnęły, więc leżąc czytałem dokumenty, które udał mi się znaleźć. Gdy usłyszałem pukanie westchnąłem.



-Proszę -do pokoju wszedł mój ojciec. 


-Chciałem ci coś jeszcze powiedzieć.
-Więcej wesołych nowin? Świetnie -mruknąłem i spojrzałem na niego.


-Masz siostry...


-Cooo?!


-Corin i Kiiara bardzo chcą cię poznać. Więc proszą nie oceniaj ich przez błędy rodziców. -wpatrywałem się w niego nie mając pojęcia co robić. 


-Spotkam się z nimi, ale nie oczekuj, że porzucę swoje życie tu i wyjadę z wami -powiedziałem na co on pokiwał głową. 


-Rozumiem i jeszcze raz przepraszam za to wszystko -po tych słowach wyszedł. Skuliłem się na łóżku z szczeniakami w pełni obudzonymi już i wesoło biegającymi po pokoju. 
Koniec końców leżały przy mnie jakby chcąc mnie pocieszyć. Gdy już prawie przysypiałem usłyszałem otwieranie drzwi.


-Puka się -wymamrotałem.

-Przepraszam... - usłyszałem głos księcia. -Przeszkadzam?


-Chyba nie -mruknąłem otwierając oczy i patrząc jak siada na brzegu łóżka, a wilczki wesolutkie bawią się koło niego. -Nie miałeś mieć czegoś dzisiaj? Avie coś wspominała.

-Właśnie wróciliśmy - uśmiechnął się. -Fajne wilczki.

-Jeden jest twój -odpowiedziałem z lekkim uśmiechem.

-Serio?! - spojrzał się na mnie zdziwiony. Przytaknąłem. -Dzięki! - dał mi szybkiego buziaka i zaczął się bawić z wilczkami.
Oparłem się o poduszki patrząc na nich. Ciemno szary wilczek, w którymś momencie znudził sie chyba zabawą i wskoczył na mój brzuch. Gdy zacząłem go drapać i głaskać zachowywał się jak kot spragniony pieszczot. Zachichotałem.

-Fumo*** ty kociaku jeden -mruknąłem z uśmiechem.

-Mój będzie się nazywał... Kardiá. -spojrzałem na niego. Siedział z jasnoszary wilczkiem, który w odróżnieniu od brata miał bialutkie skarpetki na łapkach, na kolanach i gładził jego miękkie futro. 

-Sive listtt -usłyszałem, a następnie zobaczyłem Ezre, który podał mi kopertę i uśmiechnął się do Hisy. 

-Witaj książę.

-Ez nie zaczepiaj gości -zganiłem go otwierając kopertę. Szybko zobaczyłem czy to list, na który czekałem i widząc zamaszysty podpis uśmiechnąłem się.

-Powiedziałeś im? -zapytał Hisa. Pokręciłem głową.

-Sami się domyślili. Przecież każdy z nich był szkolony przeze mnie -odparłem patrząc z dumą na szczerzącego się Ezre. -Prędzej czy później musieli połączyć fakty.

-Więc dobrze ich wyszkoliłeś - powiedział. -Mów mi Hisa. W ostateczności Alahis...

-Tak jest -odpowiedział salutując blondyn i śmiejąc się z miny białowłosego wyszedł. Wstałem i położyłem list na biurku. Za mną z łóżka sturlał się Fumo i z radosnym skowytem zaczął biegać jak wariat po pokoju.

Kardiá zaczłą go gonić, co skończyło się fikołkiem i wspólną bitwą.

-Sive?

-Tak?

-Możesz mi wyjaśnić kim jest Kiiara Farnese? Znalazłem jej akta u Revesse i to ona jest tą dziewczynką z mojego snu. - powiedział i położył na  biurku otwarte akta dziewczynki. Przygryzłem wargę i po dopiero po dłuższej chwili zdecydowałem się odpowiedzieć. Podszedłem do szafki w rogu pokoju i wyciągnąłem z niej dokumenty, które już miałem do tej sprawy.

-Twoją młodszą siostrą -oznajmiłem cicho podając mu plik kartek z informacjami.

Białowłosy nie odezwał się. Cicho przeglądał dokumenty.

-Wiesz gdzie ona jest? I czy w ogóle żyje? - spytał po paru minutach.

-Najprawdopodobniej żyje, ale jeszcze nie wiem co się do końca działo tamtego dnia i co się z nią stało. 

-Jak znajdziesz coś, powiedz mi. - powiedział i westchnął.

-Niech będzie, ale nie zrób jakiejś głupoty pod wpływem emocji.

-Siv. Mam prośbę.

-Jaką?

-Będziesz mnie trenował? -spojrzałem na niego zaskoczony.

-Nie robią  tego w zamku?


-Myślisz, że ojciec chce bym umiał się bronić? Mam beznadziejnych nauczycieli. 


-No ok. Czego chcesz się tak właściwie nauczyć?

-Z mocą sam sobie poradzę, ale z walką wręcz itp. nie...


-Możesz dołączyć do cotygodniowych treningów mojej grupy i wybierzemy jeszcze jeden dzień w tygodniu, w którym będziesz trenował tylko ze mną. 

-Chętnie - powiedział i przytulił się do mnie.

-Zobaczymy czy będziesz taki chętny po pierwszym treningu -odpowiedziałem przypominając sobie jak moja grupa warczała obelgi na pierwszym treningu.Uśmiechnąłem się do tych wspomnień. -Jutro o 21 bądź tu bo wypada trening grupowy. -poinformowałem białowłosego po czym złączyłem nasze usta w lekkim pocałunku. A teraz chodź na kolacje. Powspierasz mnie.

-------
* <fran.> Nie martw się mój skarbie.
**<fran.> Twój książę.  Też mnie uważasz za zdrajcę?
***<wł.> Dym

czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozdział 18

ALAHIS 

-Ottavio wysłał straże po Siva-  powiedziała moja matka. 

-Jak to?!- zerwałem się z łóżka i szybko zacząłem się ubierać. -Dawno?

-Właśnie wyruszyli.

-Zajmij się proszę Rou - powiedziałem wychodząc.

Pobiegłem do stajni po Req. Nigdzie jej nie było. Warknąłem biorąc innego konia i szybkim galopem opuszczając stajnię.
Dogoniłem grupę strażników, a na jej czele był nie kto inny jak generał Astel le'Mortef. 

-Witaj książę -przywitał się. Jego oczy świeciły dziwnym zadowoleniem. No tak. On jako jeden z popleczników mojego ojca był za zabiciem mordercy. 

-Generale, natychmiast zawróćcie - spojrzałem na niego z powagą. -Sive Crispo jest objęty azylem królewskim i nie macie prawa go prowadzić na egzekucję.

-Przykro mi książę, lecz muszę zaprzeczyć. Dostałem wyraźny rozkaz króla i nie mogę go podważyć. Azyl został ściągnięty.

-Nie miał prawa! - warknąłem zajeżdżając mu drogę. -To ja jestem prawowitym władcą Fiammy! To ja wydałem azyl!

-Nie krzycz książę. Nic nie poradzę na to niedomówienie -kpił ze mnie, a na mojej skórze zaczęły błądzić płomyczki.

-Zamilcz. Nakazuję wam zawrócić.

Mężczyzna jednak mnie zignorował. Nie mogąc nic zrobić towarzyszyłem im aż do domu na jeziorem. Strażnicy zostali na koniach gdy ja i generał Astel ruszyliśmy do drzwi, które otworzyła ubrana w za dużą koszulkę i krótkie spodenki Corin. Dziewczyna spojrzała na nas z niepokojem w burzowych oczach.

-Coś się stało książę? -zapytała patrząc na mnie. Mężczyzna obok mnie prychną i popychając ją wszedł do środka.

-W tym domu ukrywa się morderca.

Zacząłem panikować. Nie mogą wziąć Siva. Nie pozwolę na to. Wyprzedziłem mężczyznę i zablokowałem schody ścianą ognia. Długo nie wytrzyma, ale trochę go opóźni. Pobiegłem do pokoju chłopaka. Siedział jakby nic i przeglądał papier.

-Uciekaj - powiedziałem. -Są tu. Strażnicy i le'Mortef. Zatrzymam ich, ale musisz się pospieszyć. Proszę...

SIVE

Spojrzałem w jego wypełnione paniką oczy. Widziałem w nich płomyki, które świadczyły, że w dość poważny sposób korzysta z mocy.
Szybko zacząłem zbierać dokumenty. A następnie upchnąłem je pod łóżkiem. Podałem zaskoczonemu chłopakowi broń.

-Spytaj się Maro o mój osobisty schowek, a teraz przestań panikować i przejdź przez łazienkę do Marcello. Masz udawać, że to do niego biegłeś. -widziałem, że chce odmówić. -Zrób to. Ucieka osoba winna. Jeśli to zrobię to poprę tylko ich domysły. I nie zapominaj z kim masz do czynienia. Mam plan awaryjny na tą sytuację. I musimy przeciągać moje ścięcie do końca tygodnia.

-Ale...Sive. Oni nie mogą cię...ściąć. Ja nie chcę...

-Hisa. Przestań. Przeżyłem gorsze rzeczy -powiedziałem ze smutnym uśmiechem. Następnie pocałowałem chłopaka. -Kocham cię.

-Ja ciebie też - powiedział przytulając się do mnie. -Masz dziesięć sekund, aż dobiegną. Oby twój plan był dobry.

Wbiegł do łazienki przechodząc tak jak powiedziałem do Marcello.
Dobry to ten plan nie jest, ale jest jedynym, który nie kończył się moją śmiercią. Odsunąłem od siebie wątpliwości. Słyszałem podniesione głosy z dołu, więc otworzyłem drzwi pokoju i ruszyłem w kierunku krzyków.

-Pali się czy co? -zapytałem i rozwiałem płomienną ścianę. Musiałem teraz udowadniać, że jestem normalnym, szarym człowiekiem. O cechach ojca.

-Ty! Kim jesteś? -zapytał mężczyzna z krzaczastym wąsem. Spojrzałem na niego z teatralną wyższością.

-Sive Domenico Crispo -przedstawiłem się jak nakazywała etykieta. Usłyszałem za sobą kroki i odwróciłem się w stronę Hisy, który starał się ukryć złość na moją osobę i zaniepokojenie. -Książę? Ktoś mi wytłumaczy o co chodzi?

-Jesteś oskarżony o morderstwo -powiedział mężczyzna, któremu wyraźnie przeszkadzał mój wygląd. Nie podobało mi się jego spojrzenie, które co chwila wędrowało po moim ciele.

-Chodzi o te bażanty? Marce myślałem, że zniesiesz, że ktoś jest lepszy od ciebie -fuknąłem na chłopaka.

-Ja tam nic nie mówiłem - powiedział chłopak.

-Mógłby pan generał powiedzieć o co chodzi konkretniej? Nie chcę nikogo obrażać, ale ostatnimi czasy nikogo nie zabijałem, więc ten zarzut jest dość...oburzający -stwierdziłem. Na twarzy mężczyzny pojawiło się na chwilę zwątpienie, ale szybko zniknęło. Stary zboczeniec spojrzał na moją siostrę, która stała obok mnie w swoim domowym stroju. Miałem ochotę warknąć na ten wzrok wędrujący po jej ciele. Zacisnąłem szczęki.

-Generale la'Mortef! Jak miło pana widzieć! Co sprowadza pana do mojego domu? - nagle pojawił się mój ojciec. Ten to zawsze wie kiedy się pojawić.

-Chcą mnie aresztować ojcze...

-Pod jakim niby zarzutem?! -oburzył się mężczyzna jego groźny wzrok spoczął na nie wyglądającym już tak pewnie mężczyźnie.

-Zabójstwo.

-Kogo?

-Mnóstwa ludzi.

-Masz dowody? Nie. Więc jeśli to wszystko nie będę tolerował pana osoby generale w moim domu.

-Ale... - nad mężczyzną pojawiła się granatowa chmura, która zaczęła cicho grzmieć.

-Nie dosłyszałeś la'Mortef?

-Wychodzimy - powiedział do strażników. Gdy już stali na werandzie odwrócił się on i spojrzał na stojącego wciąż na schodach Alahisa. -Książę?

-W przeciwieństwie do mojego ojca, ja wiem, że w takiej sytuacji należy przeprosić -warknął choć w jego oczach błyszczała ulga. Generał la'Mortef skrzywił się i kiwnął głową następnie wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Odetchnęliśmy jednak dopiero, gdy usłyszeliśmy tętent oddalających się koni.  

-Skąd wiedziałeś, że ustąpi? -zapytał mój ojciec. Spojrzałem na niego z przekorą.

-Nie wiedziałem -spojrzałem na Hisę, który wpatrywał się we mnie ze złością.

-Jesteś idiotą. Gdyby nie moja matka, już dawno byliby tu nie patyczkując się - warknął zły, choć jego oczy wyrażały co innego.

