poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Rozdział 14

SIVE

-Sive. Proszę cię, otwórz... - słyszałem już to zdanie któryś raz z rzędu dziś. -Hisa przyjechał. Chciałby cię zobaczyć.

A ja chciałbym umrzeć, ale czy kogoś to obchodziło? Otarłem mokre policzki i z Fumo obok siebie wygramoliłem się z łóżka. Papiery leżały na pościeli w istnym chaosie. Przekręciłem drzwi i powoli je otworzyłem.

Na korytarzu stała moja siostra razem z Hisą. Był bladszy niż pamiętam. Jego oczy świeciły dla mnie obcym żarem. Zmienił się. Albo to ja się zmieniłem.

-Sive... - głos białowłosego załamał się i poczułem na sobie jego ciepłe ramiona. Spiąłem się. Nie odwzajemniłem uścisku. Stałem tylko w bezruchu. Nie chciałem by ktoś mnie dotykał. Po prostu nie. Plecy wciąż się goiły po ostatniej zabawie Nate'a.
 Czułem ciepły oddech na szyi i łzy chłopaka, który kurczowo mnie obejmował.
Powinienem coś czuć prawda? Radość, smutek, rozpacz... Najgorsze było chyba to, że nie umiałem z siebie wykrzesać tych emocji.

-Martwiliśmy się o ciebie... - spojrzał się na mnie. -a ja nadal się martwię. Zmieniłeś się.

Co miałem mu odpowiedzieć? Nie wiedziałem nawet czy wierze w to co mówi.
Poczułem się zagubiony. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Wreszcie nie umiejąc wytrzymać jego spojrzenia wyminąłem go i ze wzrokiem wbitym w ziemie ruszyłem na dół. Słyszałem za sobą kroki, ale nie odwróciłem się. Wszedłem do kuchni i napotkałem masę osób. Albo mi się tak wydawało. Zatrzymałem się na chwilę mając ochotę zawrócić. Przygryzłem wargę następnie ruszyłem w głąb pomieszczenia. Po zaparzeniu sobie herbaty usiadłem na stołku. Czułem te wszystkie spojrzenia na sobie lecz starałem się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.

-Jak się czujesz? - przerwał panującą ciszę Marshall. Spojrzałem na niego. Upiłem łyk ciepłego napoju rozmyślając nad jego pytaniem. Źle, okropnie...

Wzruszyłem ramionami.

-Pusto...-szepnąłem.

-Gdzie ty niby idziesz?! - usłyszeliśmy krzyk z góry.

-Mam parę zadań do wykonania - głosy się zbliżały.

-W twoim stanie?! Zwariowałeś?! A jeśli rana się otworzy?! - teraz łatwo poznałem głosy.

Był  to Asher i Alahis.

-Mahiro! Weź mu przemów do rozumu! - do pomieszczenia wszedł niebieskowłosy chłopak. Przyglądałem się wszystkim.

-A co znowu chce zrobić? -zapytał blondyn.

-Przyjąć zlecenia zabójstw!

-Masz na to czas, weź nie przesadzaj Hisa. Jeszcze nie do końca jesteś w formie -mówił Mahiro z troską w głosie. 

-Dam radę. Przelej swoje troski na Ruke - odparł i założył dobrze mi znaną bluzę i chustę. Zeskoczyłem ze swojego miejsca i ruszyłem do wyjścia z pomieszczenia. Nie chciałem żadnej troski. Ona i tak nic nie pomoże.

-Uważaj na siebie -szepnąłem jeszcze zanim opuściłem kuchnie.

ALAHIS


Było już późno. Siedziałem na dachu budynku i obserwowałem. W końcu wyszedł mój cel z budynku obok. Miał ochronę. Czterech mężczyzn. Jeden z nich był młody.  Bał się. Każdy z żywiołu ognia. Gdy tylko  oddalili się od monitorowanego terenu zacząłem swoją zabawę. Cicho przemknąłem skacząc po dachach domów. Cechowałem się tym, że więcej obserwowałem niż atakowałem. Na odległość byłem bardziej niebezpieczny. Wyciągnąłem zza pleców swoją snajperkę. Zacisnąłem wargi gdy przypomniał mi się dzień w którym ją dostałem. Dievas...

Znajdując idealne miejsce rozłożyłem się. Z drugie strony drogi pojawił się starszy mężczyzna z ciemnym zarostem w garniturze. Niósł w prawej ręce czarną walizkę.   Za nim szło dwóch strażników. Trójka z żywiołu wody.

-Teraz tylko poczekać na odpowiedni moment... - powiedziałem cicho sam do siebie.

Ukryłem swoją energię by strażnicy mnie nie wykryli. Po paru minutach nadszedł ten moment. Mężczyzna z żywiołu ognia zastrzelił tego z walizką. Przeładowałem broń i zestrzeliłem pierwszego strażnika. Za nim reszta zauważyła to, zabiłem ich. Zarzucając na plecy snajperkę pobiegłem za uciekającym mężczyzną.

