Przepraszam mon prince.
Przez swoją głupotę straciłem cię.
Wierzę, że dasz sobie radę i może kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić...
Spojrzałem kolejny raz na list, który zostawił chłopak. Czułem nienawiść do samego siebie. To przez to jak się zachowałem ostatnio. Jestem idiotą.
-Przecież ja cię nie nienawidzę... - w moich oczach kolejny raz pojawiły się łzy i wtuliłem się w sierść wilczycy. -Kardie...On nie wróci tak prędko....
Zacząłem szlochać, choć doskonale słyszałem walenie do drzwi przez Mahiro. Odgoniłem myśli od irytującego dźwięku stukania w drewno i przymknąłem oczy kładąc się na łóżku z wilczycą.
*
Z symbolicznym berłem i złotym jabłkiem odwróciłem się do ludzi. Wszyscy wpatrywali się we mnie z radością i szacunkiem.
-Alahis Eraryk Fernese. Nowy władca Fiammy! -ogłosił stary biskup. Ludzie uklękli geście poddania.
-Niech żyje król! Niech żyje król!
Westchnąłem. Minął tydzień od zniknięcia Siv'a, sprawę uciszyłem natychmiast nie chcąc słyszeć ciągłych komentarzy na jego temat. Maro znów chodził przygnębiony, chodź nie tak jak przy porwaniu chłopaka. Corin z ojcem też nie byli zbyt weseli z tego powodu.
-Alahisie... - usłyszałem wybudzający mnie z myśli głos mojego wuja.
Odłożyłem na odpowiednie miejsce przedmioty trzymane nadal w dłoniach. Miałem ochotę zaszyć się już w swojej komnacie i nie wychodzić z niej. Jak Elsa!!! Spojrzałem błagającym wzrokiem na mężczyznę.
-Musisz przeżyć bal. Twoja matka napracowała się przy urządzeniu go - powiedział cicho. -Z resztą twoi przyjaciele i ty powinniście się wreszcie rozchmurzyć.
-Nie mam powodu do radości - powiedziałem smutno i wróciłem na swoje dawne miejsce.
Pora na przemowę. Wszyscy już powstali, a w ich oczach widziałem dziwną radość. Zmusiłem się do uśmiechu i zacząłem spokojnie mówić.
-...wiem, że teraz będzie całkiem inaczej. Każdy władca ma inne sposoby rządzenia, ale postaram się być tu dla was, słuchać was i żyć z wami. Koniec z niesłusznie oskarżonymi ludźmi. Koniec z skazywaniem na śmierć odmiennych.
Gdy skończyłem wybuchnęło poruszenie wśród ludzi. Nie było jednak one w żadnym procencie złe. Wszyscy zgadzali się z moimi słowami w co nie potrafiłem uwierzyć. Jednak nienawiść do odmiennych była jedynie u ludzi mojego ojca, a mieszkańcy Fiammy byli zastraszani...
-Piękna przemowa synu -dołączyła do mnie moja matka razem z wystrojoną, małą dziewczynką i Kiiarą. Pokiwałem głową. Wszyscy skierowaliśmy się do sali balowej.
*
Wpatrywałem się w tańczące pary, uśmiechnięte twarze zakochanych, biegające między dorosłymi dzieci. Wszyscy byli szczęśliwi, a ja miałem ochotę zamknąć się w pokoju i to wszystko zignorować. Chciałem by Sive wrócił.
Moje myśli przez cały tydzień jakoś wracały do jego osoby. Gdzie jest, co robi... Jak się czuje? Czy dopuścił kogoś do siebie? Niby było to tylko siedem dni, ale tyle mogło się zmienić w ciągu tego czasu. Najgorsza myśl to była ta o chłopaku, który zapomni o mnie, o nas...
-Ty i Maro przyprawiacie mnie o depresje. -powiedział Mahiro siadając obok mnie.
-Nie miałeś nigdy osoby którą kochałeś, a ona uciekła bóg wie gdzie i możliwe, że nie zobaczysz jej przez długi czas? -spytałem biorąc kolejny kieliszek wina.
-Przykro mi, ale nie miałem. -odpowiedział przyglądając mi się z troską. Dalszą część przyjęcia siedzieliśmy w ciszy. Każdy pogrążony we własnych rozmyślaniach.
*
Siedziałem w swoim gabinecie uzupełniając dokumenty, gdy usłyszałem pukanie, a następnie do pomieszczenia wszedł uśmiechnięty blondyn. Podszedł do mnie i podał mi błękitną kopertę.
-Romeo najwyraźniej o tobie nie zapomniał.
-Sive? - spojrzałem zaskoczony na mężczyznę i otworzyłem szybko list.
Mon prince,
Teraz już chyba nie za bardzo "prince" hm?
Chciałbym ci pogratulować przejęcia korony. Będziesz wspaniałym władcą. Pamiętaj tylko by wszystko co będziesz robić było przemyślane i prosto z serca. Pokaż im, że nie trzeba trzymać ludzi żelazną ręką by byli posłuszni.
Postanowiłem ci wysłać ten list, właściwie nie wiem dlaczego... Chyba tęsknie. W kopercie znajdziesz mały upominek.
Na zawsze twój S.C
Z koperty wypadł na stół srebrny pierścień z pięknymi, czarnymi zdobieniami.
Założyłem go na serdeczny palec, a jego czarne zdobienia zabłysnęły szkarłatem.
-Wiemy przynajmniej, że nie jest na jakimś pustkowiu skoro prezenty ci wysyła. A propos gdzie coś dla mnie?
-Módl się by nie zesłał chmurki burzowej - powiedziałem przypominając sobie najlepszy sposób na rozweselenie białowłosego. -Wiesz do czego służy ten pierścień? Czy ma za zadanie migać mi czerwienią?
Mahiro zaśmiał się i pokręcił głową.
-Nie mam pojęcia.
Z lekkim uśmiechem wróciłem do dokumentów. Ten krótki list poprawił mi lekko humor.
Po zakończeniu w jakimś stopniu papierkowej roboty i obiedzie z bliskimi, za namową Mahiro opuściłem zamek i udałem się z nim w miasto. Czując na sobie wzrok każdego chciałem jednak zrezygnować z przechadzki. W dodatku nakaz matki o nie zdejmowaniu korony i szaty...Wrr...
-Może pójdziemy do fryzjera? Królowi jednak nie wypada chodzić z różowymi włosami.