-Miałem dwie opcje na te wydarzenia. Druga gorsza kończyła się tym, że wylądował bym w Lochach aż bliźniaki nie wykonają swojej części planu. Pierwszą było to, że jak już przyjdą muszę po prostu udawać młodego debila, który stara się wpasować w wyższe sfery. Zbiło to generała z tropu. Obecność księcia jednego z najbardziej konkurencyjnych królestw osłabiła jego pewność siebie. A mój ojciec po prostu go przeraził. I tak mam mało czasu zanim twój ojciec im zagrozi. Te cztery dni będą ciężkie. Ale za nim to to...-wyciągnąłem ramiona w jego stronę.

-Nie pozwolę na to... - jęknął wtulając się we mnie.

-Zrobię wam po kawie - powiedziała Corin przerywając ciszę, która nastała.

*

Siedzieliśmy w salonie. Ojciec wyszedł coś załatwiać więc zostaliśmy tylko my. Na kanapie leżał Hisa, który bawił się końcówkami moich włosów. Ja siedziałem na podłodze przed nim z papierami dokoła siebie. Corin zwinięta w fotelu czytała, a Marcello bawił się tworząc w powietrzu małe wiry powietrza. 

-Macie tu gitarę? - spytał czerwonooki.

-Powinna być na górze - odpowiedziała mu dziewczyna. -Umiesz grać?

-Yhym... - mruknął. -Przyniosłabyś?

Cor zniknęła, a gdy wróciła miała w rękach wspomniany instrument. Następne parę minut zajęło mu strojenie gitary ze słuchu. Ucierpiały na tym moje uszy, ale no cóż...

Nagle w pokoju rozległ się głos chłopaka i melodia grana na gitarze.

-Znalazłem schronienie na tej drodze..
Pod osłoną, ukryta daleko.
Czy słyszysz, kiedy mówię
Nigdy nie czułem się w taki sposób..

Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle
Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle

Czy mogę być, czy byłem tam
To sprawiało wrażenie czegoś tak przejrzystego w powietrzu..
Nadal chcę tonąć, ilekroć odejdziesz.
Proszę naucz mnie łagodnie, jak oddychać..

I będę przemierzać oceany, jak nigdy przedtem.
Więc możesz się poczuć w taki sposób w jaki czuję to ja
I odbiję wrażenia z powrotem na Ciebie.
Więc czy możesz zobaczyć sposób w jaki czuje to ja

Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle
Może powiedziałem coś nie tak
Czy mogę zrobić to lepiej, przy zapalonym świetle*

Melodia się skończyła, a chłopak wciąż nucił. Spojrzałem na niego przez ramie z lekkim uśmiechem.

-Jakie jeszcze talenty ukrywasz mon  prince?

-Wiele można się nauczyć podczas siedzenia w czterech ścianach -powiedział. Pokiwałem głową.

*

-Plan jest prosty. Hisa wprowadza zamieszanie każąc wyznaczyć nową datę koronacji. Poprzesz to dokumentami, które dostarczy ci Maro. Powiesz, że twój ojciec zaniedbał swoje obowiązki. Wprowadzi to potrzebny rozgardiasz, który wykorzystamy. -wytłumaczyłem popołudniu.

-Dobrze - powiedział chłopak. -Muszę wracać. Rou jest z matką i nie wiem co może planować Ottavio. Pozbył się mojego konia, nie wiadomo co mógł wymyślić.

Podszedł do mnie i pocałował mnie. Pierwszy raz czułem tak bardzo jego zmartwienie.

-Masz i tak uważać. Nie wychodź teraz sam -dopowiedział.

-Niech będzie  -zgodziłem się. Czerwonooki posłał mi lekki uśmiech i wyszedł. Spojrzałem na moją siostrę, a następnie na Marco. -Może piknik? Odpoczniemy trochę od tej napiętej sytuacji?

ALAHIS

Wchodząc do zamku czułem burzliwą energię ojca i paru ludzi. Służący chodzili szybko, tylko by zejść każdemu z drogi. Wszedłem do salonu z którego wyczułem energię króla.

-...czy to było takie trudne?! - mężczyzna dokończył krzycząc na la'Mortef'a i strażników.

-W czymś jest problem? - spytałem.

Czerwone oczy ojca zwrócił się ku mnie. Widziałem w nich wściekłość (emm jak zawsze?). Podszedł do mnie szybkim krokiem i uderzył mnie w twarz z całej siły. Nie spodziewając się tego uderzenia poleciałem na półkę, która boleśnie wbiła mi się w plecy.

-Ty parszywy gówniarzu! Nie masz prawa wychodzić z zamku! Złamałeś tą zasadę po raz kolejny! - złapał mnie za szyję i podniósł do wysokości swojej twarzy.

-Królu... - szarooki mężczyzna chciał coś powiedzieć, lecz mój ojciec mu przerwał.

-MILCZ! Nie widzisz, że muszę sprowadzić tego bachora na dobrą drogę?! - krzyknął.

Wyczułem od niego alkohol. Był piany. Złapałem go za ręce które mnie trzymały i oparzyłem go płomykami.

-Pierdol się - wychrypiałem nabierając powietrza.

-CO POWIEDZIAŁEŚ?!

-Pierdol się. Głuchy jesteś?

Bolesne uderzenie w brzuch sprawiło, że straciłem na chwilę oddech. Następne uderzenia były bardziej chaotyczne. Nie mniej jednak nie traciły na sile. Słyszałem krzyki. Lecz przez mgiełkę bólu nic więcej do mnie nie docierało.

*

Leżałem na łóżku odczuwając ból całego ciała. Tym razem ojciec już się nie hamował. Po prostu się wyżył. Pokazał swoją nienawiść względem mnie.

Z korytarza dobiegły podniesione głosy, a następnie kroki. Drzwi się otworzyły i do mojej sypialni weszli bliźniacy i Corin.

-Księciuniu nie wyglądasz najlepiej.

-Teraz już rozumiem wściekłość Sive. -wtrąciła Cor. Jej błękitne oczy z troską skanowały moje ciało. Następnie zniknęła w łazience i wróciła z mokrym ręcznikiem, który położyła mi na czoło. Przyniosło mi to jakąś ulgę.

-Nienawidzę go... - powiedziałem zaciskając zęby gdy dziewczyna zaczęła oczyszczać rany.

Syknąłem z bólu gdy dotarła do mojego brzucha.

-Hisiek? - spojrzała się na mnie wystraszona.

-Tak? - wysapałem.

-Chyba masz złamane żebro... - odpowiedział za nią jeden z bliźniaków.

-Trzeba iść po lekarzy -powiedział drugi.


Skrzywiłem się na niewygodę spowodowaną obandażowanym brzuchem. Mężczyzna w podeszłym wieku spojrzał na mnie z troską.

-Nie powinieneś się ruszać z łóżka przez jakiś czas. A jeśli już to unikaj wysiłku. Zero podnoszenia czegokolwiek schylania się, ponieważ będziesz odczuwał przy tym ból. Tak samo przy poruszaniu się, śmianiu...

Drzwi sypialni otworzyły się i stanął w nich pochmurnooki z Rou na rękach. Zdziwiłem się widząc, że pozwoliła się dotknąć. Chłopak od razu postawił ją na podłodze i spojrzał z groźbą w oczach przez ramię.

-Udało ci się? -zapytał Dorin i Chris. Sive pokiwał głową.

-Co się udało? - spytałem.

-Przyspieszenie twojej koronacji i przekonanie lordów o osądzenie Ottavio w sprawie zaniedbywania królestwa, przekupstwa oraz narażenia życia przyszłego władcy - powiedział.

Dziewczynka usiadła obok mnie i złapała mnie za dłoń.

-Zimny jesteś... - mruknęła. -Ten zły pan nie zrobi ci już więcej krzywdy?

-Ten pan już nigdy nikomu nie zrobi krzywdy słońce - wyszeptałem. -Sivuśś...Dziękuję.

-Nie dziękuj. Nie ochroniłem cię -odparł przytrzymując drzwi lekarzowi, a następnie je zamykając.

-Jak niby miałeś to zrobić? Sam się tego nie spodziewałem. Nie potrafiłem się obronić. Zaatakować - powiedziałem i skrzywiłem się przez ból.

-Mogłem pójść z tym generałem. -odparł.

Chłopak wyszedł. Chciałem za nim iść, ale nawet nie potrafiłem się podnieść. Ból był zbyt mocny. Spojrzałem prosząco na bliźniaków.

-Proszę idźcie za nim. Niech nie zrobi jakiś głupstw.

Gdy oni wyszli w pokoju zapadła cisza. Rou wpatrywała się we mnie zaniepokojona, a Corin chodziła niespokojnie po pomieszczeniu.

-Na kiedy chcą przełożyć koronację? -spytałem po chwili.

-Sive postarał się pewnie by jak najszybciej -skomentowała białowłosa posyłając mi lekki uśmiech. W jej oczach błyszczały czułe iskierki -Mu naprawdę na tobie zależy... 

-A mi na nim...-mruknąłem cicho. 

Do pokoju weszła moja matka razem z wilczycą. Kardie smutno zawyła i położyła swój łeb na łóżku. 

-Jak się czujesz synku?- spytała, choć odpowiedzi bardziej oczekiwała od białowłosej.

-Prawie złamane dwa żebra, rozległe siniaki, małe zranienia...-wymieniała dziewczyna, a moja matka spojrzała na mnie z troską. Jak dawniej przed zniknięciem Kiiary, nakazem ojca... Cieszyłem się, że on jej nie zniszczył, nie złamał. Moja matka była wspaniałą kobietą i jestem pewien, że nie potrzebuje ojca do szczęścia. 

-Elizabeth się także o ciebie martwi...

-Niech przyjdzie -mruknąłem. Nie miałem jakiejś większej ochoty na spotkania towarzyskie gdy jestem prawie uziemiony w łóżku, ale rozumiałem, że mój stan mógł niektórych zaniepokoić. Moja mama i szatynka weszły do pokoju, a za nimi jeden z bliźniaków z szerokim uśmiechem.

-Boże Hisa...-szepnęła Elizabeth przyglądając się mi. 

-Rozumiem, że nie grzeszę teraz pięknością, no ale bez przesady -westchnąłem. Na jaj policzkach pojawił się rumieniec, a za nią Corin i chyba Dorin zaczęli się śmiać.

-Za dużo czasu z Siv'em spędza -skomentował niebieskooki -A właśnie! Czy wyzywanie się nawzajem z twoim ojcem i strażą jest zaliczane do "głupstw"?

-A jakich argumentów użył?

-Przy dziecku nie wypada tego powtarzać, ale trzeba przyznać, że jest bardzo kreatywny. 

-Ważne by nie przeszli do rękoczynów -powiedziałem.

-Przecież od tego się zaczęło -odparł chłopak. Na moją minę zaczął tłumaczyć -Wpadł do komnat twojego ojca i go uderzył, a potem zamykając go w klatce z ognia, która nawiasem mówiąc wkurza twojego ojca, zaczął go wyzywać. Przyszli strażnicy, więc ich też zwyzywał... Właściwie jest to bardzo zabawne. 

-Dorin! To jest z kategorii "głupstwa"!

-No weź... Jak zaczął recytować złamane prawa to nawet strażnicy się uspokoili. Właściwie zaskoczyło mnie, że Siv tyle ich pamięta.

-Wczoraj uczył się ich na pamięć -powiedziała Cor. 

-To już nie jestem zaskoczony. 

Po kręciłem głową. Chciałem stąd iść. Powoli podparłem się na rękach i usiadłem.  Wziąłem większy wdech i wstałem. 

-A ty gdzie się niby wybierasz? - spytała dziewczyna. 

-Z dala od wszystkich -mruknąłem zakładając koszulę.

-Wyglądasz jak trup. Prawie jesteś trupem i myślisz, że my cię puścimy? Uderzyłeś się za mocno w główkę słońce -stwierdził niebieskooki.

-Wypraszam sobie. Wyglądam całkiem dobrze -spojrzałem w lusterko poprawiając włosy.

-Nie twierdzę, że nie ale aktualnie wyglądasz jak maltretowany zombiak.

-Sive przegadał twojego ojca -oznajmił ze śmiechem Chris wchodząc do pokoju.
-Co mu powiedział?- spytałem. 

-CZEMU NIE JESTEŚ W ŁÓŻKU?! WYGLĄDASZ JAK TRUP!-krzyknął Chris patrząc się na mnie.

-Kolejny... Co powiedział mojemu ojcu?

- "Żeby rządzić państwem nie wystarczy zastraszyć poddanych, przekupić generałów i pozbywać się osób, które ci się postawią. Potrzeba też mieć coś czego tobie najwyraźniej brakuje. Rozumu" i..."Twój infantylizm pokonał wszelkie normy. Możesz być dumny". To chyba te dwa najbardziej zadziałały.

-Reakcja ojca?

-Bezcenna. Otwierał i zamykał usta jak ryba, czerwony jak burak. I ta wściekłość pomieszana z oburzeniem i wstydem...

-Powinienem tam iść -mruknąłem. 

Wyszedłem z pokoju spokojnym krokiem. Dawałem radę choć nawet najmniejszy ruch sprawiał mi ból.  Gdy dotarłem do strażnika, który był po mojej stronie zwróciłem się do niego.

-Zbierz paru strażników i rozkazuję by Ottavio został w swoich komnatach dopóki nie zostanie osądzony przez Lordów. -powiedziałem kierując się z nim do salonu.

-Dobrze książę -kiwnął głową i ruszył w stronę głównego holu.

-Odwołaj każdą egzekucję, spotkania i wszystkie mało ważne rzeczy- zwróciłem się do prawej ręki ojca.

-Ale...-Mercolio zamilkł na moje spojrzenie -Jak Pan każe.

Mężczyzna ukłonił się i ruszył w kierunku biura ojca.

Wszedłem do salonu i usiadłem na skórzanej kanapie. Wziąłem ze stolika swoją książkę i zacząłem ją czytać. Chwila spokoju, tylko tyle potrzebowałem.

SIVE

Popatrzyłem na mężczyznę z pogardą.
Miał wszystko czego ktoś może chcieć. Rodzinę, władzę, pieniądze...Ale chciał więcej. Nie wystarczało mu to co miał. Jak obłąkany dążył do zdobycia czegoś co już miał. Stracił przez to wszystko. Rodzina o nienawidziła. Stracił szacunek innych, traci władzę, której tak pragnie. Przez swoje egoistyczne zachcianki stał się nikim. Tyranem, który myśli że siłą może wszystko osiągnąć.

-Jesteś żałosny... -powiedziałem. Czerwone tęczówki spojrzały na mnie z niezrozumieniem. Już nawet przestał reagować na moje słowa. -Jak to jest stracić wszystko?

-Ja nic nie stracę -warknął.

-Już straciłeś -odparłem i wyszedłem z jego pokoju. Gdybym został tam dużej mógłbym mu zrobić krzywdę.
Ruszyłem powoli korytarzami, nie wiedząc do końca gdzie mam iść. Zachciało mi się błądzić po zamku...

-Ej Chris!  Patrz, idzie księżniczka Hiski - przede mną stanęli dwaj bliźniacy. -Jak tam piękna sprawa z Ottaviem? 

-Zamknij się. Jeszcze spyta się o Hi...

-Gdzie on jest? 

-I po co nam to było? Eh. Hisek gdzieś polazł, a strażnicy zaczęli wykonywać jego rozkazy.

-Czy wy jesteście mądrzy?! On jest teraz podatny na atak, a przypominam, że nie nie brakuje osób chcących jego śmierci! -wrzeszczałem na wyższych ode mnie chłopaków. Jednak furia w moich oczach sprawiła, że ci wyglądali jak przerażone dzieci.

-Jak poszliśmy za nim pochlastał nas ogniem!- powiedział Dorin. 

-Ostatnio był w salonie! -dopowiedział Chris.

-Ostatnio -sarknąłem i odwróciłem się by pójść, gdy przypomniał mi się jeden szczegół -Gdzie jest ten pieprzony salon?!

-W drugim skrzydle od głównego holu. Teraz jesteśmy w skrzydle pokoi więc musisz iść na dół i na prawo - wytłumaczyli. Złorzecząc na rozmieszczenie pokoi w zamku ruszyłem w odpowiednią stronę.

*

Widząc śpiącą na kanapie postać trochę się uspokoiłem. Podszedłem bliżej i spojrzałem na bladego różowowłosego. Znad kołnierza koszuli widać było ślady palców  jego ojca. Westchnąłem i wziąłem książkę, którą chłopak miał w ręce. Odłożyłem ją na stół. Następnie usiadłem w fotelu i wziąłem pierwszą lepszą książkę z regału. Ku mojej rozpaczy było to coś o historii, etykiecie, prawach i tym podobnych sprawach. 

-Szukałam cię braciszku -usłyszałem Corin która właśnie weszła do pokoju. 

-Chciałaś coś Corin? 

-Sprawdzić czy żyjesz po rozmowie z królem.

-Jak widzisz mam się świetnie -mruknąłem pobieżnie czytając pierwsze strony tej jakże ciekawej lektury.

-Alahis naprawdę docenia to co dla niego robisz - oparła się o oparcie fotela na którym siedziałem. -To jest naprawdę słodkie...

-Słodkie są kotki, czekolada, Hisa, ale nie ja -powiedziałem i zamknąłem książkę -Nie dam rady zabierz to i spal. Polej wodą święconą i odpraw egzorcyzmy.

-Więc wyobraź sobie, że Hisek musiał to czytać w dzieciństwie -powiedziała krzywiąc się na książkę. -Prawie wszyscy ludzie myślą, że dzieciaki z królewskich rodzin mają łatwo...A te prawa, etykiety,zasady nie są potrzebne do życia. 

-Gdyby to ładnie opisać. Pod względem logicznym i gramatycznym poprawić...Nie, wciąż jestem za spaleniem. -skrzywiłem się i rzuciłem książką przez cały pokój. Gdy książka wyleciała na korytarz usłyszeliśmy głośne "AŁ!" -Cor to żyje!

-Za co?- wszedł smutny Asher. -Książką w biednego człowieka.

-To nie książka. To nieprzewidywalny morderca pragnący zguby ludu -odparłem i spojrzałem na wiercącą się postać na kanapie -Ash obudziłeś go.

-Bo niby wiedziałem, że Hisek tu śpi - mruknął i podszedł do różowowłosego który przetarł oczy. 

-Która godzina? - spytał przykrywają się po uczy kocem.

-Twoja ostatniaaa -zanuciłem przesuwając Corin tak by przeglądać książki.

-Jesteś okropny -oznajmiła dziewczyna zajmując drugi fotel.

-Ja tu szukam książki dla ciebie, ale nie ma żadnej w stylu "Kobietą być" -odparłem chwilę później jej szczupła osoba goniła mnie po pokoju. I dzięki pomocy Asher'a, który podstawił mi nogę złapała mnie. Uderzyłem boleśnie w podłogę i postanowiłem się nie ruszać.

-Żyjesz? -dobiegł mnie głos z kanapy. 

Spojrzałem kątem oka na chłopaka owiniętego kocem i patrzącego na mnie z troską. 

 -Nie. Masz niewygodną i cholernie twardą podłogę.

-A ty taki delikatny -zakpił Asher. Nad nim pojawiła się burzowa chmurka z piorunami. 

-Wykapany tatuś -mruknęła dziewczyna. Usiadłem obok Hisy i spojrzałem na nich obrażony.

-Delikatny, też coś -fuknąłem na niebieskowłosego.

-Chodziło mi o tą chmurę burzową -zaśmiała się dziewczyna. -Ty i delikatny. Proszę cię...

-Mam do niej sentyment -odparłem i spojrzałem na czerwonookiego. -Powinieneś odpoczywać, a nie iść połowę zamku by dotrzeć do salonu.

-Ale tu jest wygodniej. Mam cieplutki koc i kominek. No i dużo książek - powiedział.

-Mam przynajmniej dwie, które trzeba spalić dla dobra wszystkich -odparłem krzywiąc się. -Możemy zrobić ognisko po twojej koronacji.

-Spalmy cały zamek najlepiej - powiedział.

-Nie kuś -powiedziałem. 

-Mówię serio. Nie musiałbym być królem.

-Fiamma musi mieć władce -stwierdziłem łagodnie -Dasz sobie radę. Będziesz świetnym władcą Alahis'ie.

-Większa połowa ludzi będzie się buntować po mojej koronacji. Nadal ślepo będą iść za ojcem.

-Dlatego trzeba ich podejść -odparłem z uśmiechem -I nie zapominaj, że to ty masz po swojej stronie Sempre, Toxic Mask oraz Rêver. Zawsze można kogoś...

-Sive -warknęła moja siostra. 

-Z kimś przedyskutować swoje poglądy -zmieniłem konstrukcje zdania widząc wzrok dziewczyny. Potrafiła być przerażająca. Takie jedno chłodne spojrzenie mogło zdziałać cuda.

-Dzięki - uśmiechnął się pudrowowłosy.

-Nie ma za co słońce -powiedziałem odpowiadając na uśmiech. -Kiedy chcesz mieć ponowną  koronację?


-Jak najszybciej. Może być nawet w tym tygodniu - powiedział. -Nie chcę by ojciec nadal miał jakąkolwiek władzę w Fiammie.

-Już jej nie ma -odpowiedziałem rozpierając się na sofie z szerokim uśmiechem -Mam na większość z nich takie sprawy, które nie powinny się  ujrzeć światła. Wystarczyło o tym wspomnieć i już widzą we mnie Boga.

-Księżniczka w boginie się zmieniła! - zaśmiał się niebieskowłosy. 

-Jeszcze słowo, a twoje ciało wyląduje dwa metry pod ziemią w moim ogródku -warknąłem.

-To ty masz gdzieś ogródek? Hisia trafiłeś na gospodynię! - zaczął się głośniej śmiać i schował się za księciem. Wstałem sprawiając przy okazji, że chłopaka zaczęły razić małe wyładowania elektryczne. Ruszyłem do wyjścia z salonu.

-Miłej zabawy -sarknąłem do podskakującego niebieskowłosego.

ALAHIS

-Jesteś powalony, że z nim zadzierasz - mruknąłem patrząc na podskakującego chłopaka.

Corin chichocząc wyszła za bratem. Zostałem ja i Asher w salonie. Zebrałem energię między chmurką i zamknąłem ją w kopule. 

-Dziękuję! - niebieskowłosy ze zmęczonym wyrazem twarzy usiadł na podłodze. 

Złapałem się za ranę. Zaczęła mnie cała piec. Zniszczyłem chmurkę i poczułem się jeszcze gorzej. Nie powinienem się tak przemęczać. Nawet jeśli chodzi o moją energię.

-Dobrze się czujesz Hisa? - spytał.

-Jest dobrze - mruknąłem wstając i idąc do drzwi. Powinienem sprawdzić czy rana się nie otworzyła.

-Słaby z ciebie kłamca aktualnie -stwierdził idąc za mną. 

Westchnąłem zrezygnowany.

-Nie chcę nikogo martwić - powiedziałem schodząc po schodach do holu. 

-I tak się będziemy martwić Hisa -odparł Asher patrząc na mnie z troską i niepokojem w oczach.

-Czemu? 

-Bo to robią osoby, którym na tobie zależy. Troszczą się, martwią, kochają... 

Nikogo już nie było w moim pokoju oprócz wilczycy. Wszedłem do łazienki i ściągnąłem koszulę. Skrzywiłem się widząc fioletowe ślady na mojej skórze i prawie cały zabandażowany brzuch. 

-Ashi?

-Tak? - wychylił się z pokoju.

-Możesz mi pomóc? Nie dam rady... 

-Ręce w górę -rozkazał podchodząc do mnie. Poczułem jego chłodne place rozplątujące bandaż. Następnie wziął świeży i owinął mi nim na nowo brzuch.

Wysłałem mu dziękujący uśmiech. Poszliśmy z powrotem do pokoju. Usiałem na łóżku, a chłopak na fotelu obok.

-Jak tam Antoni? - spytałem. 

-Szybko łapie. Wyznaczył sobie cele i do nich dąży -odparł z uśmiechem.

-Nie o to mi chodziło Ashi. Jak tam wasze relacje? - uśmiechnąłem się. Niebieskowłosy spojrzał na mnie z niezrozumieniem.

-Emm przyjazne?

Spojrzałem na niego jak na idiotę.

-Bo ja niby jestem ślepy i nie widzę jak się na niego gapisz. -na twarzy niebieskowłosego pojawił się lekki rumieniec. Spojrzał na mnie speszony.

-Między nami jest 6-7lat różnicy Hisa -odparł.

-I co z tego! Wyglądacie razem słodko.

-To nie ma znaczenia...-usłyszeliśmy wesoły krzyk, otwieranie drzwi, kobiecy pisk należący chyba do Elizabeth i szybki kroki, a następnie głośny śmiech. Wyszliśmy z pokoju razem z niebieskowłosy. 
Na końcu korytarza stał Sive zasłaniający oczy Antoniemu i sam wstrząsany powstrzymywanym śmiechem.

-PUKA SIĘ!!! - wrzasnęła Elizabeth i zatrzasnęła drzwi.

Spojrzałem się na dziwnowłosego.

-Mogę prosić o wyjaśnienia?

-No bo...Anti... - zaczął tłumaczyć, ale przez śmiech ledwo wydusił z siebie parę słów. -Wygłupialiśmy się...no i Anti wbiegł do...pokoju Ellie...

Spojrzałem na młodszego chłopaka. Stał nadal w tym samym miejscu co stał, otwierał i zamykał usta jak ryba na powierzchni.

-Ashi idź go pocieszyć. Biedak traumę przeżył - powiedziałem.

-SŁYSZAŁAM ALAHISIE!!! -tego Sivek nie wytrzymał. Wybuchnął głośnym śmiechem. Oparł się o wciąż lekko oszołomionego bruneta. Gdy się już jako tako uspokoił otarł łzy śmiechu i spojrzał na bruneta, następnie obejmując go i gładząc po głowie.

-Spokojnie mój drogi kiedyś musiałeś przeżyć ten horror -mruknął, a następnie szepnął mu coś jeszcze do ucha na co brązowooki zaczerwienił się i schował twarz w zagłębienie jego szyi.

-Zaraz poczuję się zazdrosny... - mruknąłem patrząc się na Siv'a, który przytula chłopaka. Dziwnowłosy spojrzał na mnie z seksownym uśmiechem i puścił oczko.

-Anti bądź mężczyzną i przynieś mi matczyną dumę robiąc to -usłyszałem. Wymieniłem pytające spojrzenie z Asher'em, ale najwyraźniej obaj nie wiedzieliśmy o co chodzi. Brunet odsunął się od niego z uśmiechem, a następnie pokiwał głową i odwrócił się w naszą stronę.

-Chce się z tobą przespać -oznajmił nastolatek ze słodkim uśmiechem. Pierw nie wiedziałem, do którego z nas mówi, ale widząc wzrok Siv'a utkwiony w oszołomionym Asher'ze zrozumiałem. On wiedział, pomyślałem.

-Mówiłem, że zaniemówi -szepnął do chłopaka i podszedł do mnie. Delikatnie mnie objął od tyłu.

-On zaraz padnie na zawał - zaśmiałem się, ale od razu skrzywiłem się.

Nie mogę się śmiać. Pomachałem Asherowi ręką przed oczami, a ten nawet nie mrugnął.

-Ashi? Mam wzywać lekarzy?

Niebieskowłosy nagle przycisnął do ściany zaskoczonego bruneta i wpił się w jego usta.

-Czuję się jak ojciec nastolatki -mruknął mi do ucha Siv, a następnie głośniej dodał -Asher opanuj hormony! I wynajmijcie sobie jakiś pokój. Chyba nie zniósłbym dobrze waszych jęków.

-Skoro nalegasz - mruknął niebieskowłosy i wepchnął bruneta do najbliższego pokoju.

-Fujka! To mój pokój!

-Zmieniłbym go na twoim miejscu -powiedział dziwnowłosy i zaczął mnie prowadzić z dala od mojej sypialni. Wprowadził mnie do jakiegoś pokoju, który pierwszy raz na oczy widziałem. Był to pewnie jakiś pokój gościnny. -Kładź się i odpocznij trochę. Nawet nie próbuj negocjować widziałem jak się krzywiłeś idąc.

-To zapewnij mi jakąś rozrywkę...Dobra źle to brzmi. Po prostu przynieś mi jakąś książkę czy coś - mruknąłem kładąc się.

SIVE

Zachichotałem na jego dobór słów.

-Oj zapewniłbym ci ją, gdybym nie sprawiło ci to bólu mon cher -mruknąłem rozglądając się po pomieszczeniu.

-Przełóżmy to na potem - uśmiechnął się. -A co do tego ogniska to serio dobry pomysł.

-Bo mój -odparłem i ściągnąłem biały materiał z czegoś co kształtem przypominało regał. Tona kurzu otoczyła mnie na co zacząłem kichać. Gdy już opadł spojrzałem na roześmianą twarz czerwonookiego -Odkurzanie też trzeba zrobić chyba, że to jakiś misterny plan zabicia innych.

-Nie zajmowałem się tym dotychczas - powiedział i przytulił się do poduszki. A ja wpadłem na genialny pomysł. Ruszyłem do łazienki i widząc wielką wannę uśmiechnąłem się.

-Rozbieraj się -oznajmiłem chłopakowi włączając wodę i napełniając nią wannę po brzegi. -Gorąca kąpiel przynosi ulgę takim obrażeniom.

-Bene la mia principessa** - słyszałem jego cichy śmiech. Zmrużyłem na niego oczy. Chłopak powoli z moją pomocą pozbył się ubrań i zanurzył się w wodzie. -Zdecydowanie polubiłem wodę...tą cieplusią rzecz jasna.

-Tylko się nie utop z tego szczęścia -powiedziałem patrząc jak chłopak zanurza się tak, że tylko czubek głowy był widoczny i oczy znad powierzchni.

-Nie jestem samobójcą skarbie - szepnął przyciągając moją osobę do swojego ciała. Szybko go powstrzymałem.

-Ale masochistą chyba jednak jesteś. -powiedziałem ściągając ubrania. Machnąłem by się przesunął i usiadłem za nim. Objąłem go i lekko gładziłem jego poznaczoną siniakami skórę.

-Kocham cię - mruknął niczym kot i oparł głowę o moją klatkę piersiową.

-Nie dziwie ci się mon cher. Jestem wspaniały...-odpowiedziałem.

-I skromny -dodał ze śmiechem.

-Tak. Jestem ideałem. I ląduje w ludzkich fantazjach już po pierwszym spotkaniu.

-Muszę powiedzieć ci coś smutnego... - zaczął całkiem poważnie przez co się wystraszyłem. -Nie byłeś w moich fantazjach po pierwszym spotkaniu.

-Bo ty jesteś wyjątkiem od reguły, za to w tej chwili twoje myśli są w pełni skupione na moich działaniach -mruknąłem mu do ucha dłonią gładząc jego udo.

Chłopaka przeszedł delikatny dreszcz i zaczął mruczeć jak kotek. Moje ręce błądziły po jego ciele w delikatnej pieszczocie. Hisa długo nie wytrzymał siedząc na miejscu i odwrócił się twarzą do mnie by wpić się w moje usta. Jedną ręką oparł się o wannę, a drugą wplątał w moje włosy.
Ocieraliśmy się o siebie spragnieni swojej bliskości, gdy nagle uslyszelismy pukanie do drzwi.

-Kurwa...- mruknal rozowowlosy. -Slucham?!

-Ksiaze. Lord Lorens de Odella przybyl i prosi o jak najszybsze spotkanie - uslyszelismy zza drzwi glos poslanca.

-Jesteś strasznie rozchwytywany -szepnąłem mu do ucha. Chłopak posłał mi spojrzenie mówiące bym lepiej się zamknął.

-Zaraz przyjdę! -krzyknął do posłańca. Wyszliśmy z ciepłej wody i wysuszyliśmy się, a następnie już ubrani wyszliśmy. Jeśli myśleliśmy, że będziemy sami to się pomyliliśmy. W pokoju stał mężczyzna o jasno brązowych włosach i ciemnych oczach. Za to przy drzwiach stał strażnik.

-Alahisie - mężczyzna skłonił się delikatnie.

-Wuju... Dobrze,  że zawitałeś  do Fiammy. Miałem do ciebie jechać, ale skoro przyjechałeś tu możemy porozmawiać.

-Właśnie po to tu jestem. -spojrzał się na mnie. -Sive Crispo. Urosłeś od tego czasu gdy cię widziałem.

-Nie chciałbym być nie miły, ale chyba się pan pomylił. Nie znamy się -zaprzeczyłem przyglądając się mu.

-Znałem twoich rodziców gdy byli jeszcze młodzi. 

Mężczyzna miał na oko czterdzieści lat. Na twarzy miał cały czas miły uśmiech. Nikt by nie podejrzewał, że tak promieniująca radością osoba mogłabby być spokrewniona z tyranem rządzącym Fiammą.

-Najwyraźniej każdy ich znał oprócz mnie -odparłem z lekkim skrzywieniem. Ciemnooki chciał chyba coś powiedzieć ale nie pozwoliłem mu dojść do słowa -Nie będę wam przeszkadzał.

-Zbieraj już książki na ognisko - odparł z uśmiechem chłopak i przyciągnął mnie do siebie by dać mi buziaka. -Sprawdź czy ojciec siedzi grzecznie w pokoju - szepnął mi do ucha.

-Po pierwsze...władasz ogniem. Po prostu to ciulni kulką ognia. Po drugie nie przemęczaj się, a po trzecie...nie mam pojęcia. Bayo! -powiedziałem i ruszyłem do drzwi. Spojrzałem na młodego strażnika. I zatrzymałem się. -BU!

Na dziwną minę chłopaka zachichotałem.

ALAHIS


-Twój chłopak? -spytał wujek z uśmiechem i przytulil mnie.

-Tak ale nie mow matce a szczegolnie ojcu. 

-Oczywiscie potworku. To moze przejdziemy do salonu i porozmawiamy?

-Zapraszam - ramie w ramie ruszylismy w kierunku salonu.

*

-Przekonasz rade by zlikwidowalaa Ottaviana z miejsca wladzcy. Mam na niego coraz wiecej papierow z czynami nie godnymi krola. Dochodzi do tego zamach na mnie juz drugi raz. Tylko teraz sam sie tym zajal.

-Ali najlepiej zwolaj cala rade i przedstaw im argumenty. Wtedy nie maja wyboru co do osadzenia.

-I tak zrobie, lecz jak narazie musze podbudowac sobie zdrowie wujku. Ledwo chodze, a co dopiero mam sie klucic z tymi wszystkimi lordami.

-Masz po swojej stronie mnostwo wpywajacych ludzi. Pamietaj ze masz mnie, Domenico Crispo i jego dzieci, Marcella. Wiele ludzi jeszcze ku sobie przekonasz.

-Oby. Bo jeśli on zostanie przy władzy to mogę już się pakować -powiedziałem mając na myśli swojego ojca. 

-przesadzasz Ali. Nie zrobił by tego.

-Chciał mnie zabić, a ty nie wierzysz że wykopał by mnie z królestwa? 

-Nie o to chodzi. On nie może cię wyrzucić z zamku gdyż masz prawo w nim przebywać jak całą rodzina królewska. Myślisz dlaczego twoja narzeczona jest w zamku. Będzie należeć do rodziny. Nawet jeśli byś z nią nie był lub zerwał zaręczyny to ma okna jakiś procent królestwa. 

Westchnąłem. Chyba naprawdę spalę te książki o prawach królewskich. Pogrążyliśmy się w przyjemnej ciszy. Została okna przerwana przez otwarcie drzwi prezes służącą. Miała okna tracę z dwiema filiżankami herbaty. Grzecznie nam je podała i wyszła.  Zaczęliśmy spokojną rozmowę o różnych sprawach. Najważniejszą była koronacja.

SIVE 

Machnąłem ręką odsyłając kulę ognia w stronę króla. Była to nasza osobista zabawa od dobrej godziny. Ja siedziałem pod ścianą czytając jedną z ksiąg wypełnionych po brzegi prawami. Ottavio za to siedział na łóżku i mordował mnie wzrokiem. Strażników odprawiłem by się nie musieli z nim męczyć.

-W tych książkach brakuje wspomnienia tylko o tym, że władca ma władze absolutną -skomentowałem sarkastycznie i znudzony monotonią stworzyłem ognistą panterę. Po chwili starła się ona w ataku z dużym wilkiem.

-Byłbyś lepszym władcą niż mój syn -oznajmił mężczyzna, gdy walka toczyła się w najlepsze. Posłałem mu niedowierzające spojrzenie, a ten wykrzywił wargi w niechętnym, krzywym uśmiechu.

-Bredzisz -odparłem po dłuższej chwili ciszy.

*

-...dam ci co będziesz chciał. Będziesz mógł robić co chcesz, bez podlegania pod prawo.

-Naprawdę myślisz, że zdołasz mnie przekupić? Że cię poprę po tym jak usilnie starałeś się o moją śmierć? -zapytałem mężczyznę. 

-Nie ja tylko Revess i generałowie. Dochodzą do tego ludzie którzy wiedzą o twoich żywiołach lub mają złe doświadczenie z Sempre - wytlumaczyl.

Jego wilk zlapal za szyje moja pantere.

-Moge dac bezpieczenstwo twojej rodzinie, bliskim, Alahisowi.

-Czemu niby Alahisowi?

-Slepy to ja jeszcze nie jestem. Wystarczy polaczyc fakty.

-I mam uwierzyć, że dotrzymasz słowa?

-Sa takie rzeczy jak umowy drogi Crispo. -moja pantera się rozpłynęła. Spojrzałem z namysłem na mężczyznę.

-Zostanie twoim sprzymierzeńcem nie było by trudne -oceniłem. Jego słowa były kuszące. Sprzedać swoje usługi za wolność i bezpieczeństwo bliskich -Muszę się zastanowić. Odpowiedź dostaniesz jutro...

-Nich będzie. Postaram się do tego czasu nie sprawiać problemów -powiedział wyraźnie zadowolony z przebiegu rozmowy. Pokiwałem głową i ruszyłem do drzwi. Przywołałem strażników, a następnie ruszyłem korytarzami. Pogrążając się w myślach.

-Sivveekk!- zza rogu wybiegla przestraszona Rou,

-Co sie stalo?

-Hisia! Cos sie stalo! Kaszlal krwia! - dziewczynka zaczela mnie ciagnac za reke w strone wyjscia z zamku.

-A wiesz czemu?

-Siedzial ze mna w ogrodku...



----------------
*tekst piosenki Birdy - Shelter (zmieniona osoba w tekście na potrzebę opowiadania)
**<wł.> dobrze, moja księżniczko

Obserwatorzy