poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Rodział 8

ALAHIS

-Sive! Weź tego potwora! - Castiel zaczął uciekać po całym pokoju, gdyż wilczek Ruki zaczął go gryźć.

-Nie słyszę cię głosie z nicości -powiedział dziwnowłosy zajadając się czekoladowym ciastem, które znalazł w lodówce przed chwilą. Ignorował wszystkich zajadając się nim.

-Mój przynajmniej nie gryzie - zaśmiałem się i pogłaskałem Kardie.

-Ej! Weź go! -Cass podbiegł do niego i zabierając mu talerz zaczął uciekać dalej. Mina Sive była bezcenna. Zjadł to co miał na widelczyku, a następnie wstał.

-Ty bezczelny wysłanniku diabła! Oddaj mi moją kolacje! -wrzasnął biorąc Fumo na ręce. -Masz trzy sekundy albo jutro nie przeżyjesz treningu -zagroził z zabójczym spojrzeniem. 

-Wiesz... Bardzo dobre te ciasto - powiedział i zaczął je jeść. W oczach Siv'a błysnęła złość.

-Uspokój się - powiedziałem podchodząc do niego i opierając głowę o jego ramię. Kardie liznął go po twarzy.

-On ukradł mi ciastoooooooooooooo -wyjęczał jak dziecko bliskie łez. Po czym fuknął i z obrażoną miną usiadł na swoim miejscu ignorując każdego.

-Mogę ci upiec takie - powiedziałem siadając obok niego. -Nawet lepsze!

-Ale ja chce terazzzz -powiedział.

-A na nim się zemścisz na treningu - szepnąłem mu do ucha.

Wydawał się zainteresowany, ale i tak dopiero gdy jego ojciec położył przed nim duży kubek ożywił się. Wziął łyk ciemnego napoju i oblizał usta z szerokim uśmiechem.

-Dobre -mruknął. Wszyscy spojrzeli na ojca Sive, który uśmiechał się łagodnie do syna.

-Też tak kiedyś się zachowywałem. Wtedy jego matka zazwyczaj robiła gorącą czekoladę według sposobu jej babci -wytłumaczył.

-Dzień dobry panie Crispo - powiedziałem łapiąc wzrok z mężczyzną.

-Witaj Alahis'ie -odpowiedział siadając. -Siv dziewczyny przyjdą tu pojutrze, dobrze?

-Yhymm -mruknął, a następnie wskazał palcem na swoich przyjaciół -A wy dzięki Cass'owi macie jutro najgorszy trening jaki mogliście sobie wymarzyć. -uśmiechnął się przy tym w słodki sposób.

-Ja też? - spytałem od razu.

-Zastanowię się -odparł głaszcząc swojego wilczka.

-Supi - powiedziałem to z wielkim entuzjazmem. -Ej! Kardiá! Nie gryź stołu!

-Fumo idź pomóc gryźć stół -szepnął Sive puszczając wilczka, który zaczął biegać po pokoju od czasu do czasu zaczepiając ludzi. -Hisiu nie mogę ci dać taryfy ulgowej bo się niczego nie nauczysz. A moc mojego gniewu na pewną istotę -znaczące spojrzenie na Castiel'a -...raczej cię nie dosięgnie.

-Dobra, dobra...Bez taryfy ulgowej...

*Trening*

-Wycofuję to...Taryfa ulgowa jest fajna, bardzo... - sapnąłem biegnąc kolejne okrążenie.

-Ostatnie okrążenia! -wrzasnął Sive, który już skończył. Stał teraz pijąc wodę i patrząc na męczących się nas. Koło niego zatrzymał się Maro, Ezra i Avie, którzy wyglądali na równie zadowolonych co ja.

Gdy już każdy zakończył ten morderczy bieg wszyscy leżeli na podłodze.

-Cass zabije cię za wkurzenie go wczoraj -wysapała Avie. Wszyscy mruknęli potwierdzająco.

-Czemu się obijacie? Wstawać i rozciągać się! -warknął dziwnowłosy piorunując nas wzrokiem.

Wszyscy z jękiem zaczęli wykonywać zadanie.
Po rozciągnięciu się i wykonaniu masy innych ćwiczeń, po których czułem swoje ciało w każdym skraju, dziwnowłosy ogłosił krótką przerwę, którą każdy przyjął z ulgą.
Leżałem na ziemi z zamkniętymi oczami, gdy poczułem jak ktoś podnosi moją głowę i kładzie ją na swoich kolanach. Po otworzeniu oczu zobaczyłem Sive, który stracił gdzieś swoją koszulkę.

-Nie sądzisz, że odpowiedzialność grupowa w takich wypadkach nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem? - spytałem wdychając jego perfumy. Chłopak zaśmiał się.

-Ale jak zabawna za to -odparł.

-Gdybym nie był tak zmęczony uderzyłbym cię.

-Będziesz miał na to zaraz okazje. Po sparingu dam wam spokój.

-Dzięki ci łaskawco -powiedziałem z sarkazmem. Dziwnowłosy tylko uśmiechnął się. Następnie pochylił się i lekko mnie pocałował.

-Głowa do góry -odparł po zakończeniu pocałunku.

Wstałem razem z chłopakiem i podszedłem do reszty grupy.

-Jeszcze sparing i mamy wolne - powiedziałem do nich.

-Wyprosiłeś go? - zakpiła Em.

Pokręciłem głową. -Tylko porozmawiałem.

-Aż dziwię się, jak ty to robisz. Nagle się tak pojawiłeś i masz prawie do własnej dyspozycji Ruke - powiedział Castiel.

-Cass ty lepiej zamilknij albo każdy ci podziękuje za przedłużenie treningu -odezwał się chłopak. -Av i Em, najpierw. Potem Ezra i Castiel, Maro ze mną i Hisa także ze mną.

*

Uchyliłem się przed pięścią dziwnowłosego, wykonując wykop i trafiając go w brzuch. Przez pewien czas wymienialiśmy ciosy, aż chłopak zaczął mnie spychać do ofensywy. Jego ruchy były szybkie i pełne precyzji.
Uderzenie w brzuch, a następnie podcięcie nóg sprawiło, że boleśnie upadłem na ziemie.

-Stop -jęknąłem. Sive pomógł mi się podnieść. Po czym moje miejsce zastąpił Maro, który uśmiechał się do niebieskookiego.

-Zasady takie jak zawsze? -zapytał, gdy Siv wrócił na maty.

-Do pierwszej krwi -kiwnął głową, a ja miałem nadzieje, że się przesłyszałem.