-Czy ja wiem? Przyzwyczaiłem się do nich - powiedziałem spoglądając na swoje odbicie w oknach. -Choć chyba masz racje.
Po wejściu do jednego z salonów fryzjerskich zostałem od razu posadzony na fotelu. Żeby było zabawniej nie ja wybrałem kolorystykę, a brunetka tu pracująca i mój drogi Mahiro. Koniec końców moje włosy miały prawie białą barwę, a niektóre kosmyki miały płomienne przebarwienia.
-Pięknie! - szczerzył się złotooki. -Roxi już cię lubię!
Dziewczyna zaśmiała się podając mi z powrotem czarno-srebrną koronę. Założyłem na ramiona moją cieplejszą pelerynę i zapłaciłem za wszystko.
-Dziękuję. Do widzenia - odpowiedziałem grzecznie.
-Do widzenia.
Weszliśmy jeszcze do paru sklepów ze względu na blondyna, który bredził coś o artystycznej duszy i mojej szafie. Wreszcie udało mi się namówić go na przerwę i zaciągnąć do kawiarenki. Była to ta sama, którą wybrał Sive po moim wybuchu.
Złożyliśmy zamówienia i czekaliśmy na nie w ciszy. Spojrzałem przez okno. Zima zaczynała się kończyć co nie było wcale dziwne w Fiammie. Łagodne, krótkie zimy. Ciepłe, długie lata. Przez ulicę przebiegły jakieś dzieci na co skojarzyły mi się z Rou.
Powinienem więcej spędzać z nią czasu. Przez te wszystkie problemy zapomniałem o moim słoneczku.
Gdy kelner przyniósł nam po kawie i kawałku ciasta uśmiechnąłem się delikatnie. Czekoladowo-karmelowe, takie jakie lubił Sive.
-Nigdy nie jadłeś tyle czekolady.
-Ale to nie znaczy, że jej nie lubię. -szczególnie, że spędzając czas z Sive człowiek się od niej mógł uzależnić. Ten chłopak przecież ją uwielbiał.
Jedliśmy prowadząc luźną rozmowę. Złotooki wydawał się dzisiaj taki radosny, co po jakimś czasie zaczęło i mi się udzielać.
Gdy wróciliśmy do zamku postanowiłem porozmawiać troszkę granatowowłosą. Wchodząc do jej pokoju zauważyłem Kiiarę czeszącą moją małą królewnę.
-Witajcie moje księżniczki - uśmiechnąłem się.
Włoski Rou teraz opadały jej ładnie na ramiona, także wzrostem już poszła w górę. Moja siostra za to zmieniła całkiem kolor włosów na swój srebrzystobiały z ciemniejszymi końcówkami. Miała na sobie piękną błękitną suknie zdobioną srebrną nicią.
-Jak tam braciszku królowanie? - spytała.
-Zbyt dużo obowiązków, za mało czasu - powiedziałem. Dziewczyna zaśmiała się. Cieszyłem się, że Rou przekonała się do paru osób. Choć odzywała się wciąż tylko do mnie. Swoje milczenie przerwała tylko przy Sivie parę razy.
Usiadłem obok nich na łóżku.
-Co powiecie na mały piknik?
-I herbatkę? - spytała się Kiiara wskazując na mnóstwo lalek i misiów na półkach.
-Czemu nie. Herbatka piknikowa dla księżniczek i króla.
Wziąłem wesołą dziewczynkę na ręce, a moja siostra wzięła wskazane przez granatowowłosą pluszaki.
Usiedliśmy na dużym kocu w ogrodzie. Służąca przyniosła nam po jakimś czasie koszyk pełen smakołyków. Resztę dnia spędziłem właśnie z dziewczynami. Na nasz piknik przybył jeszcze Mahiro. Dopiero wieczorem, gdy zaczęło się ściemniać wróciliśmy do zamku.
Zaniosłem do pokoiku śpiącą mi na rękach Rou i położyłem ją spać. Przed wyjściem jeszcze dałem jej buziaka w czółko i wyszedłem.
W nocy obudziłem się głodny więc niczym się nie przejmując ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie kanapki i herbatę. Gdy brałem łyk ciepłego napoju stało się coś niezwykłego. Pierścień znowu zabłysł, a napój w kubku zamarzł. Machałem naczyniem starając się upewnić, że nie mam schizy.
-Nie przypominam sobie bym potrafił zamrażać herbatkę - mruknąłem nadal przyglądając się napojowi. Skierowałem swoją energię na kubek, aż herbata wreszcie wróciła do płynnej formy. -Czyżby ten pierścień to spowodował?
*
Następne dni mijały mi na ogarnianiu obowiązków władcy, zajmowaniem się małą oraz szukaniu informacji o pierścieniu. Moje myśli już nie skupiały się tak często na Sive przez nawał obowiązków.
Moje dnie były na tyle męczące, że nie miałem na to czasu.
Gdyby nie odwiedziny członków Sempre, nie miałbym pojęcia co się u nich dzieje. Tęskniłem za czasem wolnym, gdy mogłem spokojnie uciekać do nich, wypełniać zlecenia. Teraz jedynie była praca, zajmowanie się Rou i chwila spokoju w bibliotece.
...W starych plemionach wierzono, że w czasie wręczania sobie przy ślubach miłości biżuterii, osoby te mogły wpleść w nie swój żywioł przez co ich ukochany mógł korzystać z ich mocy...
-No Sivek...Chyba nie myślisz o tym, że to pierścionek zaręczynowy?
Skoro mogły wpleść w ten pierścień swój żywioł, a Sive ma wszystkie żywioły...To znaczy, że mogę ich wszystkich używać?!
Resztę dnia spędziłem na próbie użycia innego żywiołu niż ogień i lód. Niestety oprócz wycięczenia przez nadmierne skupienie nic się nie stało. No może troszkę zamroziłem parę rzeczy, ale cóż...
-Asiiii! - usłyszałem wołanie mej kochanej siostrzyczki, która postanowiła się tu wprowadzić.
-Co chcesz? - spytałem leżąc na łóżku i czytając książkę o żywiołach.
-Jakiś tam chłopak czeka przy bramie zamku i mówi, że musi z tobą porozmawiać.
-Kto?
-A bo ja wiem miał blond włosy i bursztynowe oczy. Wyglądał dość młodo.
Ubrałem na głowę już z przyzwyczajenia koronę i zarzuciłem na siebie czarną pelerynę. Ruszyłem z siostrą u boku do wskazanego miejsca.
Zauważyłem tam stojącego Paul'a. Chłopaka poznanego w królestwie wody.
-Witaj, co cię tu sprowadza? -przywitałem go z uśmiechem.
-Przybyłem tu dotrzymując danego ci słowa - powiedział ukazując spod peleryny odznakę strażnika żywiołu.
Uśmiechnąłem się.
-Musiałeś się nieźle napracować, skoro zdobyłeś ją w tak młodym wieku - powiedziałem do niego. -Nadal chcesz zostać strażnikiem w moim królestwie?
-Tak. W końcu potrzebujesz dobrej ochrony, mój panie. -odpowiedział z uśmiechem.
Marzenia...Trzymał się przez te wszystkie miesiące tego jednego marzenia, aż tu przybył. Z odznaką i prośbą o przyjęcie.
Zawołałem jednego ze strażników i kazałem mu przyprowadzić dowódcę straży. Gdy wyjaśniłem mu sytuację mężczyzna uśmiechnął się i powiedział, że zajmie się Paul'em.
-Dziękuję, panie - ukłonił się chłopak.
-Bez 'panie'. Wystarczy Alahis - rozkopałem mu blond włosy otulając się mocniej peleryną. -Wracajmy do zamku. Chłodno się robi.
*
-Maroooo masz z nim jakiś kontakt? -zapytałem zielonookiego, który przyglądał mi się chwilę w ciszy.
-Jesteśmy połączeni, to jasne że mam z nim kontakt. Ale w ten miesiąc nauczył się jak "zagłuszać" miejsce swojego pobytu. Dostaję tylko coś jakby informację, że żyje i nie trzeba interweniować. -odpowiedział wreszcie.
-Nie potrafisz się do niego przenieść czy coś?
-Jaki w tym będzie sens skoro on chce samotności? -odparł pytaniem na pytanie. Skrzywiłem się. -Nie wiem czemu, ale jestem prawie pewien, że on nie zatrzymał się w jednym miejscu. Czuję jego emocję. Zagubienie, czasami strach. Według mnie on potrzebuje tej samotności.
-Ale ja go potrzebuję. Nikt nie chce samotności. Samotność wyniszcza ludzi, daje różne głupie myśli, które wypalają nas, pokazują się wtedy najgorsze wspomnienia o których chcieliśmy zapomnieć. On powinien być tu. Gdzie jego dom, przyjaciele i rodzina.
-Spodziewaj się go za trzy tygodnie. -powiedział łagodnym tonem.
Ulżyło mi na krótszy termin niż się mogłem spodziewać. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Maro pomagał mi zrozumieć pierścień jako, że Mahiro nie dał sobie z tym rady. Razem z nim powoli jakoś szło mi odkrywanie możliwości prezentu. Korzystanie z niego było na dłuższą metę męczące.
-To co chcesz dziś mały trening z mocy? - spytał się na co kiwnąłem głową.
-Przyda mi się.
SIVE
Wpatrywałem się w kobietę ze znużeniem. Jej rady były przydatne lecz zawsze zaczynały się od długiej historii i dopiero na końcu była jakaś puenta. Odchyliłem się tak by wpatrywać się w nocne niebo. Księżyc w pełni i czyste, bezchmurne niebo pełne malutkich, świetlistych punktów.
-Czy ty mnie słuchasz bezczelny młodzieńcze? -zapytała kobieta. Wróciłem spojrzeniem do niej. Ta westchnęła i podała mi kubek z herbatą ziołową, która pomagała odpędzić koszmary. Dziecinne, ale działało. Staruszka była mądrą kobietą, która mieszkała na granicy miasta wody i lasu, za którym było Vortice. Jej wiedza była obszerna i nieograniczona zakazami władców.
-Przepraszam, ja o prostu... -nie dokończyłem nie wiedząc jak zakończyć to zdanie. Czułem się lekko rozdarty. Tęskniłem za bliskimi, czułem złość na siebie, że nawaliłem, zagubienie i niepewność. Nie raz po prostu się bałem. Ta obroża przypominała mi najgorszy okres jaki przeżyłem. Bez żywiołu czułem się pusty w środku, jakby czegoś mi brakowało.
-Rozumiem. Może jestem stara, ale nie ślepa. Potrzebujesz oczyszczenia duchowego mój młody towarzyszu. -spojrzałem na nią z niezrozumieniem -Coś ci ciąży na umyśle i duszy. Nie daje ci spokoju. Dręczy. Siedzenie tu ci nie pomoże. Wyciszysz się i opanujesz, ale to wciąż tam będzie.
-Mówisz jakbym miał w sobie potworka. -mruknąłem i ku mojemu zdziwieniu staruszka pokiwała głową.
-Wyślę cię w drogę. Na jej końcu powinieneś znaleźć ukojenie.
*
-Wprawdzie jest pani najmądrzejszą osobą jaką znam, ale żeby miotłą mnie wyganiać?!
Kobieta spojrzała się na mnie surowym wzrokiem.
-Skoro jesteś tak uparty, to jak mam ci przemówić do rozumu? Tu masz potrzebne rzeczy i rusz się wreszcie w drogę - popchnęła mnie delikatnie w stronę drzwi i wcisnęła mi w ręce torbę.
Przewróciłem oczami i założyłem torbę na ramię.
-Kiedyś jeszcze nawiedzę to miejsce. –powiedziałem z uśmiechem, na który kobieta odpowiedziała.
-W to nie wątpię młodzieńcze, a teraz SIO! - wyszedłem z domku. -Myślę, że następnym razem przyjedziesz ze swoim królewiczem! - pomachała mi i zniknęła.
Podszedłem do mojej klaczy, która zarżała radośnie podbiegając do mnie. Podrapałem ją za uszami, a potem wskoczyłem na jej grzbiet. Spojrzałem szybko na mapę daną mi przez kobietę i schowałem ją.
*
Drzewo. Wysoki krzak. Drzewo. Jakieś zwierze. O! Ludzie nie wierze kolejne drzewo. Westchnąłem na monotonie krajobrazu.Według wskazówek staruszki gdzieś w tej zieleni miało zamieszkiwać jakieś plemię, które odcięło się od władzy i żyło na własny rachunek. Ich zasady, obyczaje, kultura wszystko było takie samo od pokoleń.
Ciekawe jakie nastawienie mają do obcych.
Poczułem obecność Maro w swoim umyśle co całkowicie zignorowałem koncentrując się na urokliwym lesie. Niech sobie popodziwia widoki, pomyślałem z rozbawieniem.
Chwilę jeszcze jechałem gdy nagle w moją stronę pomknęła strzała. Dzięki szybkiemu schyleniu głowy, strzała wbiła się w drzewo za mną. Czyli dotarłem do tego plemienia? -pomyślałem i zeskoczyłem z klaczy.
-Ja tu przybyłem pokojowo! -krzyknąłem nie wiedząc gdzie mogą się znajdować moi oprawcy. Nie mniej jednak atak się nie powtórzył, a chwilę później między z drzewa kawałek dalej zeskoczyły dwie osoby.
-W takim razie po co tu jesteś? -zapytała kobieta mierząc do mnie z łuku. Przyjrzałem się im z zainteresowaniem. Ich ciała były w większej części odkryte przez co mogłem zobaczyć niezwykłe tatuaże mieniące się dość widocznie żywiołami. Ich stroje były wykonane tak by ułatwić im ruchy. Kobieta miała z pozoru sukienkę, ale po przyjrzeniu się zauważyłem rozcięcia po bokach ukazujące przylegające, krótkie spodenki.
-Przysłała mnie Irian'a Asver. -powiedziałem i zobaczyłem ich wymianę spojrzeń.
-Kolejny? Znów? Ta kobieta na zbyt dużo sobie pozwala - odpowiedział jej towarzysz.
Chłopak mógł być trochę starszy ode mnie. Miał niezwykłe, złote oczy z ciemną obwódką. Jego włosy miały odcień mlecznej czekolady, a końcówki bursztynu. Tak jak kobieta miał zawiłe wzory mieniące się żywiołami na rękach i kawałku szyi. Jedyne co go odróżniało od kobiety, że miał miecz oraz srebrną opaskę na czoło, która wyglądała jak jakaś starożytna korona. Wyglądem przypominała chudziutki wianek z drobnych, srebrnych kwiatuszków.
-W tym muszę się z wami zgodzić. -mruknąłem. Pogładziłem bok swojej klaczy. -Więc... mam dostać jakąś życiową radę? Miotłą po twarzy? Czy wykrwawić się w lesie i ruszyć dalej?
-To już się zobaczy. Jak się nazywasz? -ruchem ręki złotooki nakazał iść za sobą.
-Sive Crispo.
-Moja towarzyszka to Enalli. Ja jestem Mahado, syn przywódcy plemienia.
-Miło mi.
*
Nie spodziewałem się tego, ale mieszkańcy plemienia mieszkali w odbudowanych, starych ruinach jakiegoś ogromnego zamku. Mahado zaprowadził mnie do sali gdzie znajdował się jego ojciec z jakimiś starszymi ludźmi. Wszyscy mieli te dziwne tatuaże i lekkie szaty.
-Ojcze to... -chłopakowi w zdaniu przerwał także złotooki mężczyzna.
-Ma język. Niech on mówi.
-Sive Crispo. -przedstawiłem się przyglądając mężczyźnie. Ci ludzie mnie ciekawili byli dość intrygujący i coraz bardziej chciałem poznać ich kulturę.
Siwiejący mężczyzna przyjrzał mi się uważnie jakby oceniając i poznając. Jego przeszywający wzrok zdawał się mnie prześwietlać.
-Czego od nas pragniesz? Bo wątpię by Irian'a przysłała cię to z byle powodu.
-Oczyszczenie duszy? Chyba o to chodziło. Mam się pozbyć swoich demonów i uspokoić wewnętrznego potworka. -powiedziałem z prostotą.
-Masz w sobie duży potencjał, ale powinieneś pomyśleć nad tym czy chcesz tego. Mój syn mógłby cię wszystkie nauczyć o nas, o naszej kulturze, magii, ale czy poświęcisz te parę miesięcy? Widzę w twoim sercu tęsknotę do osoby ci bliskiej. Jeśli masz być skupiony na treningach albo go tu sprowadź, albo zapomnij.
-Po pierwsze moja magia jest zablokowana. Po drugie nie mogę go tu sprowadzić... nie teraz. Po trzecie nie sądzę bym mógł tu tyle czasu zostać. Przykro mi.
-Na naszej ziemi czas inaczej płynie niż u was - powiedział syn mężczyzny. -U was godzina u nas cały dzień.
Poczułem na sobie wzrok mężczyzny i uczucie delikatnego chłodu na skórze.
-Nawet jeśli Alahis jest królem, to może tu przybyć. Może nawet on się czegoś nauczy -powiedział, a mnie zdziwiło skąd wiedział o Hisie. -Pokazałeś mi to w myślach. Nie kontrolujesz swojej mocy, na co jesteś podatny na 'atak duszy'.
-Jesteś przerażający... -mruknąłem, a mężczyzna posłał mi rozbawione spojrzenie.
-Otella zaprowadzi cię do komnaty gościnnej. Dostaniesz także pergamin i atrament by napisać do niego. Nie opisuj drogi, jastrząb którym wyślesz list poprowadzi go tu. Jeśli się na to zdecydujesz, od jutra Mahado może cię uczyć.
-Dziękuję? -lekko skonsternowany ruszyłem za niską kobietą.
Mój pokój znajdował się ku mojemu lekkiemu rozbawieniu w wieży. Jasne pastelowe barwy ścian, meble z ciemnego drewna. Z okna widziałem las i znajdujące się w oddali jezioro.
Aktualnie siedziałem na parapecie okna i rozmyślałem jaką decyzję podjąć.
Byłem ogromnie ciekawy ich, ale nie chciałem sprowadzać tu Hise. Martwiłem się o niego i nie chciałem by coś mu się stało. Droga była dość długa, a Alahis jako król mógłby zostać zaatakowany.
W tym wypadku zostało mi chyba tylko odsunięcie od siebie uczuć i tak jak powiedział mężczyzna... zapomnieć.
Przymknąłem oczy opierając się o framugę okna. Nie chciałem narażać chłopaka na niebezpieczeństwo i nie mogłem zapomnieć, że miał on teraz większe zobowiązania, jego poddani na niego liczyli. Nie mogłem od tak poprosić go by rzucił wszystko i przybył. Ale wiedziałem, że zapomnienie o nim nie będzie łatwe.
-Nie powinieneś zapominać o kimś kogo kochasz -obok mnie znikąd pojawił się Mahado. -Ja bym na twoim miejscu poczekał po prostu z tym treningiem. A jak bardzo ci zależy na nauce powiem ci jak uwolnić moc, pozbyć się tych twoich potworków, po prostu w skrócie i sam będziesz trenował, ale w kraju od Alahis'a.
-Przestaniecie mi wchodzić do głowy? -zapytałem spoglądając na niego. Westchnąłem. -Zapomnienie ma być tymczasowe tak? Chodzi po prostu bym nie mieszał uczuć w trening. Do Hisy nie wrócę przez jeszcze dłuższy czas bo oprócz was mam jeszcze nawiedzić trzy inne miejsca.
Zacząłem szlochać, choć doskonale słyszałem walenie do drzwi przez Mahiro. Odgoniłem myśli od irytującego dźwięku stukania w drewno i przymknąłem oczy kładąc się na łóżku z wilczycą.
*
Z symbolicznym berłem i złotym jabłkiem odwróciłem się do ludzi. Wszyscy wpatrywali się we mnie z radością i szacunkiem.
-Alahis Eraryk Fernese. Nowy władca Fiammy! -ogłosił stary biskup. Ludzie uklękli geście poddania.
-Niech żyje król! Niech żyje król!
Westchnąłem. Minął tydzień od zniknięcia Siv'a, sprawę uciszyłem natychmiast nie chcąc słyszeć ciągłych komentarzy na jego temat. Maro znów chodził przygnębiony, chodź nie tak jak przy porwaniu chłopaka. Corin z ojcem też nie byli zbyt weseli z tego powodu.
-Alahisie... - usłyszałem wybudzający mnie z myśli głos mojego wuja.
Odłożyłem na odpowiednie miejsce przedmioty trzymane nadal w dłoniach. Miałem ochotę zaszyć się już w swojej komnacie i nie wychodzić z niej. Jak Elsa!!! Spojrzałem błagającym wzrokiem na mężczyznę.
-Musisz przeżyć bal. Twoja matka napracowała się przy urządzeniu go - powiedział cicho. -Z resztą twoi przyjaciele i ty powinniście się wreszcie rozchmurzyć.
-Nie mam powodu do radości - powiedziałem smutno i wróciłem na swoje dawne miejsce.
Pora na przemowę. Wszyscy już powstali, a w ich oczach widziałem dziwną radość. Zmusiłem się do uśmiechu i zacząłem spokojnie mówić.
-...wiem, że teraz będzie całkiem inaczej. Każdy władca ma inne sposoby rządzenia, ale postaram się być tu dla was, słuchać was i żyć z wami. Koniec z niesłusznie oskarżonymi ludźmi. Koniec z skazywaniem na śmierć odmiennych.
Gdy skończyłem wybuchnęło poruszenie wśród ludzi. Nie było jednak one w żadnym procencie złe. Wszyscy zgadzali się z moimi słowami w co nie potrafiłem uwierzyć. Jednak nienawiść do odmiennych była jedynie u ludzi mojego ojca, a mieszkańcy Fiammy byli zastraszani...
-Piękna przemowa synu -dołączyła do mnie moja matka razem z wystrojoną, małą dziewczynką i Kiiarą. Pokiwałem głową. Wszyscy skierowaliśmy się do sali balowej.
*
Wpatrywałem się w tańczące pary, uśmiechnięte twarze zakochanych, biegające między dorosłymi dzieci. Wszyscy byli szczęśliwi, a ja miałem ochotę zamknąć się w pokoju i to wszystko zignorować. Chciałem by Sive wrócił.
Moje myśli przez cały tydzień jakoś wracały do jego osoby. Gdzie jest, co robi... Jak się czuje? Czy dopuścił kogoś do siebie? Niby było to tylko siedem dni, ale tyle mogło się zmienić w ciągu tego czasu. Najgorsza myśl to była ta o chłopaku, który zapomni o mnie, o nas...
-Ty i Maro przyprawiacie mnie o depresje. -powiedział Mahiro siadając obok mnie.
-Nie miałeś nigdy osoby którą kochałeś, a ona uciekła bóg wie gdzie i możliwe, że nie zobaczysz jej przez długi czas? -spytałem biorąc kolejny kieliszek wina.
-Przykro mi, ale nie miałem. -odpowiedział przyglądając mi się z troską. Dalszą część przyjęcia siedzieliśmy w ciszy. Każdy pogrążony we własnych rozmyślaniach.
*
Siedziałem w swoim gabinecie uzupełniając dokumenty, gdy usłyszałem pukanie, a następnie do pomieszczenia wszedł uśmiechnięty blondyn. Podszedł do mnie i podał mi błękitną kopertę.
-Romeo najwyraźniej o tobie nie zapomniał.
-Sive? - spojrzałem zaskoczony na mężczyznę i otworzyłem szybko list.
Mon prince,
Teraz już chyba nie za bardzo "prince" hm?
Chciałbym ci pogratulować przejęcia korony. Będziesz wspaniałym władcą. Pamiętaj tylko by wszystko co będziesz robić było przemyślane i prosto z serca. Pokaż im, że nie trzeba trzymać ludzi żelazną ręką by byli posłuszni.
Na zawsze twój S.C
Z koperty wypadł na stół srebrny pierścień z pięknymi, czarnymi zdobieniami.
-Wiemy przynajmniej, że nie jest na jakimś pustkowiu skoro prezenty ci wysyła. A propos gdzie coś dla mnie?
-Módl się by nie zesłał chmurki burzowej - powiedziałem przypominając sobie najlepszy sposób na rozweselenie białowłosego. -Wiesz do czego służy ten pierścień? Czy ma za zadanie migać mi czerwienią?
Mahiro zaśmiał się i pokręcił głową.
-Nie mam pojęcia.
Z lekkim uśmiechem wróciłem do dokumentów. Ten krótki list poprawił mi lekko humor.
Po zakończeniu w jakimś stopniu papierkowej roboty i obiedzie z bliskimi, za namową Mahiro opuściłem zamek i udałem się z nim w miasto. Czując na sobie wzrok każdego chciałem jednak zrezygnować z przechadzki. W dodatku nakaz matki o nie zdejmowaniu korony i szaty...Wrr...
-Może pójdziemy do fryzjera? Królowi jednak nie wypada chodzić z różowymi włosami.
-Czy ja wiem? Przyzwyczaiłem się do nich - powiedziałem spoglądając na swoje odbicie w oknach. -Choć chyba masz racje.
Po wejściu do jednego z salonów fryzjerskich zostałem od razu posadzony na fotelu. Żeby było zabawniej nie ja wybrałem kolorystykę, a brunetka tu pracująca i mój drogi Mahiro. Koniec końców moje włosy miały prawie białą barwę, a niektóre kosmyki miały płomienne przebarwienia.
-Pięknie! - szczerzył się złotooki. -Roxi już cię lubię!
Dziewczyna zaśmiała się podając mi z powrotem czarno-srebrną koronę. Założyłem na ramiona moją cieplejszą pelerynę i zapłaciłem za wszystko.
-Dziękuję. Do widzenia - odpowiedziałem grzecznie.
-Do widzenia.
Weszliśmy jeszcze do paru sklepów ze względu na blondyna, który bredził coś o artystycznej duszy i mojej szafie. Wreszcie udało mi się namówić go na przerwę i zaciągnąć do kawiarenki. Była to ta sama, którą wybrał Sive po moim wybuchu.
Złożyliśmy zamówienia i czekaliśmy na nie w ciszy. Spojrzałem przez okno. Zima zaczynała się kończyć co nie było wcale dziwne w Fiammie. Łagodne, krótkie zimy. Ciepłe, długie lata. Przez ulicę przebiegły jakieś dzieci na co skojarzyły mi się z Rou.
Powinienem więcej spędzać z nią czasu. Przez te wszystkie problemy zapomniałem o moim słoneczku.
Gdy kelner przyniósł nam po kawie i kawałku ciasta uśmiechnąłem się delikatnie. Czekoladowo-karmelowe, takie jakie lubił Sive.
-Nigdy nie jadłeś tyle czekolady.
-Ale to nie znaczy, że jej nie lubię. -szczególnie, że spędzając czas z Sive człowiek się od niej mógł uzależnić. Ten chłopak przecież ją uwielbiał.
Jedliśmy prowadząc luźną rozmowę. Złotooki wydawał się dzisiaj taki radosny, co po jakimś czasie zaczęło i mi się udzielać.
Gdy wróciliśmy do zamku postanowiłem porozmawiać troszkę granatowowłosą. Wchodząc do jej pokoju zauważyłem Kiiarę czeszącą moją małą królewnę.
-Witajcie moje księżniczki - uśmiechnąłem się.
Włoski Rou teraz opadały jej ładnie na ramiona, także wzrostem już poszła w górę. Moja siostra za to zmieniła całkiem kolor włosów na swój srebrzystobiały z ciemniejszymi końcówkami. Miała na sobie piękną błękitną suknie zdobioną srebrną nicią.
-Jak tam braciszku królowanie? - spytała.
-Zbyt dużo obowiązków, za mało czasu - powiedziałem. Dziewczyna zaśmiała się. Cieszyłem się, że Rou przekonała się do paru osób. Choć odzywała się wciąż tylko do mnie. Swoje milczenie przerwała tylko przy Sivie parę razy.
Usiadłem obok nich na łóżku.
-Co powiecie na mały piknik?
-I herbatkę? - spytała się Kiiara wskazując na mnóstwo lalek i misiów na półkach.
-Czemu nie. Herbatka piknikowa dla księżniczek i króla.
Wziąłem wesołą dziewczynkę na ręce, a moja siostra wzięła wskazane przez granatowowłosą pluszaki.
Usiedliśmy na dużym kocu w ogrodzie. Służąca przyniosła nam po jakimś czasie koszyk pełen smakołyków. Resztę dnia spędziłem właśnie z dziewczynami. Na nasz piknik przybył jeszcze Mahiro. Dopiero wieczorem, gdy zaczęło się ściemniać wróciliśmy do zamku.
Zaniosłem do pokoiku śpiącą mi na rękach Rou i położyłem ją spać. Przed wyjściem jeszcze dałem jej buziaka w czółko i wyszedłem.
W nocy obudziłem się głodny więc niczym się nie przejmując ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie kanapki i herbatę. Gdy brałem łyk ciepłego napoju stało się coś niezwykłego. Pierścień znowu zabłysł, a napój w kubku zamarzł. Machałem naczyniem starając się upewnić, że nie mam schizy.
-Nie przypominam sobie bym potrafił zamrażać herbatkę - mruknąłem nadal przyglądając się napojowi. Skierowałem swoją energię na kubek, aż herbata wreszcie wróciła do płynnej formy. -Czyżby ten pierścień to spowodował?
*
Następne dni mijały mi na ogarnianiu obowiązków władcy, zajmowaniem się małą oraz szukaniu informacji o pierścieniu. Moje myśli już nie skupiały się tak często na Sive przez nawał obowiązków.
Moje dnie były na tyle męczące, że nie miałem na to czasu.
Gdyby nie odwiedziny członków Sempre, nie miałbym pojęcia co się u nich dzieje. Tęskniłem za czasem wolnym, gdy mogłem spokojnie uciekać do nich, wypełniać zlecenia. Teraz jedynie była praca, zajmowanie się Rou i chwila spokoju w bibliotece.
...W starych plemionach wierzono, że w czasie wręczania sobie przy ślubach miłości biżuterii, osoby te mogły wpleść w nie swój żywioł przez co ich ukochany mógł korzystać z ich mocy...
-No Sivek...Chyba nie myślisz o tym, że to pierścionek zaręczynowy?
Skoro mogły wpleść w ten pierścień swój żywioł, a Sive ma wszystkie żywioły...To znaczy, że mogę ich wszystkich używać?!
Resztę dnia spędziłem na próbie użycia innego żywiołu niż ogień i lód. Niestety oprócz wycięczenia przez nadmierne skupienie nic się nie stało. No może troszkę zamroziłem parę rzeczy, ale cóż...
-Asiiii! - usłyszałem wołanie mej kochanej siostrzyczki, która postanowiła się tu wprowadzić.
-Co chcesz? - spytałem leżąc na łóżku i czytając książkę o żywiołach.
-Jakiś tam chłopak czeka przy bramie zamku i mówi, że musi z tobą porozmawiać.
-Kto?
-A bo ja wiem miał blond włosy i bursztynowe oczy. Wyglądał dość młodo.
Ubrałem na głowę już z przyzwyczajenia koronę i zarzuciłem na siebie czarną pelerynę. Ruszyłem z siostrą u boku do wskazanego miejsca.
Zauważyłem tam stojącego Paul'a. Chłopaka poznanego w królestwie wody.
-Witaj, co cię tu sprowadza? -przywitałem go z uśmiechem.
-Przybyłem tu dotrzymując danego ci słowa - powiedział ukazując spod peleryny odznakę strażnika żywiołu.
Uśmiechnąłem się.
-Musiałeś się nieźle napracować, skoro zdobyłeś ją w tak młodym wieku - powiedziałem do niego. -Nadal chcesz zostać strażnikiem w moim królestwie?
-Tak. W końcu potrzebujesz dobrej ochrony, mój panie. -odpowiedział z uśmiechem.
Marzenia...Trzymał się przez te wszystkie miesiące tego jednego marzenia, aż tu przybył. Z odznaką i prośbą o przyjęcie.
Zawołałem jednego ze strażników i kazałem mu przyprowadzić dowódcę straży. Gdy wyjaśniłem mu sytuację mężczyzna uśmiechnął się i powiedział, że zajmie się Paul'em.
-Dziękuję, panie - ukłonił się chłopak.
-Bez 'panie'. Wystarczy Alahis - rozkopałem mu blond włosy otulając się mocniej peleryną. -Wracajmy do zamku. Chłodno się robi.
*
-Maroooo masz z nim jakiś kontakt? -zapytałem zielonookiego, który przyglądał mi się chwilę w ciszy.
-Jesteśmy połączeni, to jasne że mam z nim kontakt. Ale w ten miesiąc nauczył się jak "zagłuszać" miejsce swojego pobytu. Dostaję tylko coś jakby informację, że żyje i nie trzeba interweniować. -odpowiedział wreszcie.
-Nie potrafisz się do niego przenieść czy coś?
-Jaki w tym będzie sens skoro on chce samotności? -odparł pytaniem na pytanie. Skrzywiłem się. -Nie wiem czemu, ale jestem prawie pewien, że on nie zatrzymał się w jednym miejscu. Czuję jego emocję. Zagubienie, czasami strach. Według mnie on potrzebuje tej samotności.
-Ale ja go potrzebuję. Nikt nie chce samotności. Samotność wyniszcza ludzi, daje różne głupie myśli, które wypalają nas, pokazują się wtedy najgorsze wspomnienia o których chcieliśmy zapomnieć. On powinien być tu. Gdzie jego dom, przyjaciele i rodzina.
-Spodziewaj się go za trzy tygodnie. -powiedział łagodnym tonem.
Ulżyło mi na krótszy termin niż się mogłem spodziewać. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Maro pomagał mi zrozumieć pierścień jako, że Mahiro nie dał sobie z tym rady. Razem z nim powoli jakoś szło mi odkrywanie możliwości prezentu. Korzystanie z niego było na dłuższą metę męczące.
-To co chcesz dziś mały trening z mocy? - spytał się na co kiwnąłem głową.
-Przyda mi się.
SIVE
Wpatrywałem się w kobietę ze znużeniem. Jej rady były przydatne lecz zawsze zaczynały się od długiej historii i dopiero na końcu była jakaś puenta. Odchyliłem się tak by wpatrywać się w nocne niebo. Księżyc w pełni i czyste, bezchmurne niebo pełne malutkich, świetlistych punktów.
-Czy ty mnie słuchasz bezczelny młodzieńcze? -zapytała kobieta. Wróciłem spojrzeniem do niej. Ta westchnęła i podała mi kubek z herbatą ziołową, która pomagała odpędzić koszmary. Dziecinne, ale działało. Staruszka była mądrą kobietą, która mieszkała na granicy miasta wody i lasu, za którym było Vortice. Jej wiedza była obszerna i nieograniczona zakazami władców.
-Przepraszam, ja o prostu... -nie dokończyłem nie wiedząc jak zakończyć to zdanie. Czułem się lekko rozdarty. Tęskniłem za bliskimi, czułem złość na siebie, że nawaliłem, zagubienie i niepewność. Nie raz po prostu się bałem. Ta obroża przypominała mi najgorszy okres jaki przeżyłem. Bez żywiołu czułem się pusty w środku, jakby czegoś mi brakowało.
-Rozumiem. Może jestem stara, ale nie ślepa. Potrzebujesz oczyszczenia duchowego mój młody towarzyszu. -spojrzałem na nią z niezrozumieniem -Coś ci ciąży na umyśle i duszy. Nie daje ci spokoju. Dręczy. Siedzenie tu ci nie pomoże. Wyciszysz się i opanujesz, ale to wciąż tam będzie.
-Mówisz jakbym miał w sobie potworka. -mruknąłem i ku mojemu zdziwieniu staruszka pokiwała głową.
-Wyślę cię w drogę. Na jej końcu powinieneś znaleźć ukojenie.
*
-Wprawdzie jest pani najmądrzejszą osobą jaką znam, ale żeby miotłą mnie wyganiać?!
Kobieta spojrzała się na mnie surowym wzrokiem.
-Skoro jesteś tak uparty, to jak mam ci przemówić do rozumu? Tu masz potrzebne rzeczy i rusz się wreszcie w drogę - popchnęła mnie delikatnie w stronę drzwi i wcisnęła mi w ręce torbę.
Przewróciłem oczami i założyłem torbę na ramię.
-Kiedyś jeszcze nawiedzę to miejsce. –powiedziałem z uśmiechem, na który kobieta odpowiedziała.
-W to nie wątpię młodzieńcze, a teraz SIO! - wyszedłem z domku. -Myślę, że następnym razem przyjedziesz ze swoim królewiczem! - pomachała mi i zniknęła.
Podszedłem do mojej klaczy, która zarżała radośnie podbiegając do mnie. Podrapałem ją za uszami, a potem wskoczyłem na jej grzbiet. Spojrzałem szybko na mapę daną mi przez kobietę i schowałem ją.
*
Drzewo. Wysoki krzak. Drzewo. Jakieś zwierze. O! Ludzie nie wierze kolejne drzewo. Westchnąłem na monotonie krajobrazu.Według wskazówek staruszki gdzieś w tej zieleni miało zamieszkiwać jakieś plemię, które odcięło się od władzy i żyło na własny rachunek. Ich zasady, obyczaje, kultura wszystko było takie samo od pokoleń.
Ciekawe jakie nastawienie mają do obcych.
Poczułem obecność Maro w swoim umyśle co całkowicie zignorowałem koncentrując się na urokliwym lesie. Niech sobie popodziwia widoki, pomyślałem z rozbawieniem.
Chwilę jeszcze jechałem gdy nagle w moją stronę pomknęła strzała. Dzięki szybkiemu schyleniu głowy, strzała wbiła się w drzewo za mną. Czyli dotarłem do tego plemienia? -pomyślałem i zeskoczyłem z klaczy.
-Ja tu przybyłem pokojowo! -krzyknąłem nie wiedząc gdzie mogą się znajdować moi oprawcy. Nie mniej jednak atak się nie powtórzył, a chwilę później między z drzewa kawałek dalej zeskoczyły dwie osoby.
-W takim razie po co tu jesteś? -zapytała kobieta mierząc do mnie z łuku. Przyjrzałem się im z zainteresowaniem. Ich ciała były w większej części odkryte przez co mogłem zobaczyć niezwykłe tatuaże mieniące się dość widocznie żywiołami. Ich stroje były wykonane tak by ułatwić im ruchy. Kobieta miała z pozoru sukienkę, ale po przyjrzeniu się zauważyłem rozcięcia po bokach ukazujące przylegające, krótkie spodenki.
-Przysłała mnie Irian'a Asver. -powiedziałem i zobaczyłem ich wymianę spojrzeń.
-Kolejny? Znów? Ta kobieta na zbyt dużo sobie pozwala - odpowiedział jej towarzysz.
Chłopak mógł być trochę starszy ode mnie. Miał niezwykłe, złote oczy z ciemną obwódką. Jego włosy miały odcień mlecznej czekolady, a końcówki bursztynu. Tak jak kobieta miał zawiłe wzory mieniące się żywiołami na rękach i kawałku szyi. Jedyne co go odróżniało od kobiety, że miał miecz oraz srebrną opaskę na czoło, która wyglądała jak jakaś starożytna korona. Wyglądem przypominała chudziutki wianek z drobnych, srebrnych kwiatuszków.
-W tym muszę się z wami zgodzić. -mruknąłem. Pogładziłem bok swojej klaczy. -Więc... mam dostać jakąś życiową radę? Miotłą po twarzy? Czy wykrwawić się w lesie i ruszyć dalej?
-To już się zobaczy. Jak się nazywasz? -ruchem ręki złotooki nakazał iść za sobą.
-Sive Crispo.
-Moja towarzyszka to Enalli. Ja jestem Mahado, syn przywódcy plemienia.
-Miło mi.
*
Nie spodziewałem się tego, ale mieszkańcy plemienia mieszkali w odbudowanych, starych ruinach jakiegoś ogromnego zamku. Mahado zaprowadził mnie do sali gdzie znajdował się jego ojciec z jakimiś starszymi ludźmi. Wszyscy mieli te dziwne tatuaże i lekkie szaty.
-Ojcze to... -chłopakowi w zdaniu przerwał także złotooki mężczyzna.
-Ma język. Niech on mówi.
-Sive Crispo. -przedstawiłem się przyglądając mężczyźnie. Ci ludzie mnie ciekawili byli dość intrygujący i coraz bardziej chciałem poznać ich kulturę.
Siwiejący mężczyzna przyjrzał mi się uważnie jakby oceniając i poznając. Jego przeszywający wzrok zdawał się mnie prześwietlać.
-Czego od nas pragniesz? Bo wątpię by Irian'a przysłała cię to z byle powodu.
-Oczyszczenie duszy? Chyba o to chodziło. Mam się pozbyć swoich demonów i uspokoić wewnętrznego potworka. -powiedziałem z prostotą.
-Masz w sobie duży potencjał, ale powinieneś pomyśleć nad tym czy chcesz tego. Mój syn mógłby cię wszystkie nauczyć o nas, o naszej kulturze, magii, ale czy poświęcisz te parę miesięcy? Widzę w twoim sercu tęsknotę do osoby ci bliskiej. Jeśli masz być skupiony na treningach albo go tu sprowadź, albo zapomnij.
-Po pierwsze moja magia jest zablokowana. Po drugie nie mogę go tu sprowadzić... nie teraz. Po trzecie nie sądzę bym mógł tu tyle czasu zostać. Przykro mi.
-Na naszej ziemi czas inaczej płynie niż u was - powiedział syn mężczyzny. -U was godzina u nas cały dzień.
Poczułem na sobie wzrok mężczyzny i uczucie delikatnego chłodu na skórze.
-Nawet jeśli Alahis jest królem, to może tu przybyć. Może nawet on się czegoś nauczy -powiedział, a mnie zdziwiło skąd wiedział o Hisie. -Pokazałeś mi to w myślach. Nie kontrolujesz swojej mocy, na co jesteś podatny na 'atak duszy'.
-Jesteś przerażający... -mruknąłem, a mężczyzna posłał mi rozbawione spojrzenie.
-Otella zaprowadzi cię do komnaty gościnnej. Dostaniesz także pergamin i atrament by napisać do niego. Nie opisuj drogi, jastrząb którym wyślesz list poprowadzi go tu. Jeśli się na to zdecydujesz, od jutra Mahado może cię uczyć.
-Dziękuję? -lekko skonsternowany ruszyłem za niską kobietą.
Mój pokój znajdował się ku mojemu lekkiemu rozbawieniu w wieży. Jasne pastelowe barwy ścian, meble z ciemnego drewna. Z okna widziałem las i znajdujące się w oddali jezioro.
Aktualnie siedziałem na parapecie okna i rozmyślałem jaką decyzję podjąć.
Byłem ogromnie ciekawy ich, ale nie chciałem sprowadzać tu Hise. Martwiłem się o niego i nie chciałem by coś mu się stało. Droga była dość długa, a Alahis jako król mógłby zostać zaatakowany.
W tym wypadku zostało mi chyba tylko odsunięcie od siebie uczuć i tak jak powiedział mężczyzna... zapomnieć.
Przymknąłem oczy opierając się o framugę okna. Nie chciałem narażać chłopaka na niebezpieczeństwo i nie mogłem zapomnieć, że miał on teraz większe zobowiązania, jego poddani na niego liczyli. Nie mogłem od tak poprosić go by rzucił wszystko i przybył. Ale wiedziałem, że zapomnienie o nim nie będzie łatwe.
-Nie powinieneś zapominać o kimś kogo kochasz -obok mnie znikąd pojawił się Mahado. -Ja bym na twoim miejscu poczekał po prostu z tym treningiem. A jak bardzo ci zależy na nauce powiem ci jak uwolnić moc, pozbyć się tych twoich potworków, po prostu w skrócie i sam będziesz trenował, ale w kraju od Alahis'a.
-Przestaniecie mi wchodzić do głowy? -zapytałem spoglądając na niego. Westchnąłem. -Zapomnienie ma być tymczasowe tak? Chodzi po prostu bym nie mieszał uczuć w trening. Do Hisy nie wrócę przez jeszcze dłuższy czas bo oprócz was mam jeszcze nawiedzić trzy inne miejsca.