Po paru sekundach już  byłem obok niego, więc zeskakując wytworzyłem wokół nas ognisty wir.

-Witam panie Jefferson - powiedziałem zmieniając delikatnie głos.

-Kim ty jesteś? - spytał potajemnie szukając jakiegokolwiek wyjścia.

-A już myślałem, że moja osoba jest panu znana...Zasmucił mnie pan - uśmiechnąłem się, lecz mężczyzna nie mógł tego zobaczyć przez moją zasłoniętą twarz.

-Co ty pieprzysz do cholery?!

-Na pewno nie ciebie...Zwą mnie Dievas*. A teraz trochę pobawimy się...

*

Co za tchórz. Jak można być taką osobą?!  Wszedłem zmęczony gonieniem "szczura", którego miałem zabić. Zdejmując chustę i kaptur spojrzałem na salon. Kanapę zajmowała Em, Kiiara i Avis. Maro razem z Mahiro o czymś cicho rozmawiali, a reszty nie było.

-Wróciłem - powiedziałem na co wszyscy zwrócili uwagę.

-Wszystko dobrze? - spytał Marshall.

Odkąd dołączyłem do Sempre Marshall traktował mnie prawie jak własnego syna. Przyzwyczaiłem się do tego szybko i sam go traktowałem jak ojca. Cała nasza grupa, razem z Toxic Mask stała się dużą rodziną. Od zaginięcia Sive'a do teraz relacje między nami wszystkimi się pogorszyły. To on i Marshall trzymali nas wszystkich razem.

-Jak widać...Jestem tylko zmęczony, przez ciągłe bieganie za tchórzami - odpowiedziałem z westchnięciem. -Idę się wykąpać...

SIVE

Spojrzałem na siebie w lustrze i westchnąłem.

Zniszczyli mnie. Zabili jakąś moją cząstkę.

Potrząsnąłem głową. Zemszczę się.
Wziąłem torbę z odpowiednimi rzeczami i przerzuciłem ją przez ramię. Przeczesałem dopiero co zafarbowane na mój naturalny kolor włosy i z Fumo, który dreptał za mną wyszedłem z pokoju. Otworzyłem drzwi i już prawie byłem na zewnątrz, gdy poczułem dłoń na ramieniu.

-A ty myślisz, że co robisz? -odwróciłem się i spojrzałem w zielone oczy.

-Muszę coś załatwić -mruknąłem robiąc krok w tył. Dłoń z mojego ramienia spadła.

-No to załatwisz kiedy indziej. Wyglądasz jak trup, Nie puszczę cię w takim stanie nawet do sklepu po bułki - powiedział zamykając drzwi.

-Obaj wiemy, że mój wygląd się przez dłuższy czas nie poprawi, więc daj sobie spokój z trzymaniem mnie tu. -mówiłem lekko załamującym się głosem. Założyłem kaptur bluzy i ponowni
e otworzyłem drzwi.

-Nie chodzi mi sam wygląd...Zróbmy ultimatum. Pozwolę ci wyjść jak pokonasz mnie w walce. Inaczej możesz sobie pomarzyć nawet o wyjściu do ogródka.

-Nie mam zamiaru z tobą walczyć Maro -powiedziałem spokojnie, a następnie wybiegłem trzaskając drzwiami. Wiedząc, że i tak zielonooki może mnie zlokalizować za pomocą kryształu zwolniłem i już normalnym tempem ruszyłem przed siebie.

*

Zapukałem do drzwi odpowiedniego domu i czekałem. Gdy w drzwiach pojawiła się niska blondynka.

-Jest Lukas? -zapytałem cichym głosem. Dziewczyna odwróciła się i zobaczyłem jak z jakiegoś pokoju wychodzi niebieskooki chłopak. Widząc mnie w jego oczach błysnęło poczucie winy.
Podszedł on do mnie i chciał mnie przytulić, ale odskoczyłem w tył. -Nie dotykaj mnie. 

-Siv ja musiałem... Musisz zrozumieć oni mieli Ami...-jego głos wypełniony był rozpaczą, a w oczach błyszczał smutek i powstrzymywane łzy. -Mam tylko ją...I nie wiedziałem, że zrobią ci krzywdę... Mówili, że...

-A ty im uwierzyłeś? Ludziom, którzy nie tylko porwali twoją siostrę, ale i innych? Myślałem, że jesteś mądrzejszy. -to była najdłuższa rozmowa odkąd wróciłem. Szkoda tylko, że takie okoliczności skłoniły mnie do mówienia.

-Lu... O co chodzi? -zapytała niepewnie dziewczyna. Spojrzałem na nią kręcąc głową.

-Nie mam ci tego za złe. Zrobiłeś co uważałeś za słuszne. -powiedziałem Lukasowi. Była to półprawda. Jego zdrada bolała.

-Victor wie?

-A myślisz, że żyłbyś jeszcze? -odparłem pytaniem na pytanie. -Nie powiedziałem nikomu. Sam dowiedziałem się przez przypadek... Wyjedź Lukas i najlepiej unikaj mnie, gangów i tego w co się wmieszałeś po śmierci waszej matki. Zaopiekuj się siostrą i żyj normalnie...

Podałem mu dużą kopertę. Chłopak wziął ją z niepewnością i podał siostrze, sam wpatrywał się we mnie z troską, na którą było już za późno. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a w tym wypadku nad rozlaną krwią, pomyślałem ironicznie.

-A co z tobą?

-A co ma być? To co się stało...-wzdrygnąłem się na wspomnienia, które szybko odrzuciłem. -Muszę się nauczyć z tym żyć...

-Ale co zamierzasz w sprawie Revessa?

-Nie jest on moim celem jeśli o to ci chodzi. On jest pionkiem, który chciał zabłysnąć i wykorzystać to do własnych korzyści. Ale Nate...on zasłużył na śmierć. Jak pewnie wiesz zniknął. Chcę wiedzieć gdzie się ukrył. A ty poznałeś ich plany... -zapadła cisza. Mierzyliśmy się wzrokiem. -Jesteś mi to winien.

Blondyn westchnął.

-Zemsta do niczego nie prowadzi. -mruknął, ale ze smutkiem w oczach dodał -Powinien być w jednym ze swoich domków letnich, rodziny Enimes.

Kiwnąłem głową ze zrozumieniem. I odwróciłem się by odejść.

-Powodzenia Sive.

-Żegnaj...


ALAHIS

Przebrany w czyste ciuchy ruszyłem do pokoju Ruki. Zapukałem, ale nikt nie odpowiedział. Gdy wszedłem zauważyłem tylko smutnego wilka, leżącego u nóg łóżka.

-Fumo? Gdzie Sive? - spytałem się wilka i delikatnie pogłaskałem go za uchem.

Wilczek zaskomlał cicho i zeskoczył z łóżka. Gdy tylko trącił nosem drzwi, od razu domyśliłem się, że chłopak jest albo na dole, albo uciekł.

Jeśli się okaże, że to drugie to go uduszę! Zbiegłem po schodach i wpadłem jak burza do salonu.

-Gdzie jest Ruka?

-Debil wyszedł -burknął niezadowolony Maro zaciskając pięści.

-I.ty.mu.na.to.pozwoliłeś? - spytałem, a po mojej skórze przeszły małe płomyki.

-Nie bądź głupi...

-Nie kłóćcie się. Wróci. Przecież nie oznajmił, że wyjeżdża czy coś -wtrącił się Victor.

-Gówno prawda! - warknąłem.

W pomieszczeniu zapanowała napięta cisza. Wszyscy <oprócz Ashera> odczuwali zaniepokojenie wyjściem/ucieczką/zniknięciem Sive.

-Przesadzasz -odpowiedział Victor.

-To że ciebie nie obchodzi co się dzieje...-krzyknąłem lecz szatyn wstał i z wściekłością wypisaną na twarzy spojrzał na mnie.

-Nie waż się uważać, że tylko ty się o niego martwisz!

-Jakoś po tobie nie widać... - mruknąłem na co szatyn łapiąc mnie za szyję przycisnął do ściany.

Uderzyłem go w brzuch wyrywając się z jego uścisku. Victor skrzywił się i rzucił w moim kierunku. Zaczęliśmy się bić nie zważając na krzyki innych. Gdy dostałem w twarz zachwiałem się i upadłem, a szatyn przycisnął mnie do podłogi. Na szczęście na treningach nauczyłem się jak w takiej sytuacji zmienić miejsca z atakującą osobą.
W którymś momencie usłyszałem kroki, ale zbyt zajęty wyładowaniem się na szatynie nie zwróciłem na to uwagi.

-Ominęło mnie coś? -odezwał się znany mi głos.

-Nic ciekawego - odpowiedział Asher w ogóle nie przejmując się nastałą  chwilą. Usłyszałem powiew wiatru i poczułem jak jego siła unosi mnie z ciała szatyna. Gdy odwróciłem się by nawrzeszczeć na osobę, która się wtrąciła ujrzałem granatowowłosego chłopaka, który wpatrywał się w nas z nieczytelną miną.

-Rozmowa więcej wniesie niż mordo-bicie -oznajmił opierając się o framugę z torbą na ramieniu.

Spojrzałem ostatni raz na Victora i z cichym prychnięciem odszedłem w stronę zamku.

SIVE

Podałem Victorowi woreczek lodu, a następnie nie wiedząc co bym mógł tu robić dłużej ruszyłem do przejścia na korytarz.Zagwizdałem w stronę schodów i już po chwili zbiegał po nich mój wilczek. Z Fumo u boku ruszyłem w stronę sali do ćwiczeń.

*

Uderzałem w kukłę imitującą człowieka wyładowując na niej wszystko co mną targało. Wściekłość, smutek, ból, rozpacz, niepewność... Wszystkie emocje, które doskwierały mi od czasu uwolnienia.
Chciałem by ta pustka w środku zniknęła. By blizny na ciele nie wywoływały we mnie uczucia bezradności, wstydu i wspomnienia przeżywanego koszmaru.

Poczułem łzy, które zaczęły zamazywać mi obraz. Wykonałem bezsilne uderzenie i opadłem na kolana oddychając ciężko.
W głowie słyszałem kpiący głos Nate'a i jego zwycięski uśmiech, gdy wrzeszczałem chcąc by to cierpienie się skończyło.

Do moich uszu dotarło skomlenie, a następnie poczułem zimny nos na policzku. Spojrzałem na Fumo, który liznął pocieszająco moją twarz. Wtuliłem się w jego miękkie futro całkowicie pozwalając zawładnąć sobą emocją.

*

Kolejne dni mijały. Wypełnione były monotonią jako, że dostałem niepodważalny zakaz opuszczania domu. Moje protesty i wrzaski były na nic. Decyzję podjęli za mnie.
Tak więc większość czasu spędzałem u siebie w pokoju czytając bądź szukając czegoś o rodzinie Enimes. Zdarzało się, że ktoś wpadał by się pogapić na mnie, jakby wciąż obawiali się, że zniknę.
Starałem się jak najbardziej wrócić do normalności  co nie było łatwe.
Pustka, którą czułem na początku nie zniknęła, ale już przestała mi doskwierać.

Hisa próbował kilka razy wciągnąć mnie w dłuższą rozmowę. Widziałem jak się stara unikać dotykania mnie. Te niegdyś radosne, szkarłatne oczy były teraz pełne troski, smutku i niepokoju. Czułem się źle wiedząc, że moje aspołeczne zachowanie martwi innych, a w szczególności białowłosego...


Siedziałem w fotelu w salonie pijąc spokojnie herbatę i czytając jakąś starą księgę. Moje myśli nie były właściwie skoncentrowane na tekście tylko błądziły sobie własnymi ścieżkami.


ALAHIS


Kolejny monotonny dzień. Te same czynności i żadnej poprawy.
Szósta rano, pobudka. Ubranie się. Śniadanie.
Dziewiąta rano. Sprawdzanie wszystkich papierów na temat Revesse i ludzi zaplątanych w jego porwanie.
Jedenasta. Bieg. Ćwiczenia.
Czternasta. Obiad.
Potem chwila spokoju i ruszenie do Sempre.
Victora unikałem. Nie miałem chęci go przepraszać lub rozmawiać z nim. Siedziałem w pokoju fiolotowowłosego. Próbowałem jakoś z nim porozmawiać, ale spełzło na próbach. Był zamknięty w sobie jak nigdy. Widziałem jego złe reakcję na dotyk, choć było to bardzo ciężkie, starałem się go nie dotykać.
Gdy widziałem obojętność w oczach chłopaka miałem ochotę się po prostu rozpłakać. Bolało mnie to co z nim zrobili i jaki jest przez to. Przed tym wydarzeniem byliśmy ze sobą tak blisko. Teraz czułem się nie istniejącą dla niego osobą.
Smutek próbowałem kryć przed każdym. Złe emocje, takie jak wściekłość na Revesse wyładowywałem na ludziach z zleceń. Prawie już w ogóle nie przyjmowałem papierkowych spraw lub zlokalizowania kogoś. Teraz było dla mnie ważne znalezienie mężczyzny i zemszczenie się.

-Wszystko dobrze? - spytał Mahiro wchodząc do mojej komnaty.

-Nic nie jest dobrze. Wszystko się zjebało - jęknąłem.

Tylko on widział mnie ze łzami. Usiadł obok mnie i po prostu przytulił. Brakowało mi bliskości pewnej osoby. Sive...

-Pomyśl jak jemu musi być ciężko - powiedział, a ja zacisnąłem dłonie na jego koszulce.

-Kiepsko pocieszasz - wyszeptałem i po prostu zasnąłem mu na kolanach. Jeszcze na skraju świadomości poczułem kładącą się obok mnie wilczycę.

Dziś cię nie odwiedzę mon ami...*


SIVE 
 -Maro już jest dobrze. Wszystko się zagoiło i lepiej nie będzie. A teraz zrozum, że ja muszę go zabić -mówiłem to samo od dobrych paru minut, a zielonooki wydawał się być głuchy. 

-Może to zrobić ktoś inny Sive nie widzę powodu byś to ty musiał zabić tego mężczyznę -odparł.

-On. Jest. Mój. -wycedziłem skupiając na sobie osoby, które akurat siedziały w salonie i widziały naszą dwójkę na korytarzu.

-Czemu tak ci zależy?

-Bo to on zabrał mi część mnie! -warknąłem tracąc maskę, którą tak starannie utrzymywałem -To przez tego dupka wszystko diabli wzięli! To on pokazał mi piekło!

Maro przełknąłem ślinę i spojrzał mi w oczy.

-On ci jej nie odebrał, tylko ty jej nie umiesz z powrotem używać - powiedział smutnym tonem.

-Może i tak -przyznałem mu rację po dłuższej chwili -Ale to nic nie zmienia. Myślisz, że nie widzę waszych emocji spowodowanych moim zachowaniem. Że nie widzę bólu bądź smutku w waszych oczach gdy za wszelką cenę unikam dotyku? Staram się przełamać, ale za każdym pieprzonym razem wraca do mnie to co on mi robił. Jego dotyk niósł tylko i wyłącznie cierpienie...

-To chociaż pamiętaj o tym, że my nie chcemy ci zrobić krzywdy - powiedział.

Westchnąłem. I przetarłem zmęczony twarz.

-Pamięć jest moją zgubą -szepnąłem i mając dość tej rozmowy ruszyłem na samą górę, a następnie jednym ze starych przejść przeszedłem na dach. Lekkie promienie słońca sprawiały złudną nadzieje ciepła, chłodne powietrze orzeźwiało człowieka w przyjemny sposób.  Spojrzałem w szaro-błękitne niebo. Coś w moim środku chciało wrzeszczeć. Wiedziałem, gdzie znajduje się ten drań, a miałem zakaz wyjścia i dobicia go?  Jednak inna cząstka zadawała mi pytanie, czy zemsta rozwiąże moje problemy?

Nie wiem ile tak stałem po prostu patrząc w niebo i rozmyślając.
Słońce zaczęło się powoli chować za horyzontem, gdy poczułem ciepłą dłoń na ramieniu. Drgnąłem zaskoczony i odwróciłem się. Za mną stała moja siostra. Miała na sobie ciemne lekko obcisłe spodnie, buty za łydkę i czarną bluzkę, a na to kurtkę. Patrzyła na mnie z determinacją w oczach. Może i była ode mnie młodsza i niższa, ale moc jej spojrzenia nie traciła na tym.

-Widzę twój ból. W twoich oczach czai się coś co mnie przeraża, ale sądzę że zabicie tego bydlaka możemy uznać za początek nowej ścieżki w życiu Siv -powiedziała. Spojrzałem na nią zaskoczony. Zanim zadałem pytanie niebieskooka potwierdziła moje przypuszczenia. -Pomogę ci do niego dotrzeć. Nie chcę byś nie miał wsparcia w tamte chwili czy kiedykolwiek później, więc musisz mnie znieść braciszku...

Wpatrywaliśmy się w siebie. Białowłosa zbliżyła się powoli, jej szczupłe ramiona powoli objęły moją talie. Spiąłem się chcąc się wyswobodzić z jej uścisku, ale jednocześnie coś chciało tego.

Ona cię nie skrzywdzi...

Przełamując swój wewnętrzny opór objąłem ją. Staliśmy tak wtuleni w siebie przez chwilę, a gdy się od siebie odsunęliśmy zobaczyłem lekki uśmiech na jej wargach.

-Witaj z powrotem Siv -oznajmiła. Pokręciłem głową czując chyba nawet lekkie rozbawienie jej słowami. Kto by pomyślał, że to ona będzie tą, która do mnie dotrze. Będzie moim wsparciem.

Zeszliśmy z dachu i zaszyliśmy w moim pokoju obmyślając plan akcji.
Gdy już było ciemno, a wszystko ustalone zaczęliśmy się zbierać.
Zabrawszy broń ruszyliśmy.

*

  Dostanie się do posiadłości nie było trudne. Do samego budynku weszliśmy po otworzeniu wytrychem drzwi kuchennych. Cicho przemieszczaliśmy się po ciemnym domu. chodząc od pokoju do pokoju. Szukając jednej konkretnej osoby.
Odpowiedni pokój znaleźliśmy na piętrze. Spojrzałem z obrzydzeniem na postać, która nieświadoma niebezpieczeństwa leżała w łóżku. Widząc jego twarz wszystko do mnie wróciło.
Ogarnęła mnie wściekłość, a zarazem rozpacz. Chciałem go zabić. Rozszarpać. Kawałek po kawałku. Chciałem by cierpiał, by wiedział jak to jest.
  Wyciągnąłem pistolet. Ujrzałem lekkie zaskoczenie na twarzy Corin, ale dziewczyna nie odezwała się.
Nie było w tym żadnej finezji, tylko prosty, szybki strzał. Rozbryzg krwi i cisza, którą przerwała moja siostra, gdy już opuściliśmy pokój Nate'a.

-Myślałam, że będziesz bardziej... brutalny -szepnęła.

-Chciałem, ale nie jestem nim...

ALAHIS


Jeszcze jedno okrążenie. Jeszcze trochę. Dasz radę.

Dobiegłem do ogrodów zamku i zmęczony z przyspieszonym oddechem położyłem się na trawie. Wziąłem parę uspokajających wdechów i wydechów. Powoli wstałem  i zacząłem robić przysiady oraz pompki. Wyciągnąłem zza pasa dwa noże do rzucania.

Chwyt. Skupienie. Rzut.

Podszedłem do drzewa, które robiło za mój cel i wyciągnąłem z niego mocno wbite noże.

-Nie za ciężko trenujesz książę? - spytał się mnie znajomy głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem neonowo niebieską czuprynę włosów Asher'a. Westchnąłem  podchodząc do niego.

-Muszę nadrobić moją śpiączkę.

-Już dawno ją nadrobiłeś - powiedział. -Hisa, przesadzasz z tymi treningami. Już dawno pobiłeś mnie, czy nawet Victor'a.

-Nie mówmy proszę cię o nim - odparłem od razu siadając w altance razem z chłopakiem. -Coś chciałeś?

-Mam zadanie i potrzebuję cię do niego - powiedział, a w jego oczach świeciły nie znane mi dotąd iskierki.

-Szczegóły - mruknąłem biorąc ze stołu butelkę wody.

-Trzy tygodniowy wyjazd do Roccia. Mam listę ludzi, których muszę zlikwidować.

-Powód?

-Pracują razem z Revesse i są wplątani w porwania odmieńców...

-Daj mi się zastanowić. Obawiam się, że trzy tygodnie to za dużo i ojciec coś wymyśli. Nie chcę jakiś kłopotów dla Sempre czy Toxic Mask.

Niebieskowłosy dał mi buziaka w policzek i uśmiechnął się.

-Daj mi znać do piątku - powiedział i odszedł. Mam trzy dni...

Dotknąłem swojego policzka. Gdybym nie był tak zmęczony już by pożałował tego. On myśli, że ma jakieś szanse u mnie. Mam dość powtarzania się.

SIVE

Obudziło mnie walenie do drzwi bo pukaniem to to nie było. Fumo spojrzał obrażonym wzrokiem na drzwi i wrócił do spania na moich nogach.

-Sive wstawaj do cholery i otwórz te drzwi! -usłyszałem głos Maro. Ziewnąłem głaszcząc wilka, a następnie wstając. Otworzyłem i od razu wiedziałem, że on już wie. -Do salonu.

Ruszyłem za nim jak na ścięcie. W salonie już był chyba każdy. Przełknąłem ślinę. Czułem się jak przed Sądem Najwyższym.
Rozejrzałem się po pokoju i uchwyciłem wzrok wyraźnie rozbawionej Corin. Pokazałem jej język i z pokonaną miną stanąłem na środku pokoju.

-Wiesz o co chodzi? -zapytał zielonooki. Zrobiłem minkę pt."Jestem niewinny Wysoki Sądzie" i wzruszyłem ramionami.

-Stęskniłeś się? -zapytałem czym zbiłem chłopaka z tropu. Spojrzał na mnie podejrzliwie.

-Ćpałeś coś? -z wrażenia aż otworzyłem usta. Patrzyłem się na niego z niedowierzaniem, a następnie wybuchnąłem śmiechem. Teraz to każdy wpatrywał się we mnie tak jak Maro. No ej ludzie rozumiem, że ostatnio humorem to ja nie grzeszyłem, ale serio? Żeby mnie podejrzewać o takie rzeczy...

-Może mu już odbiło? -wtrącił się Asher.

-Co za oskarżenia -mruknąłem próbując zachować powagę. -Może pójdę do szamana po jakieś ziółka. Myślisz, że to zadziała Ashie?

Chłopak otworzył już usta by pewnie wygłosić jakąś kąśliwą uwagę lecz przerwał mu Marshall.

-Dość. Sive wczoraj zginął mężczyzna, którego tak bardzo chciałeś zabić -nie uśmiechać się, nie uśmiechać się, nie uśmiecha...Kąciki moich ust minimalnie się uniosły -Chcemy wiedzieć czy to twoja sprawka.

-Przecież miałem się stąd nie ruszać -odparłem unikając odpowiedzi.

-Tak. Bo każdy ci wierzy jak harcerzowi - wtrącił swoje pięć groszy niebieskowłosy.

-Pytamy się serio Dolce - powiedział szatyn. Zmrużyłem oczy na przezwisko z dzieciństwa.

-A kiedyś miałem aspiracje na zostanie harcerzem -mruknąłem w kierunku Asher'a. Zmęczony już staniem jak ten głupi usiadłem na oparciu fotela, na którym siedział Hisa. -A co do pytania to...czemu pytacie?

-Zmieniłeś swoje zachowanie, zabiłeś go i znając życie pomógł ci w tym ktoś stąd...No w sumie tyle. No i dziwimy się, że tak łagodnie sobie będzie wąchał kwiatki od spodu - powiedział białowłosy.

-Nie jestem nim mon prince -odparłem i widziałem jak w szkarłatnych oczach pojawiają się mieszane emocje. -Zabijając go w jakiś brutalny sposób poprzedzony torturami nie byłbym lepszy od niego. A nie o to w tym chodziło...

-Słyszysz Hiska?! Zerooo tortur!- zawołał Mahiro.

-Nie zmienię zdania Mahiro - odparł natychmiast i spiorunował wzrokiem złotookiego, który chciał jeszcze coś powiedzieć. Spoglądałem na nich z niezrozumieniem.
 Zacząłem powoli odczuwać chłód w pokoju. Spodnie dresowe i bezrękawnik to nie jest za ciepły strój. W pewnym momencie Corin wstała i po prostu siłą wyciągnęła mnie z pokoju.

-Zamierzasz im powiedzieć? -zapytała.

-Którą część? Bo wiesz jest ta o tym, że mam dokumenty, że wiem gdzie jest prawdopodobnie Revess, kto zdradził, no i ludzie z odmiennymi mocami. Więc zależy o co pytasz -zapytałem opierając się o ścianę na korytarzu.

-Wszystko. Powinni wiedzieć. Szczególnie białowłosemu o Revesse. Dość uparł się na tego mężczyznę. -przeczesałem nerwowo włosy.

-Oni mnie zabiją za ukrywanie tego -szepnąłem. Dziewczyna posłała mi kpiące spojrzenie.

-Według mnie masz inny powód, dla którego to wszystko ukrywasz. Ale dość już tego wracamy tam, a ty pięknie się spowiadasz z tajemnic -oznajmiła i nie oczekując nawet odpowiedzi zaczęła ciągnąc moją zapierającą się postać z powrotem do salonu. Rozejrzałem się za możliwą drogą ucieczki.

-Nawet nie próbuj bracie -powiedziała białowłosa siadając na swoim miejscu z wyczekującą miną. -No już. Na co czekasz?
 
-Na gromy z nieba -mruknąłem. I wziąłem głęboki oddech. -Hmmm...więc tak jakby posiadam wiedzę kto stoi na szczycie tego całego znikania ludzi z odmienną mocą i mam dokumenty o każdej osobie takiej i wszystkie papiery Nate'a.

-I? -dopowiedziała moja kochana siostrzyczka.

-Wiem gdzie prawdopodobnie jest Revesse i... kto zdradził -szepnąłem czując się jak zdrajca przy ostatnich słowach.

-Ktoś zdradził...? - spytała Avis niepewnie.  Rozejrzałem się po wszystkich.

-Nikt z nas -mruknąłem -I nie wyjawię kto to. Przykro mi, ale... Nie mogę.

Zapanowała niezręczna cisza. Ja nie mając już nic do powiedzenia chciałem wstać, choć nie dane mi to było.

-Skoro tak...Gdzie jest Revesse? -zacisnąłem usta w wąską linie. Podszedłem do Alahis'a i nachyliłem się lekko w jego stronę. Pokonując swoje głupie uprzedzenie wyciągnąłem rękę i przejechałem delikatnie palcami po jego policzku.

-Revanche confessent votre douleur, ma chère. Mais il ne donne pas toujours un soulagement** Nie będę oczekiwał, że mu wybaczysz, ale...nie pielęgnuj w sobie nienawiści...To cię zniszczy -powiedziałem prostując się -Dam ci jutro potrzebne informacje.

-Rien que je promets mon cher*** - odpowiedział i delikatnie przejechał palcem po moich ustach.

Zacisnął oczy i odsunął się wychodząc z domu.

-Mahiro idziesz ze mną -oznajmiłem.

-A gdzie? -zapytał z zaciekawieniem blondyn.

-Do pewnych starych znajomych...

-A czemu nie bierzesz Maro?

-Bo on jest na mnie zły i ich nie lubi.

ALAHIS

Szedłem powoli ścieżką która prowadziła do zamku gdy usłyszałem szelest. Nie odwracając się zacząłem sprawdzać okolicę swoją energią i wyczułem za sobą parę metrów obcą osobę. W rękawie bluzy przygotowałem sztylet. Gdy osoba była już blisko szybkim ruchem ją unieruchomiłem. Był to jakiś chłopak. Miał ciemnobrązowe oczy i tego samego koloru włosy z jednym pasemkiem srebrnym. Miał maskę na pół twarzy.  Na sobie miał cały czarny strój.

-Kim jesteś? - warknąłem do niego.

-Ważniejsze pytanie, kim ty jesteś? Bo na pewno nie bezbronnym księciuniem Fiammy o którym tyle słyszałem - odpowiedział delikatnie zachrypniętym głosem.

-Nie ufaj plotką. Mają to do siebie, że prawie wszystko to kłamstwo - odparłem. -Więc kim jesteś?

Chłopak spojrzał na mnie znacząco, a ja z ociągnięciem wstałem z niego lecz nadal nie chowałem sztyletu.

-Moure - powiedział.

-Alahis. Czemu się tak skradałeś? - spojrzałem na niego uważnie.

-Miałem cię zabić, ale mi się odechciało...Za dużo z tym roboty. Mówił, że będzie łatwo, a ty nadal celujesz we mnie tym sztylecikiem - wskazał na moją rękę i przeciągnął się. -Słyszałem plotki, że udało ci się wpłynąć na Rukę, który ponoć został zdradzony przez tego blond lalusia...Patrząc na twoją postawę jestem skłonny w to uwierzyć.

-O kim mówisz? - spytałem z zaciekawieniem.

Blond laluś? O kim on mówi? O zdrajcy, tym samym, który został wspomniany przez Sive?

-No taki blondas co go Vernese przygarnął jak ojciec go wyrzucił z domu...

-Exo? - spytałem podejrzliwie.

Tylko jego osoba przychodziła mi do głowy. Ale jeśli to on...JAK ON MÓGŁ?!

-Tak! Właśnie. -potaknął chłopak. -Ale nie o niego tu chodzi. To prawda o mówią o Ruce?

Próbowałem trzymać emocje na wodzy. Jak on mógł zdradzić? Przecież Victor go zabije lub ja będę pierwszy.

-A co o nim mówią?

-Są dwie wersje, że ktoś zdradził jego kolejną akcje i nie żyje,  co się nie zgadza według mnie bo Sempre nie przeżywało by to widocznie, a tak nie jest. I wersja, w której jest mowa o jego zmianie. Ponoć stał się jeszcze bardziej...zabójczy -powiedział brązowooki z podziwem słyszalnym w głosie. -No i było to że to on cię zaatakował, ale to każdy w naszych kręgach odrzucił po tym jak zastrzegł sobie do ciebie prawa w dość...osobliwy sposób.

-Że co?! Nikt nie ma do mnie praw. Nie jestem kurwa zwierzęciem! - krzyknąłem na niego dociskając mu ostrze do szyi. -Co do pierwszego. Nie powinno cię to interesować. Ma się dobrze, tak jak ja.

-Źle to rozumiesz książątko -mruknął chłopak -On w ten sposób pokazał, że ktokolwiek spróbuje cię tknąć w nieodpowiedni sposób czyt. przyjmie zlecenie na ciebie, zadziera z nim i on będzie o tym wiedział. Co nie jest dziwne skoro ma wszędzie swoje wtyki. Ten gość jest legendą!

Spojrzałem na niego jak na jakiegoś chorego psychicznie człowieka i go puściłem. Nic nie mówiąc odwróciłem się i ruszyłem z powrotem w dalszą drogę.

-Obraziłeś się? - spytał doganiając mnie. -Jaki jest Ruka?

-Nie...A co ja? Informator? - spytałem się go ironicznie. -Nic nie powiem. Zaliczało by się to powiedzenia czegokolwiek wrogowi. A teraz spadaj na drzewo tam gdzie twoje miejsce.

-No ej! Nie bądź nie miły. I nie jestem jego wrogiem, co to to nie.

-Co ty się tak nim interesujesz?! Zwykły człowiek z takimi samymi umiejętnościami jak moje, takimi samymi problemami jak każdy człowiek. Powiem to tylko raz: TO NIE GWIAZDA BY SIĘ TAK PODNIECAĆ NA JEGO PRZEZWISKO.

 -On był najmłodszym zabójcą o jakim słyszano! I załatwiał sprawy nie tylko dla pieniędzy. To nie jest coś normalnego w tej branży. No i mówią, że jest niezwykle przystojny, co jest tylko plusem.

-Jesteś jego jakąś psycho-fanką? - spytałem patrząc się na niego.

Skąd ten człowiek się urwał?!

-No może to prawda, że jest przystojny...No i słodki. Ale tego mu nie mów bo cię zabije, a co do tych zabójstw nie dla kasy, to każdy z Sempre tak robi. I jak dobrze wiem z Toxic Mask - powiedziałem w końcu do chłopaka który cały czas robił maślane oczka i nie wytrzymywałem z nim psychicznie.

-Kim dla niego jesteś? -trzymajcie mnie bo strzele mu w ten łeb i będzie po problemie.

-Człowiekiem który dał mu azyl oraz przyjacielem... Więcej nie powinno cię interesować.

-Czujesz coś do niego?

-A co? Zazdrosna psycho-fanka?

-Nie jestem psycho-fanką -fuknął chłopak. -Po prostu jestem ciekawy. Zazwyczaj nie mówi się o innym chłopaku, że jest słodki. No i masz taki wzrok jak o nim mówisz. Jednym słowem wydajesz się coś do niego czuć.

-Zostawię to bez komentarza - odparłem kolejny raz próbując wrócić do zamku.

-Gdzie go mogę znaleźć?

-W piekle.

--------------
* Dievas <-- tłumaczenie z litewskiego; bóg
*mon ami <-- tł. z francuskiego; mój przyjacielu <w tym odniesieniu Alahis ma na myśli Siv'a>
**<fran.> Zemstą wyznajemy swój ból mój drogi. Lecz nie zawsze przynosi ona ulgę.
***<fran.> Niczego nie obiecuję mój skarbie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy