środa, 15 czerwca 2016

Rozdział 20.

ALAHIS


Przepraszam mon prince.

Przez swoją głupotę straciłem cię.

Wierzę, że dasz sobie radę i może kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić...



Spojrzałem kolejny raz na list, który zostawił chłopak. Czułem nienawiść do samego siebie. To przez to jak się zachowałem ostatnio. Jestem idiotą.

-Przecież ja cię nie nienawidzę... - w moich oczach kolejny raz pojawiły się łzy i wtuliłem się w sierść wilczycy. -Kardie...On nie wróci tak prędko....

Zacząłem szlochać, choć doskonale słyszałem walenie do drzwi przez Mahiro. Odgoniłem myśli od irytującego dźwięku stukania w drewno i przymknąłem oczy kładąc się na łóżku z wilczycą.

*

Z symbolicznym berłem i złotym jabłkiem odwróciłem się do ludzi. Wszyscy wpatrywali się we mnie z radością i szacunkiem.

-Alahis Eraryk Fernese. Nowy władca Fiammy! -ogłosił stary biskup. Ludzie uklękli  geście poddania.

-Niech żyje król! Niech żyje król!

Westchnąłem. Minął tydzień od zniknięcia Siv'a, sprawę uciszyłem natychmiast nie chcąc słyszeć ciągłych komentarzy na jego temat. Maro znów chodził przygnębiony, chodź nie tak jak przy porwaniu chłopaka. Corin z ojcem też nie byli zbyt weseli z tego powodu.

-Alahisie... - usłyszałem wybudzający mnie z myśli głos mojego wuja.

Odłożyłem na odpowiednie miejsce przedmioty trzymane nadal w dłoniach. Miałem ochotę zaszyć się już w swojej komnacie i nie wychodzić z niej.  Jak Elsa!!! Spojrzałem błagającym wzrokiem na mężczyznę.

-Musisz przeżyć bal. Twoja matka napracowała się przy urządzeniu go - powiedział cicho. -Z resztą twoi przyjaciele i ty powinniście się wreszcie rozchmurzyć.

-Nie mam powodu do radości - powiedziałem smutno i wróciłem na swoje dawne miejsce.

Pora na przemowę. Wszyscy już powstali, a w ich oczach widziałem dziwną radość. Zmusiłem się do uśmiechu i zacząłem spokojnie mówić.

-...wiem, że teraz będzie całkiem inaczej. Każdy władca ma inne sposoby rządzenia, ale postaram się być tu dla was, słuchać was i żyć z wami. Koniec z niesłusznie oskarżonymi ludźmi. Koniec z skazywaniem na śmierć odmiennych.

Gdy skończyłem wybuchnęło poruszenie wśród ludzi. Nie było jednak one w żadnym procencie złe. Wszyscy zgadzali się z moimi słowami w co nie potrafiłem uwierzyć. Jednak nienawiść do odmiennych była jedynie u ludzi mojego ojca, a mieszkańcy Fiammy byli zastraszani...

-Piękna przemowa synu -dołączyła do mnie moja matka razem z wystrojoną, małą dziewczynką i Kiiarą. Pokiwałem głową. Wszyscy skierowaliśmy się do sali balowej.

*

Wpatrywałem się w tańczące pary, uśmiechnięte twarze zakochanych, biegające między dorosłymi dzieci. Wszyscy byli szczęśliwi, a ja miałem ochotę zamknąć się w pokoju i to wszystko zignorować. Chciałem by Sive wrócił.
Moje myśli przez cały tydzień jakoś wracały do jego osoby. Gdzie jest, co  robi... Jak się czuje? Czy dopuścił kogoś do siebie? Niby było to tylko siedem dni, ale tyle mogło się zmienić w ciągu tego czasu. Najgorsza myśl to była ta o chłopaku, który zapomni o mnie, o nas...

-Ty i Maro przyprawiacie mnie o depresje. -powiedział Mahiro siadając obok mnie.

-Nie miałeś nigdy osoby którą kochałeś, a ona uciekła bóg wie gdzie i możliwe, że nie zobaczysz jej przez długi czas? -spytałem biorąc kolejny kieliszek wina.

-Przykro mi, ale nie miałem. -odpowiedział przyglądając mi się z troską. Dalszą część przyjęcia siedzieliśmy w ciszy. Każdy pogrążony we własnych rozmyślaniach.

*

Siedziałem w swoim gabinecie uzupełniając dokumenty, gdy usłyszałem pukanie, a następnie do pomieszczenia wszedł uśmiechnięty blondyn. Podszedł do mnie i podał mi błękitną kopertę.

-Romeo najwyraźniej o tobie nie zapomniał.

-Sive? - spojrzałem zaskoczony na mężczyznę i otworzyłem szybko list.

Mon prince,
Teraz już chyba nie za bardzo "prince" hm?
Chciałbym ci pogratulować przejęcia korony. Będziesz wspaniałym władcą. Pamiętaj tylko by wszystko co będziesz robić było przemyślane i prosto z serca. Pokaż im, że nie trzeba trzymać ludzi żelazną ręką by byli posłuszni.
Postanowiłem ci wysłać ten list, właściwie nie wiem dlaczego... Chyba tęsknie.
W kopercie znajdziesz mały upominek. 

Na zawsze twój S.C


Z koperty wypadł na stół srebrny pierścień z pięknymi, czarnymi zdobieniami.


Założyłem go na serdeczny palec, a jego czarne zdobienia zabłysnęły szkarłatem.

-Wiemy przynajmniej, że nie jest na jakimś pustkowiu skoro prezenty ci wysyła. A propos gdzie coś dla mnie? 

-Módl się by nie zesłał chmurki burzowej - powiedziałem przypominając sobie najlepszy sposób na rozweselenie białowłosego. -Wiesz do czego służy ten pierścień? Czy ma za zadanie migać mi czerwienią?

Mahiro zaśmiał się i pokręcił głową.

-Nie mam pojęcia.

Z lekkim uśmiechem wróciłem do dokumentów. Ten krótki list poprawił mi lekko humor.
Po zakończeniu w jakimś stopniu papierkowej roboty i obiedzie z bliskimi, za namową Mahiro opuściłem zamek i udałem się z nim w miasto. Czując na sobie wzrok każdego chciałem jednak zrezygnować z przechadzki. W dodatku nakaz matki o nie zdejmowaniu korony i szaty...Wrr...

-Może pójdziemy do fryzjera? Królowi jednak nie wypada chodzić z różowymi włosami.

-Czy ja wiem? Przyzwyczaiłem się do nich - powiedziałem spoglądając na swoje odbicie w oknach. -Choć chyba masz racje.

Po wejściu do jednego z salonów fryzjerskich zostałem od razu posadzony na fotelu. Żeby było zabawniej nie ja wybrałem kolorystykę, a brunetka tu pracująca i mój drogi Mahiro. Koniec końców moje włosy miały prawie białą barwę, a niektóre kosmyki miały płomienne przebarwienia.



-Pięknie! - szczerzył się złotooki. -Roxi już cię lubię!

Dziewczyna zaśmiała się podając mi z powrotem czarno-srebrną koronę. Założyłem na ramiona moją cieplejszą pelerynę i zapłaciłem za wszystko.

-Dziękuję. Do widzenia - odpowiedziałem grzecznie.

-Do widzenia.

 Weszliśmy jeszcze do paru sklepów ze względu na blondyna, który bredził coś o artystycznej duszy i mojej szafie. Wreszcie udało mi się namówić go na przerwę i zaciągnąć do kawiarenki. Była to ta sama, którą wybrał Sive po moim wybuchu.

Złożyliśmy zamówienia i czekaliśmy na nie w ciszy. Spojrzałem przez okno. Zima zaczynała się kończyć co nie było wcale dziwne w Fiammie. Łagodne, krótkie zimy. Ciepłe, długie lata. Przez ulicę przebiegły jakieś dzieci na co skojarzyły mi się z Rou.

Powinienem więcej spędzać z nią czasu. Przez te wszystkie problemy zapomniałem o moim słoneczku.

Gdy kelner przyniósł nam po kawie i kawałku ciasta uśmiechnąłem się delikatnie. Czekoladowo-karmelowe, takie jakie lubił Sive.

-Nigdy nie jadłeś tyle czekolady.

-Ale to nie znaczy, że jej nie lubię. -szczególnie, że spędzając czas z Sive człowiek się od niej mógł uzależnić. Ten chłopak przecież ją uwielbiał.
Jedliśmy prowadząc luźną rozmowę. Złotooki wydawał się dzisiaj taki radosny, co po jakimś czasie zaczęło i mi się udzielać.
Gdy wróciliśmy do zamku postanowiłem porozmawiać troszkę granatowowłosą. Wchodząc do jej pokoju zauważyłem Kiiarę czeszącą moją małą królewnę.

-Witajcie moje księżniczki - uśmiechnąłem się.

Włoski Rou teraz opadały jej ładnie na ramiona, także wzrostem już poszła w górę. Moja siostra za to zmieniła całkiem kolor włosów na swój srebrzystobiały z ciemniejszymi końcówkami. Miała na sobie piękną błękitną suknie zdobioną srebrną nicią.

-Jak tam braciszku królowanie? - spytała.

-Zbyt dużo obowiązków, za mało czasu - powiedziałem. Dziewczyna zaśmiała się. Cieszyłem się, że Rou przekonała się do paru osób. Choć odzywała się wciąż tylko do mnie. Swoje milczenie przerwała tylko przy Sivie parę razy.
Usiadłem obok nich na łóżku.

-Co powiecie na mały piknik?

-I herbatkę? - spytała się Kiiara wskazując na mnóstwo lalek i misiów na półkach.

-Czemu nie. Herbatka piknikowa dla księżniczek i króla.

Wziąłem wesołą dziewczynkę na ręce, a moja siostra wzięła wskazane przez granatowowłosą pluszaki.

Usiedliśmy na dużym kocu w ogrodzie. Służąca przyniosła nam po jakimś czasie koszyk pełen smakołyków. Resztę dnia spędziłem właśnie z dziewczynami. Na nasz piknik przybył jeszcze Mahiro. Dopiero wieczorem, gdy zaczęło się ściemniać wróciliśmy do zamku.
Zaniosłem do pokoiku śpiącą mi na rękach Rou i położyłem ją spać. Przed wyjściem jeszcze dałem jej buziaka w czółko i wyszedłem.

W nocy obudziłem się głodny więc niczym się nie przejmując ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie kanapki i herbatę. Gdy brałem łyk ciepłego napoju stało się coś niezwykłego. Pierścień znowu zabłysł, a napój w kubku zamarzł. Machałem naczyniem starając się upewnić, że nie mam schizy. 

-Nie przypominam sobie bym potrafił zamrażać herbatkę - mruknąłem nadal przyglądając się napojowi. Skierowałem swoją energię na kubek, aż herbata wreszcie wróciła do płynnej formy. -Czyżby ten pierścień to spowodował?

*

Następne dni mijały mi na ogarnianiu obowiązków władcy, zajmowaniem się małą oraz szukaniu informacji o pierścieniu. Moje myśli już nie skupiały się tak często na Sive przez nawał obowiązków.
Moje dnie były na tyle męczące, że nie miałem na to czasu.
Gdyby nie odwiedziny członków Sempre, nie miałbym pojęcia co się u nich dzieje. Tęskniłem za czasem wolnym, gdy mogłem spokojnie uciekać do nich, wypełniać zlecenia. Teraz jedynie była praca, zajmowanie się Rou i chwila spokoju w bibliotece.

...W starych plemionach wierzono, że w czasie wręczania sobie przy ślubach miłości biżuterii, osoby te mogły wpleść w nie swój żywioł przez co ich ukochany mógł korzystać z ich mocy...

-No Sivek...Chyba nie myślisz o tym, że to pierścionek zaręczynowy?

Skoro mogły wpleść w ten pierścień swój żywioł, a Sive ma wszystkie żywioły...To znaczy, że mogę ich wszystkich używać?!
Resztę dnia spędziłem na próbie użycia innego żywiołu niż ogień i lód. Niestety oprócz wycięczenia przez nadmierne skupienie nic się nie stało. No może troszkę zamroziłem parę rzeczy, ale cóż...

-Asiiii! - usłyszałem wołanie mej kochanej siostrzyczki, która postanowiła się tu wprowadzić.

-Co chcesz? - spytałem leżąc na łóżku i czytając książkę o żywiołach.

-Jakiś tam chłopak czeka przy bramie zamku i mówi, że musi z tobą porozmawiać.

-Kto?

-A bo ja wiem miał blond włosy i bursztynowe oczy. Wyglądał dość młodo.

Ubrałem na głowę już z przyzwyczajenia koronę i zarzuciłem na siebie czarną pelerynę. Ruszyłem z siostrą u boku do wskazanego miejsca.
Zauważyłem tam stojącego Paul'a. Chłopaka poznanego w królestwie wody.

-Witaj, co cię tu sprowadza? -przywitałem go z uśmiechem.

-Przybyłem tu dotrzymując danego ci słowa - powiedział ukazując spod peleryny odznakę strażnika żywiołu.

Uśmiechnąłem się.

-Musiałeś się nieźle napracować, skoro zdobyłeś ją w tak młodym wieku - powiedziałem do niego. -Nadal chcesz zostać strażnikiem w moim królestwie?

-Tak. W końcu potrzebujesz dobrej ochrony, mój panie. -odpowiedział z uśmiechem.

Marzenia...Trzymał się przez te wszystkie miesiące tego jednego marzenia, aż tu przybył. Z odznaką i prośbą o przyjęcie. 
Zawołałem jednego ze strażników i kazałem mu przyprowadzić dowódcę straży. Gdy wyjaśniłem mu sytuację mężczyzna uśmiechnął się i powiedział, że zajmie się Paul'em.

-Dziękuję, panie - ukłonił się chłopak.

-Bez 'panie'. Wystarczy Alahis - rozkopałem mu blond włosy otulając się mocniej peleryną. -Wracajmy do zamku. Chłodno się robi.

*

-Maroooo masz z nim jakiś kontakt? -zapytałem zielonookiego, który przyglądał mi się chwilę w ciszy.

-Jesteśmy połączeni, to jasne że mam z nim kontakt. Ale w ten miesiąc nauczył się jak "zagłuszać" miejsce swojego pobytu. Dostaję tylko coś jakby informację, że żyje i nie trzeba interweniować. -odpowiedział wreszcie.

-Nie potrafisz się do niego przenieść czy coś?

-Jaki w tym będzie sens skoro on chce samotności? -odparł pytaniem na pytanie. Skrzywiłem się. -Nie wiem czemu, ale jestem prawie pewien, że on nie zatrzymał się w jednym miejscu. Czuję jego emocję. Zagubienie, czasami strach. Według mnie on potrzebuje tej samotności.

-Ale ja go potrzebuję. Nikt nie chce samotności. Samotność wyniszcza ludzi, daje różne głupie myśli, które wypalają nas, pokazują się wtedy najgorsze wspomnienia o których chcieliśmy zapomnieć. On powinien być tu. Gdzie jego dom, przyjaciele i rodzina.

-Spodziewaj się go za trzy tygodnie. -powiedział łagodnym tonem.

Ulżyło mi na krótszy termin niż się mogłem spodziewać. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Maro pomagał mi zrozumieć pierścień jako, że Mahiro nie dał sobie z tym rady. Razem z nim powoli jakoś szło mi odkrywanie możliwości prezentu. Korzystanie z niego było na dłuższą metę męczące.

-To co chcesz dziś mały trening z mocy? - spytał się na co kiwnąłem głową.

-Przyda mi się.

SIVE

Wpatrywałem się w kobietę ze znużeniem. Jej rady były przydatne lecz zawsze zaczynały się od długiej historii i dopiero na końcu była jakaś puenta. Odchyliłem się tak by wpatrywać się w nocne niebo. Księżyc w pełni i czyste, bezchmurne niebo pełne malutkich, świetlistych punktów.

-Czy ty mnie słuchasz bezczelny młodzieńcze? -zapytała kobieta. Wróciłem spojrzeniem do niej. Ta westchnęła i podała mi kubek z herbatą ziołową, która pomagała odpędzić koszmary. Dziecinne, ale działało.  Staruszka była mądrą kobietą, która mieszkała na granicy miasta wody i lasu, za którym było Vortice.  Jej wiedza była obszerna i nieograniczona zakazami władców.

-Przepraszam, ja o prostu... -nie dokończyłem nie wiedząc jak zakończyć to zdanie. Czułem się lekko rozdarty. Tęskniłem za bliskimi, czułem złość na siebie, że nawaliłem, zagubienie i niepewność. Nie raz po prostu się bałem. Ta obroża przypominała mi najgorszy okres jaki przeżyłem. Bez żywiołu czułem się pusty w środku, jakby czegoś mi brakowało.

-Rozumiem. Może jestem stara, ale nie ślepa. Potrzebujesz oczyszczenia duchowego mój młody towarzyszu. -spojrzałem na nią z niezrozumieniem -Coś ci ciąży na umyśle i duszy. Nie daje ci spokoju. Dręczy. Siedzenie tu ci nie pomoże. Wyciszysz się i opanujesz, ale to wciąż tam będzie.

-Mówisz jakbym miał w sobie potworka. -mruknąłem i ku mojemu zdziwieniu staruszka pokiwała głową.

-Wyślę cię w drogę. Na jej końcu powinieneś znaleźć ukojenie.

*

-Wprawdzie jest pani najmądrzejszą osobą jaką znam, ale żeby miotłą mnie wyganiać?!

Kobieta spojrzała się na mnie surowym wzrokiem.

-Skoro jesteś tak uparty, to jak mam ci przemówić do rozumu? Tu masz potrzebne rzeczy i rusz się wreszcie w drogę - popchnęła mnie delikatnie w stronę drzwi i wcisnęła mi w ręce torbę.
Przewróciłem oczami i założyłem torbę na ramię.

-Kiedyś jeszcze nawiedzę to miejsce. –powiedziałem z uśmiechem, na który kobieta odpowiedziała.

-W to nie wątpię młodzieńcze, a teraz SIO! - wyszedłem z domku. -Myślę, że następnym razem przyjedziesz ze swoim królewiczem! - pomachała mi i zniknęła.

Podszedłem do mojej klaczy, która zarżała radośnie podbiegając do mnie. Podrapałem ją za uszami, a potem wskoczyłem na jej grzbiet. Spojrzałem szybko na mapę daną mi przez kobietę i schowałem ją.

*

Drzewo. Wysoki krzak. Drzewo. Jakieś zwierze. O! Ludzie nie wierze kolejne drzewo. Westchnąłem na monotonie krajobrazu.Według wskazówek staruszki gdzieś w tej zieleni miało zamieszkiwać jakieś plemię, które odcięło się od władzy i żyło na własny rachunek. Ich zasady, obyczaje, kultura wszystko było takie samo od pokoleń.
Ciekawe jakie nastawienie mają do obcych.

Poczułem obecność Maro w swoim umyśle co całkowicie zignorowałem koncentrując się na urokliwym lesie. Niech sobie popodziwia widoki, pomyślałem z rozbawieniem.

Chwilę jeszcze jechałem gdy nagle w moją stronę pomknęła strzała. Dzięki szybkiemu schyleniu głowy, strzała wbiła się w drzewo za mną. Czyli dotarłem do tego plemienia? -pomyślałem i zeskoczyłem z klaczy.

-Ja tu przybyłem pokojowo! -krzyknąłem nie wiedząc gdzie mogą się znajdować moi oprawcy. Nie mniej jednak atak się nie powtórzył, a chwilę później między z drzewa kawałek dalej zeskoczyły dwie osoby.

-W takim razie po co tu jesteś? -zapytała kobieta mierząc do mnie z łuku. Przyjrzałem się im z zainteresowaniem. Ich ciała były w większej części odkryte przez co mogłem zobaczyć niezwykłe tatuaże mieniące się dość widocznie żywiołami. Ich stroje były wykonane tak by ułatwić im ruchy. Kobieta miała z pozoru sukienkę, ale po przyjrzeniu się zauważyłem rozcięcia po bokach ukazujące przylegające, krótkie spodenki.

-Przysłała mnie Irian'a Asver. -powiedziałem i zobaczyłem ich wymianę spojrzeń.

-Kolejny? Znów? Ta kobieta na zbyt dużo sobie pozwala - odpowiedział jej towarzysz.

Chłopak mógł być trochę starszy ode mnie. Miał niezwykłe, złote oczy z ciemną obwódką. Jego włosy miały odcień mlecznej czekolady, a końcówki bursztynu. Tak jak kobieta miał zawiłe wzory mieniące się żywiołami na rękach i kawałku szyi. Jedyne co go odróżniało od kobiety, że miał miecz oraz srebrną opaskę na czoło, która wyglądała jak jakaś starożytna korona. Wyglądem przypominała chudziutki wianek z drobnych, srebrnych kwiatuszków.

-W tym muszę się z wami zgodzić. -mruknąłem. Pogładziłem bok swojej klaczy. -Więc... mam dostać jakąś życiową radę? Miotłą po twarzy? Czy wykrwawić się w lesie i ruszyć dalej?

-To już się zobaczy. Jak się nazywasz? -ruchem ręki złotooki nakazał iść za sobą.

-Sive Crispo.

-Moja towarzyszka to Enalli. Ja jestem Mahado, syn przywódcy plemienia.

-Miło mi. 

*

Nie spodziewałem się tego, ale mieszkańcy plemienia mieszkali w odbudowanych, starych ruinach jakiegoś ogromnego zamku. Mahado zaprowadził mnie do sali gdzie znajdował się jego ojciec z jakimiś starszymi ludźmi. Wszyscy mieli te dziwne tatuaże i lekkie szaty.

-Ojcze to... -chłopakowi w zdaniu przerwał także złotooki mężczyzna.

-Ma język. Niech on mówi.

-Sive Crispo. -przedstawiłem się przyglądając mężczyźnie. Ci ludzie mnie ciekawili byli dość intrygujący i coraz bardziej chciałem poznać ich kulturę.
 Siwiejący mężczyzna przyjrzał mi się uważnie jakby oceniając i poznając. Jego przeszywający wzrok zdawał się mnie prześwietlać.

-Czego od nas pragniesz? Bo wątpię by Irian'a przysłała cię to z byle powodu.

-Oczyszczenie duszy? Chyba o to chodziło. Mam się pozbyć swoich demonów i uspokoić wewnętrznego potworka. -powiedziałem z prostotą.

-Masz w sobie duży potencjał, ale powinieneś pomyśleć nad tym czy chcesz tego. Mój syn mógłby cię wszystkie nauczyć o nas, o naszej kulturze, magii, ale czy poświęcisz te parę miesięcy? Widzę w twoim sercu tęsknotę do osoby ci bliskiej. Jeśli masz być skupiony na treningach albo go tu sprowadź, albo zapomnij.

-Po pierwsze moja magia jest zablokowana. Po drugie nie mogę go tu sprowadzić... nie teraz. Po trzecie nie sądzę bym mógł tu tyle czasu zostać. Przykro mi.

-Na naszej ziemi czas inaczej płynie niż u was - powiedział syn mężczyzny. -U was godzina u nas cały dzień.

Poczułem na sobie wzrok mężczyzny i uczucie delikatnego chłodu na skórze.

-Nawet jeśli Alahis jest królem, to może tu przybyć. Może nawet on się czegoś nauczy -powiedział, a mnie zdziwiło skąd wiedział o Hisie. -Pokazałeś mi to w myślach. Nie kontrolujesz swojej mocy, na co jesteś podatny na 'atak duszy'.

-Jesteś przerażający... -mruknąłem, a mężczyzna posłał mi rozbawione spojrzenie.

-Otella zaprowadzi cię do komnaty gościnnej. Dostaniesz także pergamin i atrament by napisać do niego. Nie opisuj drogi, jastrząb którym wyślesz list poprowadzi go tu. Jeśli się na to zdecydujesz, od jutra Mahado może cię uczyć.

 -Dziękuję? -lekko skonsternowany ruszyłem za niską kobietą.

Mój pokój znajdował się ku mojemu lekkiemu rozbawieniu w wieży. Jasne pastelowe barwy ścian, meble z ciemnego drewna. Z okna widziałem las i znajdujące się w oddali jezioro.
Aktualnie siedziałem na parapecie okna i rozmyślałem jaką decyzję podjąć.

Byłem ogromnie ciekawy ich, ale nie chciałem sprowadzać tu Hise. Martwiłem się o niego i nie chciałem by coś mu się stało. Droga była dość długa, a Alahis jako król mógłby zostać zaatakowany.
W tym wypadku zostało mi chyba tylko odsunięcie od siebie uczuć i tak jak powiedział mężczyzna... zapomnieć.

Przymknąłem oczy opierając się o framugę okna. Nie chciałem narażać chłopaka na niebezpieczeństwo i nie mogłem zapomnieć, że miał on teraz większe zobowiązania, jego poddani na niego liczyli. Nie mogłem od tak poprosić go by rzucił wszystko i przybył. Ale wiedziałem, że zapomnienie o nim nie będzie łatwe.

-Nie powinieneś zapominać o kimś kogo kochasz -obok mnie znikąd pojawił się Mahado. -Ja bym na twoim miejscu poczekał po prostu z tym treningiem. A jak bardzo ci zależy na nauce powiem ci jak uwolnić moc, pozbyć się tych twoich potworków, po prostu w skrócie i sam będziesz trenował, ale w kraju od Alahis'a.

-Przestaniecie mi wchodzić do głowy? -zapytałem spoglądając na niego. Westchnąłem. -Zapomnienie ma być tymczasowe tak?  Chodzi po prostu bym nie mieszał uczuć w trening. Do Hisy nie wrócę przez jeszcze dłuższy czas bo oprócz was mam jeszcze nawiedzić trzy inne miejsca.







Rozdział 19

SIVE

Żeby było szybciej wziąłem dziewczynkę na ręce i pobiegłem. 
Gdy znaleźliśmy się w ogrodzie zobaczyłem różowowłosego na kolana, a nad nim pochylał się jego wuj. 

-MIAŁEŚ ODPOCZYWAĆ DO CHOLERY! -warknąłem opuszczając dziewczynkę i klękając obok chłopaka. Był bledszy niż wcześniej jeśli to w ogóle możliwe. 

-Odpoczywałem...-jęknął.

-Chodząc przez połowę  zamczyska? Mamy chyba inne określenia na odpoczynek mon prince -oznajmiłem i przyjrzałem się mu badawczo -Coś cię boli? Bardziej niż przedtem?

-Brzuch? Płuca? -przekląłem.

-Wezwij Mahiro i niech weźmie Maro -powiedziałem biorąc go na ręce. Ruszyłem szybko do zamku, a za mną szedł jego wuj i Rou.

*

Położyłem go na łóżku i rozpiąłem jego koszulę, a następnie odwinąłem bandaż.

-Pod żadnym wypadkiem się teraz nie ruszaj, bo mogę coś zepsuć -mruknąłem przymykając oczy i kładąc dłoń na jego żebrach.

Z tej umiejętności korzystałem raz może dwa. Wyczerpywała mnie ona i była dość trudna. Dzięki swojej odmienności mogłem połączyć się z żywiołem Hisy i wraz z nim pomóc chłopakowi. Z tej umiejętności nauczyła mnie korzystać pewna staruszka o podobnym "darze" ostrzegała mnie jednak o konsekwencjach jego używania.

Poczułem chłodne kłucie w dłoniach.

ALAHIS


Chłodne ręce chłopaka delikatnie łaskotały mnie w brzuch. Gdy jego oczy zabłysnęły nie naturalnym blaskiem skrzywiłem się z ukłucia w płucach. Przez chwile widziałem moją ognistą aurę mieszającą się z jego niezwykłą.
Nagle kujący chłód zastąpiło ciepło, które nasilało się z każdą chwilą.
Wokół białowłosego zaczęły migać wszystkie żywioły. Nie miałem pojęcia co on robi, pierwszy raz spotykam się z czymś takim.

Gdy gorąco sprawiło, że miałem ochotę się odsunąć wszystko ustało. Ból zniknął i nie czułem go przy każdym oddechu. Miałem wrażenie jakbym odczuwał wszystkie obrażenia zza puchatej chmurki. Spojrzałem na Sive, który zachwiał się i poleciał w tył. Już miałem krzyknąć gdy podchwyciły go czyjeś ramiona. Patrzyłem jak Maro go podnosi, a ten wtula się w niego z westchnieniem.

-Co on zrobił? - spytałem patrząc się na półprzytomnego chłopaka. 

Rana nadal była, ale nie czułem tak mocno bólu, w prawdzie w ogóle go nie czułem.

-Sam go potem o to zapytaj -odparł mężczyzna. Położył go obok mnie i narzucił na niego kołdrę. Chłopak opatulił się nią szczelnie, a następnie przysunął się tak by się we mnie wtulić.

Objąłem go w pasie i także się przykryłem. 

-Odpocznijcie - powiedział srebrnowłosy i wyszedł z pokoju. Za nim wyszli mój wuj z Rou.

*

Obudziłem się pod wieczór, za to Sive wciąż spał w najlepsze. Jego spokojny oddech wypełniał cisze, która panowała w pokoju. Chłopak zaczął się wiercić, gdy zacząłem się wyplątywać z kołdry i ruszyłem do łazienki.

Wziąłem szybką kąpiel i wróciłem do pokoju. Na łóżku siedział już rozbudzony, ziewający chłopak. Wciąż był jednak w kokonie z kołdry.

-Głodny jestem -oznajmił z miną męczennika. 

Jak na wezwanie usłyszeliśmy pukanie. 

-Proszę - powiedziałem zapinając do końca koszule. 

Do pokoju weszła Anna z tacą pełną jedzenia i dzbankiem herbaty.
Uśmiechnęła się do mnie miło i postawiła wszystko na stoliku.

-Skoro nie przyszliście na kolację postanowiłam wam ja przynieść. Alahisie dałbyś w końcu swojej wilczycy coś do jedzenia,  ciągle podkrada mięso z kuchni. 

-Mądry wilczek. Wie gdzie jest kuchnia - uśmiechnąłem się do szarej wilczycy zwiniętej w nogach łóżka. -Dziękuję An. 

Kobieta wyszła z pokoju, a ja biorąc tace usiadłem na łóżko. 

-Kolacja do łóżka - uśmiechnąłem się do dziwnowłosego. Ten posłał mi lekki uśmiech w odpowiedzi po czym zaczął jeść.

Koniec końców siedzieliśmy obok siebie pijąc ciepłą herbatę. Gdy białowłosy skończył odłożył filiżankę i oparł głowę o ścianę z zamkniętymi oczami.

-Maro nie odpowiedział mi ostatnio. Co zrobiłeś używając żywiołów na mnie? A drugie pytanie. Źle się czujesz? 

Nigdy się tak jeszcze o kogoś nie martwiłem jak o niego.

-Zmęczony jestem tylko. Korzystanie z tego talentu mocno osłabia -powiedział ziewając. -I nie wiem jak ci  opisać to co zrobiłem. Żywioły mają różne właściwości, zdarza się, że ktoś potrafiący umiejętnie nimi władać może je wykorzystać w inny sposób niż do obrony czy walki. Poznałem kiedyś rodzinę, która od pokoleń uczyła się właśnie takich rzeczy.

-Nigdy nie słyszałem o tym, żeby istniały takie rodziny. Ojciec nie rozmawiał o nich,  pewnie ze względów na; dla niego; mieszanej krwi.  Nigdy nie tolerował takich osób...I raczej to się nie zmieni,  skoro własnej córki się pozbył. 

-Yhymm -mruknął chłopak. Otworzył oczy i spojrzał na mnie -Jak się czujesz?

-Jakbym był owinięty chmurką która przytrzymuje ból na odległość. Jest, ale nie tak bolesny.

-Czyli się udało -powiedział z lekkim uśmiechem. W jego oczach świeciły radosne ogniki. Usiadłem na jego udach i lekko go pocałowałem. Pochmurnooki wplatal dlonie w moje wlosy i odwzajemnil pocalunek. Zjechałem pocałunkami na jego szczękę a następnie szyję przy okazji ściągając z niego koszulę. Zacząłem błądzić dłońmi po jego ciele. Białowłosy za to zmienił nasze pozycje tak że teraz to on pochylał się nade mną. Na jego ustach błądził psotny uśmiech, gdy przytrzymał moje ręce nad głową i otarł się o mnie lekko biodrami. Przygryzlem wargę co w cale nie pomoglo tylko spowodowalo wieksza radosc u chlopaka. Sive przytrzymujac mi nadal rece zaczął całować moja szyje. To było jedno z takich miejsc ktore mialem najbardziej wrazliwe. Gdy chłopak zassal skore na moim karku przeszedl mnie dresz i jeknalem.
Po jego zmęczeniu nie było już śladu. Moje ubrania chwilę później poszły w kąt. A moje ręce wciąż pozostawały nad moją głową pzytrzymywane przez chłopaka.

-Siv... Proszę... - wysapalem. 

Próbowałem uwolnić jakos dłonie z jego uscisku, choć to nic nie dało.
Spojrzał się na mnie szatańsko.

-O co prosisz skarbie? 

-Pusc... Mi ręce - moje mysli były bardzo chaotyczne przez wędrujące usta chlopaka.

-Nadal będziesz mnie nazywał księżniczka? - spytał. 

-Tak. Słodki jesteś... - chłopak zaczął tworzyć z lodu na moim ciele wzory.

Wygialem się w luk. Próbowałem jakos roztopic lod co w cale nie było latwe. Było to okropne a zarazem podniecajace uczucie. Moja rozgarzana skora stykajaca się z chlodem lodu i ciała pochmuronookiego. 
Chłopak kontynuował swoją zabawę wpędzając mnie w obłęd. Same jego usta wystarczyły bym był w 100% podniecony. Jęknąłem gdy przesunął się tak by zejść ustami niżej. Jednak omijał on mojego członka drażniąc mój brzuch, uda.

-Sivee -jęknąłem z potrzebą w głosie. Chłopak spojrzał na mnie z tym swoim uśmieszkiem na twarzy.

-Tak skarbie?

-Skończ...to...

Chłopak zmienił uścisk tak, że jedną dłonią błądził teraz po moim ciele. Przejechał palcem po moim napiętym brzuchu.

-Nie wiem o co ci chodzi.

-Dobrze wiesz - mruknąłem.

Skupiłem swoją energię na chłopaku i nagle nie mam pojęcia jak znalazłem się nad nim. Dziwnowłosy był również zaskoczony co ja.

-Czy ja właśnie się przeniosłem magicznie? - spytałem sarkastycznie nie wiedząc jak to wyjaśnić. Chłopak nie odpowiedział tylko zaczął się śmiać. Jego oczy błyszczały radośnie, gdy w kuszący sposób odchylił głowę.

-Koniec końców uwolniłeś się psując mi zabawę -oznajmił wciąż trzęsąc się od śmiechu.

-Mi to nie wyglądało na zabawę skarbie - powiedziałem i zacząłem całować go delikatnie po karku.

-Jak nie? -udał zaskoczenie przygryzając wargę, gdy moje dłonie zaczęły błądzić po jego ciele. -Ja się świetnie bawiłem.

-To ja się teraz pobawię... - szepnąłem mu do ucha i odwróciłem chłopaka w swoją stronę.

-Twoja jęcząca wersja była jakaś milsza i bardziej znośna Hisiek -mruknął z powagą na twarzy i rozbawieniem w oczach.

Zaśmiałem się cicho i rękami zjechałem na jego brzuch, a następnie na pasek od spodni. Ustami nadal całując chłopaka zjechałem na jego pierś.
Białowłosy został w samych bokserkach, gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Jęknąłem zirytowany opadając na próbującego utrzymać powagę chłopaka.

-Panie?

-Tak?

-Król chce cię widzieć z młodym Crispo, który ponoć z tobą przebywa.

Chłopak wstał i ubrał się w swoje spodnie i moją koszulę, a następnie bez słowa wyjaśnienia wyszedł.

SIVE

Lekko zirytowany patrzałem na mężczyznę.

-Powiesz mi wreszcie o co chodzi? - spytałem opierając się o ścianę.

-Chodzi o mojego syna. Dopilnujesz by wybił sobie z głowy koronację.

-Czemu miał bym to zrobić? Będzie lepszym władcą od ciebie.

-Zapewnię im ochronę gdy będę królem. Teraz Alahis przejął całą  władzę. -już miałem coś odpowiedzieć, gdy dotarło do mnie że mężczyzna ma rację. Jeśli ujawnię dokumenty na niego to czeka go śmierć bądź wygnanie. Wtedy nie będzie w stanie dopełnić warunków umowy.

-Niech będzie. Nie pokaże nikomu twoich akt. Przekonanie innych, że postępowałem pod wpływem emocji będzie łatwe. Ty zapewniasz bezpieczeństwo, ja odwiodę Hise od pomysłu koronacji i będę wykonywał twoje zlecenia. Oczywiście nie wszystkie.

-Tak w skrócie może być, później to dokladniej ustalimy. -powiedział czerwonooki. Pokiwałem głową.

-Jeśli złamiesz słowo, to cię zabiję -oznajmiłem przed opuszczeniem jego pokoju.

*DWA DNI PÓŹNIEJ*

-...może byś na razie zostawił to tak jak jest? Sam mówiłeś, że nie chcesz być władcą -powiedziałem w stronę chłopaka.

-Sam zacząłeś mi załatwiać szybciej koronację, a teraz nagle chcesz ją odwołać? O co ci Sive chodzi?

-Poniosło mnie. Nie przemyślałem wszystkiego co by się z tym wiązało -odpowiedziałem nawet na niego nie patrząc.

-Nie odwołam koronacji. Już z Mahiro ustawiliśmy jej termin - czułem na sobie wzrok chłopaka. -Ottavio nie zasługuje na tron i nie pozwolę by z powrotem na nim zasiadł.

-A skąd wiesz, że ty się nadajesz? Jak głosi przysłowie "Niedaleko pada jabłko, od jabłoni" -odparłem chłodnym tonem. Czemu on nie mógł zrozumieć, że staram się by był bezpieczny?

-Nagle twierdzisz, że jestem gorszy od niego?! Może mi jeszcze wypomnisz, że zabiłem ojca Antoniego lub, że jestem potworem bo zabijam ludzi?! - czerwonooki nie miał jakoś bardzo złego tonu głosu, bardziej był on załamujący się i zraniony, co w cale mi nie pomagało. -Wyjdź.

-Hisa...

-WYJDŹ! -swoje słowa podkreślił posyłając w moim kierunku kulę ognia.

Po opuszczeniu pomieszczenia zostałem przyciśnięty do ściany. Spojrzałem w wypełnione niedowierzaniem zielone oczy.

-Nie myślisz chyba poważnie zawierając z nim tą umowę. On zrobi z ciebie jeszcze gorszeogo człowieka niż by się komuś marzyło. Twoje zasady znikną Ruka -warknął Maro. Ponad jego ramieniem ujrzałem zmartwionego Mahiro.

-Zapewniam wam bezpieczeństwo -odparłem starając się nie okazywać emocji. -Jeśli wy będziecie bezpieczni to cena, którą za to poniosę jest tego warta.

-Jakbyś nie wiedział twoje bezpieczeństwo też jest ważne. I do cholery pomyśl naprawdę! Po co nam jego bezpieczeństwo? Jakoś wcześniej też dawaliśmy sobie radę.

-Ale... -zielonooki nie dał mi dokończyć, uderzył mnie w twarz ze swoją miną "Myślenie nie boli, ale w twoim wypadku trzeba zrobić wyjątek". Zamilkłem analizując wszystko. Wyciszając wszystkie emocje. Po chwili miałem ochotę uderzyć głową w ścianę. Ottavio wykorzystał moją obawę o bliskich. Dupek.

-Idź teraz przeprosić Hisę. Zrobiłeś coś co mogło go zaboleć bardziej niż nawet zerwanie. Porównałeś go do jego ojca. On przez całe życie chciał mu pokazać jaki jest świetny, idealny, nigdy nie chciał mu sprawić zawodu, a gdy dowiedział się że jego własny "ten idealny" tata chcę go zabić to go cholernie zabolało. Teraz go porównałeś do tego potwora.

-Po zabiciu króla kto decyduje o mordercy? -zapytałem.

-Ten co obejmie po nim władzę. -uśmiechnąłem się i odepchnąłem od ściany. Podszedłem do zamkniętych przed chwilą drzwi i je otworzyłem.

-Przepraszam. Przepraszam byłem idiotą i dupkiem, który myślał że robi dobrze. Wytłumaczę ci to później, a teraz wybacz muszę załatwić coś naglącego -ominąłem chcących mnie złapać Maro i Mahiro. Prawie biegiem ruszyłem korytarzami. Ominąłem zdziwionych strażników i otworzyłem gwałtownie drzwi, a następnie zamknąłem je i stworzyłem lodową ścianę, która miała przetrzymać trochę wszystkich.

-Co się dzieje? -zapytał król Fiammy.

-Robię za rękę sprawiedliwości i za wszystkie twoje przewinienia skazuję cie na śmierć -oznajmiłem z satysfakcją -Mną się nie manipuluje dupku.

-Nic nie zrobiłem - powiedział na co prychnąłem zły. Wyciągnąłem pistolet zza paska i wycelowałem w mężczyznę, który stał blady z przerażeniem na twarzy. Dotarło do niego najwyraźniej, że ja nie żartuję.

-Miłego zwiedzania Piekła -oznajmiłem i nacisnąłem spust.

Spojrzałem na martwe ciało mężczyzny z kpiną.  Do pokoju wreszcie wpadli strażnicy z Mahiro i Maro. Upuściłem broń na podłogę i uniosłem puste dłonie w górę.
Widziałem oszołomienie na twarzy wszystkich. Strażnicy chwilę później podeszli do mnie i założyli mi tą przeklętą obrożę, a następnie zaczęli mnie prowadzić w stronę lochów.

-Dno szafy Maro -powiedziałem zanim zniknąłem im z oczu.

*

Siedziałem na polowym łóżku które znajdowało się w celi. Na szyi miałem tą głupią obrożę co mnie irytowało. Usłyszałem skrzypienie otwieranych drzwi i w celi stanął strażnik, a za nim z poważną miną Alahis.

-Zostaw mnie z nim samego - powiedział.

-Ale...

-Żadnego "ale". Nie jestem głupi i poradzę sobie - jego głos był poważny tak jak jego mina i gdy go słyszałem ciarki mnie przechodziły.

Gdy strażnik zniknął poczułem się lekko zagrożony. Nie, ja się czułem cholernie zagrożony. Panie strażniku niech pan wracaaaa! Ja chcę pożyć do własnej egzekucji!
Wpatrywałem się w chłopaka w całkowitym milczeniu.

-Powaliło cię do reszty by go zabijać?! Twoja sprawa ucichła! Miałeś być odwołany od jakiejkolwiek kary, a teraz do cholery wszyscy w zamku, jak i nie już w mieście wiedzą, że: Sive Crispo zabił króla Fiammy!

-Poniosło mnie?

-TAK!!! MOJA KORONACJA JEST ODWOŁANA Z POWODU TWOJEJ EGZEKUCJI!

Na jego wściekłą minę miałem ochotę stąd wyjść.

-Tatuś się ucieszy -mruknąłem, a widząc groźny błysk w oczach Hisy podniosłem skute dłonie w górę wstałem -Popełniłem błąd. I zapłacę za niego. Koniec końców tak miało się to skończyć... Żartuję przestań celować we mnie tym ogniem! Wracając, Maro dostarczy ci pewne ciekawe dokumenty, które trochę mnie ułaskawią. Więc myśl na wyrokiem, w którym nie stracę głowy.

Chłopak przez dłuższą chwilę milczał wpatrując się we mnie wściekle w końcu po paru minutach jego spojrzenie zelżało i odezwał się.

-Będzie to bardzo trudne, ale spróbuję jakikolwiek dać ci wyrok nie zaliczający się do twojej śmierci. Oby te dokumenty były przekonujące.

-Muszę ci wynagrodzić i przeprosić jeszcze parę razy za moje zachowanie.

-Powiedziałeś co myślałeś. Liczy się szczerość. -spojrzałem na niego jak na idiotę.

-Ty wciąż nie wiesz? Jak głupi dałem się omotać twojemu ojcu... Te słowa, one miały sprawić, że nie dojdzie do twojej koronacji, a miały też sprawić byś nie zwracał uwagi na moje częstsze zniknięcia.

-Nadal to nie tłumaczy tego co powiedziałeś.

-Nienawiść Hisa -powiedziałem patrząc przez małe okienko. -Gdy powiedziałem to wiedziałem, że to cię zaboli. Jestem dobrym obserwatorem wiedziałem co powiedzieć by wzbudzić to uczucie.

-Więc ci się udało - powiedział odwracając się i chcąc wyjść z celi.

Złapałem go za dłoń i przyciągnąłem do siebie. Złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku, który był niepewnie odwzajemniony przez pudrowo-różowowłosego.

-Przepraszam -szepnąłem odsuwając się. Nie wiem za co już przepraszałem. Chyba za samo swoje istnienie, które sprowadzało na wszystkich kłopoty. Puściłem ciepłą dłoń chłopaka i wróciłem na miejsce, na którym siedziałem parę minut temu.

-Przygotuj się do ciężkiej egzekucji.

ALAHIS

Siedziałem już od dwóch godzin w sali przy wielkim stole i kłóciłem się z generałami.

-On zasługuje na karę śmierci!

-Przypominam panie Milanos, że Ottavio również nie jest bez  winy.

Drzwi otworzyły się przerywając początek nowej kłótni. W drzwiach stała Corin z moją siostrą oraz Mahiro i Maro. Cała czwórka trzymała parę teczek. Jeśli to było to co myślałem to musiałem przyznać, że nie spodziewałem się aż takiej ilości.

-Wszystko jest posortowane i opisane. W tej masz tak jakby spis wszystkiego w skróconej wersji. -Wyjaśnił Maro podając mi jedną z chudszych teczek.

-Dziękuję - odpowiedziałem przeglądając teczkę. Uśmiechnąłem się delikatnie na ilość dowodów jakie były w całej ilości tych papierów. Z takimi dowodami i raportami Sive dostanie nagrodę za zabicie go.

Reszta spotkania skupiła się na udowadnianiu win byłego władcy i okrzykach niedowierzania. Nie powiem nawet mnie niektóre zbrodnie wstrząsnęły. Mój ojciec jednak był potworem.

-Powinniście teraz się ze mną zgodzić. Ottavian Farnese zasłużył na karę śmierci, a Sivest Crispo powinien zostać ułaskawiony. 

-Zbrodnie jakie popełnił król są nie do pomyślenia. Lecz Crispo zabił członka rodziny królewskiej. Nie skarzemy go na karę śmierci, choć na łagodny wyrok kary zasłużył.

 Parę osób pokiwało zgodnie głowami, reszta wydawała się niepewna. Ojciec chłopaka siedział zamyślony na swoim miejscu. Nie odzywał się często. Od czasu do czasu wtrącał jakąś uwagę, ale tak to nie brał jakiegoś czynnego udziału w tym spotkaniu.

-Co sugerujecie w takim razie? -zapytałem i spojrzałem na nich.

-Założenie obroży na co najmniej dwa miesiące - odezwał się jeden z najstarszych generałów.

Zacząłem myśleć. Nie dadzą mu lżejszego wyroku i o tym wiedziałem. Ja będę musiał mu założyć obroże, więc zmienię ją tak, że tylko do obrony będzie mógł używać mocy. Nie mogę pozwolić by został jedynie z bronią.

Spojrzałem na Domenico, który delikatnie kiwnął głową na zgodę.

-Wyrok przyjęty. Założenie przeze mnie obroży na dwa miesiące, Sivestowi Crispo.

*

Białowłosy nie odezwał się odkąd opuścił celę i usłyszał wyrok. Mogłem zobaczyć lekką panikę, która szybko została ukryta. Nie wiedziałem o co może chodzić. Przy zakładaniu obroży nie patrzył mi w oczy i szybko opuścił sale.

SIVE

Zacisnąłem oczy starając się odgonić złe wspomnienia. To cholerstwo na szyi wszystko pogarszało. Czułem się tak jak wtedy. Bez mocy, bezbronny. Wbiegłem do swojego pokoju w domu ojca i zamknąłem za sobą drzwi. Oparłem się o nie czując pierwsze łzy spływające po moich policzkach.

Musiałem się stąd wynieść. Wyjechać.
Przecież już nic mnie tu nie trzyma. Hisa mnie nienawidzi. Sprawa zaginionych została rozwiązana.  Grupa sobie beze mnie poradzi.

Starając się uspokoić i odsunąć strach na bok usiadłem przy biurku. Wyciągnąłem jakąś kartkę stwierdzając, że muszę przynajmniej dać znak, że to nie kolejne porwanie.

...Nie mogłem zostać, więc wyjeżdżam...
Wrócę to mogę obiecać. Dacie sobie beze mnie radę. Wiem to. ...


...Tato przepraszam ideałem syna to ja nie jestem. zawiodłem nie tylko ciebie, ale i wszystkich...

...Przepraszam mon prince. Przez swoją głupotę straciłem cię. Wierzę, że dasz sobie radę i może kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić...

Nie przejmujcie się mną, Sive.

Przeczytałem ostateczną wersję listu i schowałem go do koperty. Następnie wziąłem się za pakowanie. 

Obserwatorzy