Ich walka przypominała w dziwny sposób śmiertelny taniec. Każdy cios, ruch był dokładnie przemyślany i wykonany. Sposób ich poruszania się był pełen gracji. Gdy Sive zaczął używać żywiołów walka nabrała rozpędu. Szybkie wymiany ciosów. Upadki, skrzywienia.
Żaden z nich nie chciał się poddać.
Ich sposób walki był podobny. Siv korzystając ze swojej drobnej postury i giętkości unikał większości ciosów Maro, który był od niego silniejszy i wyższy.
To co mnie dziwiło to to, że srebrzystowłosy nie korzystał z żadnego konkretnego żywiołu. Bardziej z srebrzysto-czarnej energii, którą kształtował wedle swojej woli.
W pewnym momencie zamarkował cios w brzuch Ruki i uderzył go pięścią w twarz.

-To bolało -syknął dziwnowłosy kopiąc go i wykonując odskok w tył. Stworzył cienkie wiązki srebrno-błękitnej energii elektrycznej i zaczął zwinną walkę z nimi. Wyglądało to niezwykle i pięknie. Ale również niebezpiecznie.
 Walka trwała jeszcze chwilę i zakończyła się, gdy Maro przycisnął Sive do podłogi. Przynajmniej dopóki nie zaczęli się raz po raz przewracać. Tak czy siak wygrał zielonooki, który nie wiadomo skąd wytrzasnął sztylet, który przycisnął do szyi chłopaka, który zaprzestał prób ponownej zmiany miejsc. Gdy wstali zobaczyłem czerwoną kreskę na szyi dziwnowłosego, z której spływała strużka krwi.

-Idziesz już? - spytał się Siv podchodząc do mnie.

-Późno już. Powinienem wracać - powiedziałem.

-Może jednak zostaniesz? -zapytał z błyskiem w oku -Sam zauważyłeś, że jest późno. No i jesteś zmęczony. A jestem pewien, że tu nikt cię nie zabije we śnie. Więc?

-Musiałbyś mnie przekonać, wiesz... - mruknąłem mu do ucha kierując się w stronę tarasu, by wziąć Kardiá.
Chłodne, nocne powietrze było zbawienne po takim wysiłku. Rozejrzałem się za wilczycą, która wydawała się zdrzemnąć wraz z bratem w rogu tarasu. Nagle poczułem obejmujące mnie ramiona i chłodne usta na karku. Poczułem przyjemny dreszcz na tą delikatną pieszczotę.

-To zostaniesz Hisa? - spytał i przygryzł mi delikatnie płatek ucha.

-Skoro tak nalegasz - uśmiechnąłem się. Usłyszałem jego cichy śmiech.

*

Leżałem już wykąpany w łóżku Sive, który nie wyłaził z łazienki od dłuższego czasu. Wilczki leżały na jego miejscu denerwując siebie wzajemnie. Wyglądały przesłodko.
Drzwi łazienki wreszcie się otworzyły.

-Już myślałem, że się utopiłeś -zażartowałem i zobaczyłem lekki uśmiech na jego ustach.

-Jakbym mógł mając cię w swoim łóżku.

-No ja myślę - wziąłem oba wilczki i położyłem je na legowisku zrobionym z paru koców. -Spać smyki.

-Ty też powinieneś -stwierdził chłopak zakopując się w pościeli. -To był męczący wieczór...

-Ciekawe dlaczego -mruknąłem i mogłem zobaczyć błyski rozbawienia w tych burzowych oczach.

Położyłem się z powrotem  na łóżku i przykryłem się kołderką. Poczułem chłodne dłonie chłopaka na brzuchu. Zaczął on tworzyć różne wzorki palcami. Było to niby niewinną pieszczotą, a jednak miałem ochotę rzucić się na niego. Dziwnowłosy chyba nie zdawał sobie nawet sprawy jak na mnie działał.

-Ugh...Sivee...- jęknąłem gdy chłopak świadomie lub nie ręką zjeżdżał coraz niżej.

SIVE

Spojrzałem na białowłosego zauważając, że jego oddech był lekko przyśpieszony. To jak przed chwilą wypowiedział moje imię. Zamarłem na chwilę przypatrując mu się.

-Coś się stało?

Czerwone oczy z dziwnymi iskierkami spojrzały się na mnie i już po sekundzie czułem usta chłopaka na swoich. Nie odrywając się od niego usiadłem na jego biodrach i dopiero teraz zrozumiałem o co chodziło. Nieświadomie podnieciłem księcia Fiammy.
Poczułem ciepło na policzkach. Odchyliłem się lekko, gdy przerwaliśmy pocałunek by złapać oddech.
Widziałem pożądanie w oczach chłopaka. Czułem się lekko zagubiony w tym wszystkim.
Pocałowałem go w usta, a następnie zacząłem powoli zjeżdżać niżej. Zsunąłem spodnie z jego bioder i zatrzymałem się nie wiedząc jak zacząć.

-Nie musisz...-zaczął schrypniętym głosem. Pokręciłem głową. Pochyliłem się i czubkiem języka przejechałem niepewnie po całej długości członka białowłosego. Słysząc jego jęknięcie poczułem się zachęcony do kontynuowania. Wziąłem go w usta. Poruszając głową w miarowym rytmie powoli przyzwyczajałem się do nowego doświadczenia.
Gdy poczułem na języku słonawy smak przyśpieszyłem ruchy. Hisa osiągnął orgazm z głośnym jękiem. Jego nasienie wypełniło mi usta. Przełknąłem wszystko choć na końcu lekko się zakrztusiłem.

Białowłosy ciężko oddychał. Pochyliłem się nad nim i lekko pocałowałem. 

-Idź spać Hisa - szepnąłem kładąc się obok niego.

-Dobranoc...Siv - szepnął wtulając się we mnie.

*

PUK! PUK!

Dźwięk przedarł się do mojej świadomości budząc mnie. Otworzyłem oczy i ujrzałem białe włosy. Wraz z Hisą leżeliśmy przytuleni do siebie. Czując jego nagie ciało obok siebie wspomnienia z tego co się działo wczoraj stanęły mi przed oczami.

PUK! PUK!

Zarumieniony wstałem czując lekki ból mięśni po wczorajszym treningu. Podszedłem do drzwi i po upewnieniu się, że białowłosy jest cały zakryty, otworzyłem je.

Na korytarzu stały dwie dziewczyny. Jedna rozbawiona, a druga lekko zdenerwowana. Obie spojrzały na mnie. Obie miały białe włosy. Ta która miała je dłuższe była ubrana w białą sukienkę ze złotą wstążką na prawym ramieniu i srebrnym wisiorkiem na szyi. Miała ona duże oczy o barwie pochmurnego nieba. Wpatrywaliśmy się w siebie przez dłuższą chwilę w milczeniu.

-Widzisz nie jest taki straszny jak myślałaś -odezwała się ta druga.


                                                                        Była ona trochę wyższa od mojej siostry, którą zidentyfikowałem po rysach twarzy i tych znajomych oczach. Dziewczyna obok niej miała białe włosy prawie do łokci. Ubrana była w granatową sukienkę, a na ramieniu miała srebrną wstążkę. Na jej szyi wisiał podobny wisiorek co u niebieskookiej. Ale to jej rysy twarzy mnie uderzyły.

-To ty... -szepnąłem, a czerwone oczy z niezrozumieniem spojrzały na mnie.

-O czym ty mówisz? -zapytała strapiona. Przyglądałem jej się z uwagą i byłem prawie pewien, że znam te rysy twarzy. Dziewczynka ze snu Hisy...

-Może to głupio zabrzmi, ale czy Domenico jest twoim biologicznym ojcem? -spytałem po chwili.

-Kiiara... - zaczęła druga dziewczyna.

-Dobra, Corin. Przecież taka jest prawda...Domenico uratował mnie, gdy miałam pięć lat, od jakiegoś człowieka. Traktował mnie jak własną córkę.

Pokiwałem głową.

-Dajcie mi chwilkę -powiedziałem zamykając drzwi. Wskoczyłem na łóżko i potrząsnąłem białowłosą istotą, która spała w najlepsze. -Hisiek rusz się. Otwórz te swoje oczętaaaa!

-Ałł... - jęknął. -Daj mi spać!

-Nie dzisiaj! Wstawaj. -wciąż wisiałem na nim, starając się by otworzył oczy.

-Pali się?

-Tak, stało się. Mój ojciec to ślepy idiota -powiedziałem -A teraz wstań, ubierz się i zejdź do salonu. -pocałowałem go szybko po czym wstałem. I wyszedłem. Zbiegłem po schodach.
W salonie dziewczyny siedziały dziewczyny, a wraz z nimi Domenico. Gdy wszedłem do środka cała trójka skupiła na mnie swój wzrok.

-Powiesz o co chodzi? -zapytała Corin.

-Za chwilę. Aktualnie przedstawię się. -oznajmiłem im przeczesując włosy -Sive Arins-Crispo.

-Corin Crispo -odparła niebieskooka.

-Kiiara Crispo -usłyszałem kroki i odwróciłem się. W drzwiach stanął ziewający Hisa. Podszedłem do niego i pociągnąłem go w głąb pomieszczenia. Obok niego posadziłem Kiiare.

-Teraz ojcze proszę powiedz mi, że nie widzisz tego co ja -mruknąłem.

-Czego?

-Ich podobieństwa! Nie załamuj mnie człowieku twierdzący, że jest moim ojcem!

Kiiara spojrzała na białowłosego siedzącego obok. Widziałem jej szok. Poznała go.

-Ali...? - jej głos się załamał, a w oczach pojawiły się oczy. -To ty!

Rzuciła się na szyję niewiedzącego co się dzieje Hisę.

-Kiiara? - spytał niepewnie. Usiadłem obok siostry, która wydawała się lekko zdezorientowana.

-Opowiadała ci o tym co pamiętała prawda? -zapytałem, a dziewczyna kiwnęła głową i spojrzała na mnie z lekką niepewnością. Następnie objęła mnie tymi szczupłymi ramionami.

-Oni cię nie porzucili. To dziadek ukartował twoje zniknięcie z dworu, gdy miałeś trzy latka -szepnęła mi do ucha. -Tata szukał chłopca z twoimi mocami, ale nie umiał cię znaleźć. Oni cierpieli...

Nie wiedziałem co myśleć. Od ojca nie usłyszałem jak to się stało, że zostałem sam. Omijał jakoś ten temat. Westchnąłem.

-Kiiara ma 16lat, a ty? -zapytałem. Dziewczyna posłała mi lekki uśmiech.

-Piętnaście. Kim jest ten chłopak, który u ciebie spał? -spytała, a na moje zaskoczone spojrzenie zaśmiała się -Nie tylko ty w tej rodzinie masz talent do obserwacji.

-Książę Alahis Eraryk Farnese. Następca tronu Fiammy oraz starszy brat Kiiary. Hisa to moja młodsza siostra Corin. 

-Miło mi - powiedział nadal lekko zaskoczony. -Em...Kiiaro? Możemy porozmawiać?

Dziewczyna delikatnie skinęła głową i zniknęła na schodach do góry razem z białowłosym.

-Uratowałeś ją od jakiegoś mężczyzny...Wiesz kto to był? Lub możesz go opisać? -zapytałem ojca.

-Revesse. Próbuję cały czas przemówić władcą o jego podstępach i zdradach, ale jest im zbyt potrzebny.

-A ja odrzuciłem kolejną sprawę związaną z jego osobą...-mruknąłem, po czym wstałem. -Muszę coś sprawdzić. Wrócę na obiad.

-A śniadanie? -ruszyłem już do wyjścia.

-Na mieście. -odparłem wychodząc.

ALAHIS

Dziewczyna siedziała na kanapie wpatrując się we mnie z delikatnym uśmiechem.

-Co się stało tego dnia gdy byliśmy w lesie za ogrodem? - spytałem.

-Dużo z tego nie pamiętam. Ktoś mnie złapał wtedy za rękę. Przystawił do ust szmatkę czymś nasączoną. Obudziłam się po paru godzinach, może dniach...Byłam w piwnicy. Byłam tam bardzo długo. Jakiś mężczyzna przychodził i dawał mi tylko jedzenie i picie. Domenico zabrał mnie stamtąd. Nie mówiłam mu swojego nazwiska, ani ważnych informacji. Jedynie Corin o tym wiedziała.

Zacząłem głaskać Kardie delikatnie po główce. W oczach zbierały mi się łzy.

Spotkałem swoją siostrę po dwunastu latach i nie czułem żadnych do niej emocji. To było straszne. Nie umiałem obdarzyć ją choć szczyptą miłości braterskiej. Była jak obca osoba.

-Dlaczego nie wróciłaś? - spytałem zasłaniając twarz włosami.

-Gdy dowiedziałam się później, że rodzice mnie nie szukali, był to dla mnie cios. Jako dziecko po prostu sądziłam, że zrobiłam coś złego i mnie już nie kochają. Sophie, Domenico i Corin zachowywali się w stosunku do mnie jak prawdziwa rodzina.

-Wyparłaś się nas...

-To nie tak Ali - zaczęła, ale jej przerwałem.

-Nie mów tak do mnie. Sądzisz, że gdy zniknęłaś ja byłem szczęśliwy? Płakałem dnie i noce. Ojciec nic z tym nie zrobił. Matka miała zakaz pocieszania mnie. Byłem sam. Ty nawet znaku życia nie dałaś...Wyjdź proszę stąd.

-Hisa...Proszę daj mi szansę. Chcę to naprawić - podeszła do mnie i złapała moją twarz w dłonie. Spojrzałem na nią. Nie miała łez, jak ja.

-Daj mi to przemyśleć. Do widzenia Kiiaro.

KIIARA

Chłopaków nie widziałam przez cały ranek. Sive ponoć gdzieś poszedł, a Hisa po prostu nie opuścił pokoju po naszej rozmowie. Czas spędziłam z ojcem i Corin, jednak myślami wciąż wracałam do rozmowy z bratem. Miał trochę racji, ale musiał też zrozumieć jak ja się czułam. Dla mnie to również nie było łatwe.
 Minęło tyle czasu odkąd się ostatni raz widzieliśmy. Teraz byliśmy dla siebie jak obce, nieznane osoby. Nie tak jak kiedyś.

Siedziałam z książką w salonie, gdy do pokoju wszedł Sive tylko, że wyglądał on inaczej niż rano. Jego włosy nie były już w różnych odcieniach błękitu. Były fioletowe. Tylko końcówki były białe.

Na sobie miał białą koszulkę i czarną kurtkę ze srebrzystymi zdobieniami. Czarne rękawiczki na dłoniach i tego samego koloru spodnie, przy których miał przyczepione pistolety.
 Zaraz za nim do pokoju wszedł mężczyzna o zielonych oczach i srebrnych włosach.

-Gdzie wszystkich wywiało? -zapytał Sive.

-Twoi znajomi wyszli, ojciec i Corin wzięli się za przygotowywanie obiadu, a Al...on jest w pokoju na górze.

-Ciężka rozmowa? -pokiwałam głową. Zamknęłam książkę kładąc ją następnie na stół. -Nie martw się będzie lepiej.

-Dzięki. -chłopak ruszył w kierunku schodów -Sive? -odwrócił się z pytającą miną. -Fajna fryzura.

Posłał mi szybki uśmiech po czym wbiegł po schodach.

ALAHIS


Siedziałem w otwartym oknie. Byłem na nią zły, choć wcale nie chciałem. Próbowałem ją zrozumieć, lecz nie potrafiłem. Kardie próbowała się wspiąć na parapet by mnie jakoś pocieszyć, ale jedyne co potrafiła zrobić to skomleć i drapać ścianę. Wziąłem ją na ręce i oparty o framugę okna rozmyślałem.

Minęły mi tak z dwie godziny, aż mój piękny spokój przerwał dźwięk otwieranych drzwi. W nich pojawił się Sive. Miał zmieniony kolor włosów, a także inne ubrania.

-Wydajesz się być smutny...Coś się stało? -zapytał podchodząc.

-Czemu ona wcześniej nie wróciła? Byłem z nią tak blisko...A teraz jedynie potrafię ją traktować jak obcą osobę.

-Miała pięć lat Al. Była przerażonym dzieckiem, które starało się utrzymać w tajemnicy swoją tożsamość, a może nawet zapomnieć. Nie wiemy co się działo jak ją porwano. A gdy była starsza no cóż mogła wrócić...ale może ona wiedziała, że nie będzie miała łatwo. -jego spokojny głos podnosił mnie w dziwny sposób na duchu  -Ona ma takie same możliwości z kontrolą żywiołu jak ja. Jakby tu wróciła jak myślisz co by zrobił twój ojciec? Wiem, że jesteś wściekły i rozżalony zarazem i masz do tego pełne prawo, ale pamiętaj, że dla niej to również nie jest łatwe. I może chciała wrócić, a bała się.

Wymusiłem delikatny uśmiech i odłożyłem wilczyce na ziemie. Podszedłem do fioletowowłosego i wtuliłem się w niego.

-Dzięki...

-Nie ma za co mon prince -szepnął mi do ucha. -A zanim spytasz o włosy to wina Maro.

-Ładnie ci w nich - powiedziałem i pocałowałem chłopaka.

Pocałunek był delikatny i spokojny. Nie tylko dziś zastanawiałem się nad Kiiarą. Myślałem, jak to będzie z Sive'm. Czy on mnie jakoś poważnie traktuje? Co było lub jest między nim i Lukas'em? Same pytania, bez odpowiedzi. Brak mi odwagi by spytać się o to chłopaka.

-Dość tych czułości bo skończymy tak jak wczoraj -mruknął opierając swoje czoło o moje. Na jego ustach błądził lekki uśmiech.

-To nie wiem czy chcę przerywać - odparłem. -No dobra...Masz rację. Powalczymy?

-Możemy.

*

Znajdowaliśmy się w tej samej sali co wczoraj. Tylko, że dzisiaj była tu wystawiona jeszcze broń. Sive ściągnął kurtkę, a pistolety położył na niej i podszedł do mnie.

-Jak chcesz dzisiaj walczyć?

-Na żywioły. W tym jestem lepszy, niż w zwykłej walce - odpowiedziałem i zacząłem już uważnie obserwować burzowookiego. Zaczęliśmy krążyć.

-Dajesz mi wolną rękę czy mam się trzymać jednego żywiołu? -zapytał.

-Max dwa - powiedziałem. Chłopak uśmiechnął się.

-Czym według ciebie jest elektryczność? To nie jest inny żywioł czy coś. To jest pewne, dość ciekawe połączenie. -srebrzysta strzała przeleciała mi koło ucha.

-Elektryczność to energia bez której ludzie nie umieją funkcjonować. Sama w sobie ma duże pole do popisu - wywnioskowałem i uniknąłem kolejnej strzały. Tym razem to ja zaatakowałem.

-Masz racje, ale to twierdzenie wciąż ci nie pomaga w odpowiednim zareagowaniu na mój atak. Do każdego żywiołu jest specyficzna bariera, ale jak masz się bronić przed czymś co umie garstka osób? -przeźroczysta tafla lodu ochroniła Sive przed moim atakiem.

-Swoim żywiołem tego nie zatrzymam - powiedziałem. -Woda mogła by przechwycić elektryczność, lecz byłoby to dość niebezpieczne.

Odskoczyłem do lodowych odłamków.

-Jeśli odpowiednio skumulujesz energię mógłbyś zmniejszyć efekt działania. -wymieniliśmy parę ataków każdy broniąc w ten czy inny sposób. Dużych obrażeń nie mieliśmy. Jedynie małe zadrapania.

Uformowałem paręnaście ostrzy z ognia i rzuciłem je w stronę chłopaka. Robił szybkie uniki, lecz ostatnim dostał w ramię. Złapał się za nie i syknął z bólu.

-Przepraszam - powiedziałem podchodząc. I to był mój błąd. Chłopak wytworzył wokół mnie pierścień, który skrzył się od wyładowań, a wokół niego krążyły miliony małych sopelków.

-Zawsze dobijaj leżącego, jeśli z kimś walczysz. Czasami może ci to uratować życie. -oznajmił patrząc na krew zdobiącą jego palce. -Będziesz moją pielęgniarką? -zapytał opuszczając bariery mnie otaczające.

-Yhym... - mruknąłem i spojrzałem na ramię chłopaka. Średniej wielkości przecięcie. Wystarczy opatrunek. Biorąc potrzebne rzeczy z apteczki opatrzyłem ranę chłopakowi.

-Czas na jedzenie. Chociaż...pierw może prysznic -powiedział i pociągnął mnie do swojego pokoju, a następnie do łazienki. Patrzyłem lekko zaskoczony jak się rozbiera, a następnie znika za szybą prysznica. Także ściągnąłem ubrania i oparłem głowę o szybę. Czułem na sobie chłodną wodę. Podziwiałem chłopaka w całej swojej okazałości.

SIVE

Odchyliłem głowę do tyłu. Uwielbiałem chłodne prysznice po treningach. Po zmyciu krwi z ramienia spojrzałem na przyglądającego mi się chłopaka. Uniosłem brew i pochyliłem się tak, że nasze usta dzieliły milimetry.

-Mam się czuć speszony tym, że się tak wpatrujesz we mnie?

-Szybciej zaszczycony - uśmiechnął się i zmienił wodę na cieplejszą. Spojrzałem na niego rozbawiony.

-Ah tak? A dlaczego niby miałby?

-Bo masz w łazience do swojej dyspozycji przyszłego władcę Fiammy - wyszczerzył się.

-Wysoko się cenisz mości książę -szepnąłem po czym go pocałowałem.

-Tak mnie uczono - powiedział i z powrotem złączył nasze usta.  Delikatny pocałunek zmieniał się w namiętną walkę. Nagie ciała przyciśnięte do siebie pragnęły jeszcze więcej swojej bliskości. Mając go koło siebie czułem się lepiej. Chcąc, nie chcą zacząłem się przywiązywać do tej białowłosej istoty. Nie wiedziałem tylko czy to dobrze, czy źle.

-HISKAA! GDZIIEEE JESTEŚŚ?! - usłyszeliśmy krzyk Mahiro. Nagle drzwi od łazienki się otworzyły, a w nich pojawił się złotooki. -MEFUSIU ŚWIĘTY! ZA CO?!

Gdy tylko zamknęły się z powrotem drzwi ja lekko się zarumieniłem, a Alahis zaczął się śmiać.

-Czyż on nie jest śmieszny? - zapytał patrząc się iskrzącymi oczami wprost na mnie. -Idę lepiej z nim porozmawiać bo jeszcze zacznie wrzeszczeć o tym mojemu ojcu. Padłby biedak na zawał! Choć w sumie...Nie no, dobra!

-Zabije go...KTO WCHODZI DO ŁAZIENKI BEZ PUKANIA DO CHOLERY?! -owijając się ręcznikiem wróciłem do pokoju. Po ubraniu się się wypadłem z sypialni z bronią w ręku i chęcią mordu.
Blondyna znalazłem na kanapie w salonie biadolącego w poduszkę obok śmiejącego się jak wariat Maro i nie wiedzących o co chodzi innych osób.

-Znajdź dobry argument bym cię nie zabił niewychowany zboczeńcu -warknąłem odbezpieczając pistolet.

-AAA!!! - zerwał się z kanapy chowając się za Maro. -To wasza wina! Nie zamknęliście łazienki!

-Puka się - wycelowałem w niego. - Masz dziesięć sekund na podanie dobrego argumentu.

-Już parę razy uratowałem życie Hisie! Jak mnie zabijesz, kto będzie go pilnował?!

-Ja.

-No weź! - złotooki zaczął uciekać na górę, ale drogę zastawił mu w samym ręczniku białowłosy. Z jego włosów jeszcze spływała woda. -Hisiuuu, on chce mnie zabić...Ratuj!

Alahis przyjął dość poważną pozę <jeśli taką można mieć w ręczniku i uroczym uśmiechem>. W jego ręce z energii powstał sztylet.  Przyłożył go do szyi miodowowłosego.

-MAM CIĘ RATOWAĆ PO TYM JAK WSZEDŁEŚ NAM DO ŁAZIENKI?!

Uśmiechnąłem się złowieszczo. Już miałem palec na spuście, gdy poczułem jak ktoś mnie podnosi i przerzuca przez swoje ramię. Gdy spojrzałem w bok myśląc, że to Maro zobaczyłem twarz ojca.

-No weź! Postaw mnie. Zabije tego bezczelnego...

-Weź głębokie wdechy i przemyśl to na spokojnie. -odparł mężczyzna, wzmacniając uchwyt, gdy zacząłem się wiercić.

-Ał! Hisa no! - złotooki szybko odskoczył, ale i tak Hisa go trafił w klatkę piersiowa.

-Marshall. Puść mnie -jęknął białowłosy, gdy mężczyzną przerzucił go przez ramie. -Jestem w samym ręczniku...Marshalll...

Ja za to również nie mogąc się ruszyć stworzyłem burzową chmurkę nad blondynem. I z zadowoleniem obserwowałem jego minę, który próbował rozproszyć ją własną mocą, ale mu nie wychodziło. Gdy uderzył w niego mini piorun zachichotałem.

-W osobno jesteście źliiii, ale razem to po prostu bój się Boga! -wyszczękał już lekko zmarznięty.

-To może zrozumiesz, że na świecie panuje wspaniała zasada, że się puka! -warknąłem zaczynając się bawić przydługimi włosami ojca.

-Bo ja niby wiedziałem, że będziecie się tam obmacywać!

Wszyscy w pokoju spojrzeli na złotookiego.

-To wy...nie wiedzieliście? Upss...

-MAHIRO! JAK JA CIĘ ZARAZ DORWĘ TO WYPRUJĘ CI FLAK I KAŻĘ CI JE ZJEŚĆ! - wrzasnął białowłosy na którego twarzy pojawił się mały rumieniec. -Marshall. Puść mnie bym mógł go zabić...

-Ja bym ci radził uciekać bo Siv zbliża się do wybuchu -szepnął Maro do blondyna. Po wydostaniu się z uścisku ojca, który trzymał się teraz za brzuch podszedłem do cofającego się Mahiro. Wokół mnie błyskały różne oznaki wzburzonych żywiołów.

-WCHODZISZ DO MOJEJ ŁAZIENKI. BEZ PUKANIA. I JESZCZE MASZ PRETENSJE DO MNIE, ŻE "TWOJE BIEDNE OCZY UCIERPIAŁY"?! IDŹ MOŻE NA ULICE I OBWIEŚ WSZEM I WOBEC GDZIE MIESZKA GANG SEMPRE ZE SŁYNNYM RUKĄ NA CZELE, BO CZEMU NIE! A NASTĘPNIE JESZCZE DODAJ NOWINKĘ Z KIM SIĘ OBMACUJĘ W ŁAZIENCE!

-Przecież nic takiego nie mówię... - powiedział i stanął gdy natknął się na ścianę.

-Głupoty to można ci pozazdrościć -syknąłem posyłając w jego kierunku ognisty promień, który w ostatniej chwili ominął. Zmrużyłem wściekły oczy.

Nagle między mną, a Mahiro pojawiła się błękitna bariera. Żaden z moich żywiołów nie zniszczył jej. Spojrzałem na ową osobę, która wykonała tą barierę. Była to białowłosa dziewczyna. Kiiara.

-Przestańcie się zachowywać jak dzieci - powiedziała cicho, lecz stanowczo. Spojrzałem na nią zirytowany i zły.

-Znalazła się wielce dorosła, która nie dała rodzinie znaku życia przez pieprzonych dwanaście lat -sarknąłem wreszcie rozbijając jej barierę i uderzając niespodziewającego się tego blondyna w twarz. Po czym odwróciłem się i wyszedłem wściekły z pomieszczenia. Za mną truchtał nie przejęty moją wściekłością wilczek.

ALAHIS

-Puścisz mnie wreszcie? - spytałem już spokojnie.

Marshall z lekkim wahaniem postawił mnie z powrotem na podłogę. Biorąc na ręce mojego wilczka ruszyłem do pokoju Siva by pożyczyć jakieś ubrania.  Stworzyłem ze swojej energii małego wilka, który zaczął się bawić z Kar.  Otworzyłem szafę chłopaka i wybrałem zwykłą czarną koszulkę i wygodne dresowe spodnie tego samego koloru. Ubrany zeszedłem na dół by wreszcie coś zjeść. W kuchni siedział ojciec Siv'a z Corin i Kiiarą.

-Kawy? - spytałem wstawiając wodę na mój zbawczy napój.

-Ja poproszę - odparła Corin.

Z szafki wyjąłem dwoje kubków i wsypałem do nich kawę. Po zaparzeniu kawy i podaniu jej dziewczynie zacząłem szukać czegoś w lodówce. Padło na kanapki z dżemem. Siedzieliśmy w ciszy. Przyglądając się sobie nawzajem.

-Więc...wiesz już kiedy masz koronacje? -zapytała z ciekawością Corin i z lekkim uśmiechem na ustach upiła łyk kawy.

-25 grudnia...Tak myślę, jeśli się nic nie zmieni - odpowiedziałem zamyślając się.

Czy ojciec dopuści do mojej koronacji? W świecie prawa musi...Ale w jego świecie i jego plotek na mój temat.

-Czemu miało by się coś zmienić? - spytała zaciekawiona.

-Bo ojciec nie chce mnie dopuścić do tronu. Oczernia mnie za plecami i każdego odwraca przeciwko mnie. Wyznaczył nawet jakąś nagrodę za moją śmierć. Super, prawda? - zażartowałem trochę psychicznie pijąc kawę.

-Słyszałem o tym -mruknął dziwnowłosy mężczyzna. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy. W którymś momencie usłyszałem głosy, a następnie drzwi do kuchni otworzyły się.

-...za kogo on mnie ma? Już raz próbował mnie oszukać może warto mu o tym przypomnieć.

-Umówić was na spotkanie?

-Wole go nawiedzić w odpowiednim momencie i przypomnieć z kim zadziera. -odparł Sive wchodząc do pomieszczenia ze śpiącym wilczkiem na rękach. Chłopak spojrzał na nas z zastanowieniem. Nalał sobie kawy i opierając się o szafki spojrzał ze słodką minką na swojego ojca -Tatusiuuuuuu...

-Tak? - spytał mężczyzna patrząc na niego zdziwiony.

-Jakbym teoretycznie znał najbardziej mieszającego i złego gościa, który jest odpowiedzialny za złe rzeczy i potrzebował bym przykrywki by móc go bezproblemowo unieszkodliwić to...pożyczyłbyś mi strój strażnika żywiołu z Vortice?

-Kogo chcesz zabić? - spytał Domenico. -Mogę ci załatwić strój, ale muszę wiedzieć dlaczego chcesz go zabić...

-Złego człowieka -widząc nieprzekonaną minę ojca westchnął -Zabija na zlecenia władców ludzi, którzy odmawiają im czegoś. Oddania ziem, nieposłuszeństwo albo jakieś błahostki.

-Niech zgadnę. Zainteresował się moim życiem aka ogromną nagrodą?- zakpiłem.

-To już załatwiłem -odpowiedział z błyskiem w oku -On za bardzo wgłębia się w moją historię. A ktoś ponoć zdradził jakieś informacje o moich zdolnościach.

-Dobra. Do czwartku będziesz miał strój. - powiedział Domenico.

-Zmienia to trochę moje plany, ale okej.

-Akceptujesz to, że kogoś zabije? -odezwała się z lekkim niedowierzaniem Kiiara.

-Kiiaro...Ten czlowiek zagraza nam wszystkim. Jego smierc nie bedzie oplakiwana - wyjasnil,

-To i tak nie tlumaczy tego ze pozwalasz mu zabijac ludzi.

-Jesli zostanie moze zabic Siva, a nawet twojego brata - odpowiedziala Corin. -Tego bys raczej nie chciala.

Bialowlosa dziewczyna z westchnieciem odeszla. 

-Powinienem z nia porozmawiac?- spytalem patrzacych sie na mnie znaczaco osoby. Sive jako jedyny wydawał się nie wzruszony.

-Zrób co uważasz za słuszne -powiedział tylko -Idę planować masowe mordy jak coś ktoś chce to jestem u siebie.

-Eh...To ide.

-Powodzonka!- usmiechnela sie niebieskooka.

SIVE

...myślałam, że ten starzec nie może zrobić gorszej rzeczy. Myliłam się. Okazało się, że to on stoi za zniknięciem mojego małego skarba. Niestety dowiedzieliśmy się o tym za późno. Xerxes'a nie ma już w mieście. Domenic szukał go wraz z przyjaciólmi lecz nie znaleźli po nim znaku życia. Lecz ja wiem, że on żyje...

Wpatrywałem się w dziennik matki z zamyśleniem. Wpisy były nie regularne, chaotyczne. Opisywała ona w nim co ważniejsze dla siebie zdarzenia. Czasami narzekania na jej ojca i to jak ma dość życia jak jej każą. Z jej osobistych zapisek mogłem poznać inną stronę Sophie. Tą która nie przejmowała się etykietą, zasadami. Kobietę umiejącą sobie poradzić w trudnych sytuacjach za pomocą uroku osobistego i gładkich słów.

Wstałem z łóżka. Odkładając dziennik na biurko. Przejrzałem zlecania i wybrałem jedno z prostszych. Ubierając się w odpowiedni strój, biorąc broń i maskę wyszedłem.

*

Wślizgnąłem się do odpowiedniego pomieszczenia bezszelestnie przeszukując pomieszczenie w poszukiwaniu odpowiednich rzeczy. Nie znalazłszy ich przekląłem. Wyszedłem na korytarz kierując się w kierunku pokoju, który miał być sypialnią.
Zajrzałem do szafy, komody nawet pod łóżko, gdzie znalazłem skrzynkę, w której były odpowiednie dokumenty. Podniosłem się z podłogi i usłyszałem kroki, a następnie otwieranie drzwi. Zaatakowałem pierwszą osobę, podrzynając jej gardło. Usłyszałem krzyk i zobaczyłem właściciela domu.

-Nie zabiję cię, ale musisz milczeć na temat tego co tu się działo -powiedziałem chłodnym głosem. Przerażony mężczyzna pokiwał głową. -Wiesz... ja się dowiem jeśli wygadasz się komuś. A wtedy zabiję ciebie. I wszystkich twoich bliskich. Rozumiemy się?

-T-tak. -uśmiechnąłem się czego dzięki masce nie było widać.

-Cieszę się. Żegnaj -wyszedłem sprawiając jeszcze, że mężczyzna padł nieprzytomny na ziemię.

*

Spojrzałem na zakrwawiony przód koszuli. Nigdy więcej białych rzeczy na akcje. Otworzyłem drzwi i poczułem uderzenie w brzuch.

-Ał! Wy czatujecie na mnie w tych drzwiach czy co?!

-Ups. To ty...Czekałem na Castiel'a - wyszczerzył się Maro i poczochrał mi włosy. -Jak tam? Wreszcie przyjmujesz zlecenia?

-Aż tak to widać? -zapytałem patrząc na czerwoną plamę na przodzie białego materiału. -Lubiłem tą koszulę... I brzuch mnie  przez ciebie boli.

-Do wesela się zagoi - uśmiechnął się. -Wiesz liczę na to, że będzie dzika noc poślubna.

-Niby z kim?!

-Z książątkiem.Widzę jak na niego patrzysz. Nigdy się tak na nikogo nie patrzałeś. W dodatku księciunio też nie jest obojętny...Wyobraź sobie przyszły król Fiammy i poszukiwany morderca Ruka! Już to widzę!

-Pracujesz na kolejną własną chmurkę burzową?  -zapytałem podając mu torbę i maskę. Rozpiąłem koszulę, która przykleiła się do mojej skóry. -Fujka. To sie nie wypierze.

-Mój własny Niż Skandynawski? Nie dziękuję - powiedział. -Zalej to chłodną wodą i wybielaczem...Może to coś da.

-Okej będę niezależną kobietą pracującą -oznajmiłem. -Kto jest w domu?

-Avis, Marshall, twój ojciec, Corin, Kiiara, ja, ty i Em.

-A gdzie Hisa?

-Marshall dał mu jakieś znów zadanie.

-Niech mu już zaproponuje miejsce w Sempre, a nie się czai -mruknąłem zabierając od niego swoje rzeczy. Na schodach rozległy sie kroki spojrzałem tam i zobaczyłem Corin.

-To krew? -zapytała marszcząc nos. Posłałem jej uspokający uśmiech.

-Nie moja.

-I tak fujka.

-Po waszej dwójce widać, że jesteście rodzeństwem. -stwierdził Maro.

-Przez urok osobisty?

-Mimikę i gestykulację -poprawił mnie srebrnowłosy.

-Ale i tak mamy ten "urok osobisty" - uśmiechnęła się białowłosa. Uśmiechnąłem się zwycięsko.

-Dobra idę być kobietą! -wykrzyknąłem machając koszulą jak chorągwią.

-Nie zaniesiesz Marshall'owi dokumentów? -zapytał Maro. Zmieniłem kierunek na schody.

-Jestem kobietą pokonaną przez biurokracje -burknąłem, a Corin zaczęła się śmiać.

*

-Zwrócisz mi za koszule jeśli się to nie zmyje bo mnie przetrzymałeś -fuknąłem.

-Wróciłemm... - do biura wszedł Alahis.

Miał na sobie czarne, przylegające spodnie, czarną bluzę z kapturem i chustę na twarzy. Przez co było jedynie widać jego oczy. Zsunął materiał z twarzy i zdjął kaptur. Miał na policzku przecięcie z którego delikatnie spływała krew.

-Zdobyłem to co trzeba - położył na biurko Marshalla grubą, czarną teczkę.

-Hejjjj skarbie -powiedziałem do niego. I posłałem Marshall'owi znaczące spojrzenie.

-Naprawdę mi każesz? -zapytał mężczyzna.

-Ja wymagam -odparłem mrużąc oczy -No już. Albo pytasz, albo kończysz te podchody.

-Eh...Ten wkurzający człowiek, każe mi się spytać...Czy chcesz dołączyć do Sempre? - pierwszy raz słyszałem takie wahanie w jego głosie.

-Huh? Serio się pytasz? - mężczyzna kiwnął głową. -Z przyjemnością - wysłał mu uśmiech.

-Widzisz? Nie zabił cię za takie pytanie -oznajmiłem. -Przemyślałeś wreszcie to co zaproponowałem ci ostatnio? Vic prawie się zgodził.

-Jestem ciekawy, więc zgadzam się - odparł mężczyzna przeglądając teczkę dostarczoną przez Hisę.

-Woow trzeba to opić! -wykrzyknąłem. 

-Co opić? - spytał się białowłosy opierając się o mnie.

-Moją misję pokojową. Połączenie Sempre i Toxic Mask nową grupą -odpowiedziałem.

*

Wypiłem kolejną szklankę whisky. Byłem już lekko wstawiony. Obraz delikatnie rozmywał mi się. Emilie, Avie, Corin i Kiiara odpuściły już po drugiej partii. Alahis siedział obok mnie i już dość piany wesoło rozmawiał z Maro.

-Ej! Zagrajmy w butelkę! -oparłem się głową o szafę, przy której siedziałem.

-Neee chce mi se -wymamrotałem. Ale zostałem oczywiście przegłosowany i już po godzinie miałem dość. Nawet mój pijany umysł wiedział, że to wszystko brnie w złą stronę. Wyspowiadałem się im z połowy mojego życia!
Po którejś kolejce alkoholu film mi się urwał.

*

-Sivek! Sivuś! Rukusiu! Rukuś! Wstawaj wreszcie!

Otworzyłem jedno oko patrząc złowrogo na wyszczerzoną siostrę.

-Daj mi spokój... -wychrypiałem. W ustach miałem prawdziwą Saharę.

-Nooo wstawajjj...Jest już 18! - skrzywiłem się gdy dziewczyna krzyknęła.

-Nie krzycz kobieto. - mruknął białowłosy siedząc na fotelu zawinięty w kokon z koca.

-Umierammmm -szepnąłem obracając się na plecy.

-Nie tym razem -usłyszałem rozbawiony głos, a następnie oberwałem butelką wody. -Ups. Myślałem, że to złapiesz.

-Maro jak tylko się pozbieram to zabije cię.

-No wiesz co. Zlitowałem się nad tobą i dałem ci picie, a ty mnie chcesz zabić. Pf...I gdzie tu wdzięczność?

-Czemu jestem w salonie? -zapytałem otwierając butelkę.

-Nie pamiętasz?

-Skoro pytam to to, chyba logiczne -powiedziałem. Wstając. -Zresztą nieważne idę spać...

-Nie! Kolacja jest. Wszyscy czekają aż się ruszysz do jadalni. -oświeciła mnie Corin. Spojrzałem na nią jak na wariatkę.

-Ja przecież nic nie przełknę!

*

-Co się tak krzywisz do tego ciasta Sivuś? -zapytał Maro.

-Zdaje ci się. Krzywię to ja się na twój widok.

Hisa choć z większym kacem ode mnie to roześmiał się na mój komentarz.

-Ma ktoś te cholerne tabletki? - jęknął Castiel wychodząc z łazienki.

-Czy jakbyśmy je mieli to siedzielibyśmy tu jak na ścięciu? -zapytałem.

-Na kacu jesteś wredniejszy niż zwykle -skomentował wchodzący dopiero Mahiro.

-A ty wciąż tak samo wkurzający.

-Bo ja w przeciwieństwie do was nie mam kaca - zakpił. -A wkurzający to ja chyba zawsze byłem...Hisiek mam tableteczki dla ciebie, bo mnie już główka zaczyna boleć przez twoją słabą głowę do picia.

-Daj, daj, daj... - książę wyglądał teraz jak małe dziecko proszące o lizaka.

-I to jest nasz przyszły władca -powiedziałem grobowym tonem opierając głowę o stół. Było mi już tak dobrze, gdy poczułem jak ktoś oblewa mnie wodą. Nie podnosząc nawet głowy po prostu próbowałem wrócić do stanu półsnu.

-Nie zasypiaj. Nie zjadłeś nic - mruknęła Corin.

-Bo mi się rzygać chce na sam widok tego jedzenia -burknąłem otrzepując się jak pies.

-Czemu nie użyjesz żywiołu by się wysuszyć? -zapytał Marshall.

-Bo mi się nie chce. Coś jeszcze?

-Twój ojciec szybciej przywiózł ci mundur strażnika.

-Wspanialeee -mruknąłem ziewając przy okazji. Przetarłem twarz. -Idę się przebrać i pomyśleć jak zabrać się do akcji. Jak usłyszycie huk to tylko moje upadające chęci do życia.

-Chcesz iść na misje z kacem? - spytała Corin.

-Nie? Ludzie ja wiem, że czasami można wątpić w moje zdrowie psychiczne, ale ja mam zabić jakąś szychę. Potrzebuję swojego caluśkiego, jasno myślącego umysłu.  A nie zakacowanej imitacji -powiedziałem -A strój zakładam bo ładnie w nim wyglądam.

Usłyszałem parsknięcie dziewczyny.

-Wysoka samoocena braciszku. -posłałem jej lekki uśmiech.

-To jest cecha wrodzona -odparłem.

ALAHIS

Kac, coś czego nienawidzę. Pierwszy raz jak bardzo się opiłem. Zdecydowanie nie można się zakładać z Maro. Gdy dostałem zbawcze tabletki od Mahiro, od razu poczułem się lepiej. Może jeszcze czułem lekki ból i chęć zwymiotowania, ale było to słabsze. Siedziałem teraz na kanapie w salonie, a obok mnie siedziały Kiiara i Corin.

-Kiiara?

-Tak Hisa? - spytała białowłosa przenosząc wzrok na mnie.

-Sądzę, że powinnaś ze mną wrócić do zamku. Mama by się ucieszyła. -dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona.

-Ja...Nie mogę. -powiedziała cichym głosem. -Nie mogę tak po prostu wrócić tam. Ojciec mnie nienawidzi. Nie pozwoli by prawda o tym co się stało wyszła na jaw. Przykro mi Ali, ale nie zamieszkam w pałacu.

-Mogę przynajmniej poinformować matkę? - spytałem.

Chciałem jakkolwiek odbudować naszą więź. Rozumiem, że Kiiara się boi, chce unikać tej sprawy...Ale mama musiała się o tym dowiedzieć.

-Z chęcią się z nią spotkam -powiedziała z lekką niepewnością wciąż w głosie.

Po jakimś czasie zaczęliśmy w miarę normalnie rozmawiać i nawet wspominać to co pamiętaliśmy. Dziewczyna wspomniała nawet o możliwej przeprowadzce do Fiammy.

UCZUĆ UCZUĆ UCZZUĆ





TEŻ CIĘ KOCHAM BUNIUŚ <33




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy